czwartek, 12 marca 2015

Pani Wena

Witam po długiej nieobecności spowodowanej brakiem czasu, spowodowanego z kolei zbliżającymi się egzaminami! Witam tylko dlatego, iż się rozchorowałam i siedzę w domu zamiast cierpieć w szkolnej ławce. Przeziębienie się opłaca. (czasem) Jak pewnie zauważyliście ponadrabiałam również Wasze blogi. Jeśli u kogoś pominęłam choćby jeden post - pisać. (Olu u Ciebie dzisiaj powinnam skończyć ten ostatni) Opowiadanie pod wpływem chwili, zainspirowane jednym zdaniem, które napisałam do Oli, gdy wysyłałam pracę na jej konkurs, który polecam, a jest on tutaj. Prace można nadsyłać do 15 marca, nie do 28 lutego. ;)
Opowiadanie miało ilustrować nasze relacje z tytułową Panią Weną. Nasze, czyli pisarzy. Zapraszam do czytania. (i komentowania)

Pani Wena

Monika siedziała nad opowiadaniem z polskiego chyba ze dwie godziny, a i tak nic oprócz pierwszego zdania „Dawno, dawno temu w krainie zwanej Awangardą żył sobie pewien król” nie przychodziło jej do głowy. Westchnęła głęboko i ukryła twarz w dłoniach.
- Litości – jęknęła. – Czemu przychodzi mi do głowy tylko myśl o krwiożerczym smoku, pożerającym króla już w drugim zdaniu?
- To może właśnie o tym powinnaś napisać? – rozległ się za nią głęboki, kobiecy głos, który z pewnością nie należał do jej matki ani siostry. Obróciła się i ujrzała wysoką kobietę w długiej, ciemnofioletowej, lekko błyszczącej sukni z ciemnobrązowymi włosami, sięgającymi jej do pasa, wiankiem na głowie i różdżką, jaką mają małe dziewczynki do stroju królewny.  Monika otworzyła szeroko oczy na jej widok.
- K-Kim jesteś? – spytała zdziwiona i z lekka oszołomiona.
- Jestem Wena – odpowiedziała kobieta od niechcenia, jakby to było oczywiste. – Ale dla ciebie Pani Wena.
- Pani Wena – powtórzyła machinalnie Monika.
- No tak. A myślałaś, że kim? Wiosną?
Monice przemknęło przez myśl, że z tą różdżką i wiankiem na głowie rzeczywiście wygląda trochę jak Wiosna, ale nie powiedziała tego głośno.
- Co tu robisz? – spytała zamiast tego.
- A czy przypadkiem mnie nie potrzebujesz? Jestem zawsze tam, gdzie pisarze – oznajmiła wyniośle. Monika stwierdziła, że nie zabrzmiało to zbyt majestatycznie, zwłaszcza, że w tym momencie Pani Wenie trochę zjechał wianek i musiała go poprawić.
- A właściwie to… czemu mi nie pomagasz, skoro już tu jesteś?! – wybuchła Monika.
- Ależ przecież pomagam. Myślisz, że skąd wziął się krwiożerczy smok? – odparła niewzruszona Pani Wena, obracając różdżkę między palcami.
Monikę zatkało na chwilę.
- Ale przecież to bez sensu – mruknęła.
- A masz jakiś inny pomysł?
Monika westchnęła i odwróciła się z powrotem do komputera.
- Niby racja…
Zaczęła pisać. W końcu miała już parę zdań: „Dawno, dawno temu w krainie zwanej Awangardą żył sobie pewien król. Niestety, król ten dwa dni temu został pożarty przez krwiożerczego smoka, który przyleciał z Północy. Północ była krajem smoków. Zielonych i czerwonych. Czerwone były krwiożercze, a zielone roślinożerne. Jak można było się domyślić, smok królobójca był czerwony. Wszyscy się go bali.”
Pani Wena zajrzała Monice przez ramię.
- Nie, nie kochana, to ostatnie zdanie jest bez sensu.
- Czemu? – spytała zdziwiona dziewczynka.
- Dlaczego motłoch miałby się bać smoka, który zjadł znienawidzonego przez nich króla?
- A skąd wiesz, że był znienawidzony przez lud?
- Przecież ja to wymyślam.
Ten argument ostatecznie przekonał Monikę i zmieniła zdanie: „Wszyscy się go bali.” na „Wszyscy się radowali faktem pożarcia króla-tyrana.”
- No, tak zdecydowanie lepiej – wyraziła swą aprobatę Pani Wena.
Monika napisała kolejnych kilka zdań, gdy w pewnym momencie Pani Wena krzyknęła dziewczynce do ucha: „Nie!”. Monika drgnęła i popatrzyła na nią z wyrzutem.
- Co?
Pani Wena miała skwaszoną minę.
- Czerwone smoki miałyby być krwiożercze? Przecież one są takie słodkie.
Monika musiała przyznać jej rację. Zmieniła kolejny fragment: „Czerwone były krwiożercze, a zielone roślinożerne. Jak można było się domyślić, smok królobójca był czerwony.” na „Zielone były krwiożercze, a czerwone roślinożerne. Jak można było się domyślić, smok królobójca był zielony.” Tak, tak zdecydowanie było lepiej.
Napisała kolejnych kilka zdań, a w tym czasie Pani Wena usadowiła się wygodnie na kanapie. Nagle wszelkie pomysły po prostu uciekły z głowy Moniki. Dziewczyna siedziała chwilę oniemiała, po czym obróciła się do Pani Weny i spiorunowała ją wzrokiem.
- Czemu to zrobiłaś?
Pani Wena tylko wzruszyła ramionami z naburmuszoną miną, jak kobieta, która obraża się na mężczyznę i chce, żeby sam zgadł o co chodzi.
- Słuchaj kobieto, muszę to opowiadanie napisać na jutro, a jest już siedemnasta, więc może byś mi pomogła! – zdenerwowała się Monika.
Pani Wena ponownie tylko wzruszyła ramionami i obróciła głowę do ściany. Monika spojrzała z powrotem na komputer, jednak wiedziała, że bez pomocy Pani Weny nic nie napisze. Westchnęła więc ciężko, podeszła do naburmuszonej kobiety na kanapie i zaczęła ją przekonywać do pomocy, używając jak najmilszych słówek. Zajęło jej to dobrą godzinę, aż w końcu podłechtane ego Pani Weny stwierdziło, że znów może pomóc. Usiadły więc obie do komputera i zaczęły kontynuować opowiadanie pod tytułem „Opowieści z Awangardy”.  Monika musiała przyznać, że polubiła tę rozkapryszoną, wykurzająca, mająca dziwne pomysły Panią Wenę. Pomyślała, że chyba chciałaby się z nią zaprzyjaźnić.
***
Brwi pani z polskiego wędrowały coraz wyżej i wyżej, w miarę jak czytała opowiadanie Moniki. W końcu spojrzała na dziewczynkę.
- Zdaje się mówiłaś wczoraj, że to będzie opowiadanie o miłym władcy spokojnej krainy, którą zaatakuje smok, lecz zostanie szybko pokonany przez króla, którego poddani zaczną kochać jeszcze bardziej? Tymczasem czytam tu, o królu-tyranie, który został pożarty już w drugim zdaniu, a główną postacią jest tu smok terroryzujący krainę i zostający na koniec królem. Możesz mi to wyjaśnić?
Monika wzruszyła ramionami i z niewinną minką odpowiedziała:
- Pani Wena ma czasem dziwne pomysły.

piątek, 20 lutego 2015

Elf 17

Witam witam!
Bez zbędnych ceregieli chcę was zaprosić do lektury.
No dobra. Parę (bądź paręnaście) ceregieli będzie. Wybaczcie, że nie piszę i nie odwiedzam Waszych blogów, ale mam nadzieję, że zrozumiecie. Zwłaszcza trzecioklasiści. Egzamin za dwa miesiące, zajęcia dodatkowe plus dochodzą teraz fakultety. Jednym słowem: masakra.
A teraz parę słów do kochanych siedmiu osóbek, które się tu pojawią (w tekście też):
TO CO ZARAZ PRZECZYTACIE JEST TO FIKCJA LITERACKA, A WIĘC MOGŁAM POZMIENIAĆ PEWNE FAKTY ORAZ NAGIĄĆ JE DLA WŁASNYCH POTRZEB. PROSZĘ WIĘC SIĘ NIE BUNTOWAĆ, JEŚLI COŚ WAM SIĘ BĘDZIE NIE ZGADZAĆ BĄDŹ NIE PODOBAĆ. NAJWYŻEJ ZWRÓCIĆ MI NA TO DELIKATNIE UWAGĘ. ROLE OSÓB, KTÓRE NIE ZOSTAŁY ROZWINIĘTE W TEJ CZĘŚCI BĘDĄ ROZWINIĘTE W NASTĘPNYCH. PISZĘ TAK JAK CZUJĘ I STWIERDZIŁAM, ŻE NIE MA CO NA SIŁĘ ROZWIJAĆ ROLI. JESZCZE SIĘ POJAWICIE I TO NIE RAZ.

Dziękuję za uwagę. :)
(te osoby wiedzą na stówę, że to o nie chodzi)
btw. Mam nadzieję, że nie zrobiłam nic dziwnego z imionami.


Jestem w połowie zadowolona z tej części.  1) Pierwsza scena mogła wyglądać lepiej. 2) Trochę dziwnie się czyta, gdy od razu po scenie, swego rodzaju "głębszej", jest scena humorystyczna. Reszta mi się w miarę podoba (chyba). Pomijając to, że przy scenie z siódemką (matko, jak to brzmi. Kojarzy mi się z Przepowiednią Siedmiorga, buhahahahaha!) czasem aż zapominałam, iż główny bohater jest chłopakiem. Ehhh, za dużo dziewczyn w tej scenie. (nie zabijajcie mnie siódemko ---> Chociaż oczywiście właśnie to jest jej urok. (nawias niezamknięty przez strzałkę [mam nadzieję, że się połapiecie. Tam gdzie strzałka powinien być koniec nawiasu]) (czy tylko ja uważam, że ten tekst [powyższy i teraźniejszy] cierpi na nadmiar zawiasów? Ups)

W każdym bądź razie (tydzień języka polskiego zrobił swoje). Zapraszam do lektury kochani! <3 ;*


______________________________________________________________________________________________________________

Idąc korytarzem, zobaczyłem braci, więc zawołałem ich i podbiegłem.
- Witaj, Leo – powiedzieli jednocześnie. Aż się uśmiechnąłem.
- Witam. Gdzie idziecie?
Haldir wzruszył ramionami.
- Na zewnątrz.
- Mogę z wami?
- Jasne.
Razem wyszliśmy z zamku i w tym samym momencie Ligolis zawołał:
- Mintisilia!
Przez chwilę zastanawiałem się o co mu chodzi, lecz po chwili już wiedziałem. W naszą stronę szła wysoka elfka z blond włosami w błękitnej sukni. Zatrzymała się przy nas.
- Witaj Ligolisie, witaj Haldirze – miała głęboki, acz delikatny głos. Jej wzrok powędrował ku mnie. – A to kto?
- To jest Leo – przedstawił mnie Ligolis, a ja się uśmiechnąłem.
Kobieta wyciągnęła ku mnie dłoń, którą uścisnąłem.
- Jestem Mintisilia.
- Leo.
Z miejsca ją polubiłem. Wydawała się taka… przyjazna.
- Wasz nowy znajomy? – spytała braci.
Ligolis zaśmiał się.
- Dokładnie.
Następnie cała trójka wdała się w rozmowę, a ja przyglądałem się Ligolisowi. Wydawał się jakiś inny, jakby odmieniony… Nie, to na pewno nie miało związku z jego niedawną kłótnią z ojcem. To było coś innego. Może związanego z Mintisilią… Czy…? Tak! To chyba było to.
Nawet nie zorientowałem się, kiedy skończyli rozmawiać i Mintisilia pożegnała się z nami, a następnie odwróciła się i odeszła. Haldir rozglądał się, natomiast ja przyglądałem się uważnie jego bratu, który patrzył za oddalającą się elfką. Jego wzrok… Teraz byłem już pewien.
- Ty ją kochasz – powiedziałem cicho.
Bracia gwałtownie odwrócili się w moją stronę. Ligolis patrzył na mnie ze strachem, a Haldir ze zdziwieniem. Następnie przeniósł wzrok na brata, który stał cały zesztywniały.
- Jak…? – głosu Ligolisa prawie nie było słychać.
- Widziałem. Widziałem jak na nią patrzysz Ligolisie. Ja widziałem…
Przez chwilę się nie odzywaliśmy.
- Ligolis… – zaczął Haldir.
Jednak Ligolis natychmiast ruszył w stronę zamku i już zaraz zniknął w jego wnętrzu. Haldir i ja spojrzeliśmy po sobie zdziwieni.
- Haldirze… - zacząłem.
Starszy książę zachęcił mnie gestem do dalszego mówienia.
- Kim właściwie jest dla was Mintisilia?
Haldir wzruszył ramionami.
- Znajomą… Lub najwyraźniej kimś więcej.
Przez chwilę milczeliśmy.
- Pójdę za nim – powiedział Haldir.
Kiwnąłem głową, a starszy z braci się oddalił. Przez długi czas patrzyłem w ślad za nim. Następnie westchnąłem. Czy ja zawsze muszę wszystko psuć?
***
Szliśmy z Ozzym głównym placem, beztrosko sobie rozmawiając i lawirując pomiędzy przechodniami, aż w końcu jakiś mocno umięśniony… ktoś bezceremonialnie zastąpił nam drogę. Próbowaliśmy go ominąć, jednak „tyran” złapał Ozzy’ego za ramię.
- Ej, ty, mały – odezwał się basowym głosem. – Co ty sobie wyobrażasz?
- Że ja? – Ozzy nie zrozumiał. Ja zresztą też nie.
- Nie, że ja – warknął… ten ktoś.
- A, to możliwe – przyznał niewinnie Ozzy, jednak zaraz się skrzywił, gdyż „tyran” mocniej ścisnął jego ramię.
- Nie żartuj sobie ze mnie, mały.
- Tyle że ja nie żartuję. Po prostu nie wiem, o co chodzi.
- A powinieneś. To ty zabrałeś mi wczoraj nożyczki ze stołu, prawda?
Ozzy i ja spojrzeliśmy na niego jak na wariata.
- Nożyczki? – powtórzyliśmy unisono.
„Tyran” skierował wzrok na mnie.
- A Ty mu pomogłeś! – ryknął.
Ozzy zdołał wreszcie wyrwać się z uścisku… ktosia i razem pobiegliśmy przed siebie. „Tyran” ruszył za nami, jednak mieliśmy o tyle przewagę, że byliśmy niżsi i łatwiej było nam omijać przechodniów. Było południe, więc na placu był aktualnie największy ruch. Kluczyliśmy pomiędzy różnymi stworzeniami, aż w końcu ponownie wpadliśmy na kogoś przy wejściu do uliczki. Zachwialiśmy się, a gdy podnieśliśmy wzrok, ujrzeliśmy… zdezorientowanego Haldira.
- Co wy tu robicie? – zapytał.
Nie odpowiedzieliśmy, tylko szybko „schowaliśmy” się za nim. W następnej chwili przed starszym synem króla wyrósł „tyran” z wściekłym wyrazem twarzy, który nieco złagodniał, gdy zobaczył Haldira.
- O, witaj książę – skłonił lekko głowę.
Brat Ligolisa założył ręce na piersi.
- O co chodzi?
- Och, nic takiego – odparł niewinnie tamten. Zerknął na nas. – Czy… znasz ich?
- I owszem. A co?
- Ukradli mi nożyczki.
Prostota tego stwierdzenia z połączeniem wyrazu twarzy „tyrana” sprawiła, że Ozzy i ja musieliśmy się nieźle namęczyć, by nie parsknąć śmiechem. Haldir za to został ponownie zdezorientowany.
- No-Nożyczki?
- Tak, nożyczki.
- A-ha. I co się stało z tymi nożyczkami?
- Zostały mi zabrane.
- Przez kogo?
- Przez nich – „tyran” wskazał nas palcem.
- Wiecie coś o tym? – szepnął Haldir, zerkając na nas. Pokręciliśmy głowami.
- Musiałeś się pomylić, to nie byli oni – zwrócił się łagodnie do rozmówcy.
- Ależ ja to wiem – upierał się tamten.
- Musiałeś się pomylić – odparł dobitnie książę. – Znam ich. To nie oni.
„Tyran” zawahał się.
- No… skoro tak mówisz… dobrze. Niech będzie – skłonił lekko głowę, spiorunował nas wzrokiem, po czym odszedł.
Haldir odwrócił się do nas.
- Wiecie może o co chodziło?
- Ani trochę – odrzekliśmy unisono.
Książę pokręcił głową.
- Co za typy chodzą po tym mieście – westchnął. – Wybaczcie. Mam jeszcze parę spraw na głowie – to mówiąc, chciał się oddalić, jednak powstrzymałem go.
- Czekaj! – Haldir zerknął na mnie z uniesioną brwią. – Wiesz może, gdzie jest Ligolis?
- W lesie. Wróci po południu – po tych słowach odszedł.
Ozzy spojrzał na mnie.
- Może lepiej wrócimy do bazy?
Zaśmiałem się.
- Chyba tak będzie bezpieczniej.
***
Około godziny szesnastej staliśmy z Ozzym na głównym placu, gdy podszedł do nas Haldir.
- Hej wam.
- Witaj Haldirze – odpowiedziałem. – Co tu robisz?
Starszy książę wzruszył ramionami.
- Właściwie to nie wiem zbytnio. Skończyłem wszystko co miałem zrobić, więc teraz włóczę się bez celu.
Ozzy powiedział coś do niego, jednak ja nie słuchałem, gdyż moją uwagę przykuł pewien punkt przy bramie. Zmrużyłem oczy. Odległość była dosyć duża, jednak Ligolis wyjaśnił mi już, że elfy mają sokoli wzrok.
- Ee, Haldir? – spytałem niepewnie.
- Tak, Leo?
- Kiedy Ligolis powinien wrócić?
Haldir spojrzał na słońce.
- Mniej więcej teraz, a co?
- Ee. A czy powinien wrócić cały zakrwawiony? – wskazałem na słaniającą się postać przy bramie, a pozostała dwójka podążyła tam wzrokiem.
- Ligolis! – krzyknął Haldir, po czym rzucił się pędem w stronę brata. Ozzy i ja ruszyliśmy w ślad za nim.
Haldir uklęknął przy Ligolisie, a w jego oczach pojawiły się łzy.
- Ligolis – wyszeptał. – Otwórz oczy. Proszę.
Ligolis, ciężko oddychając, uniósł powieki i zmęczonym wzrokiem powiódł po nas. Gdy zobaczył Ozzy’ego w jego oczach pojawił się błysk strachu. Następnie je zamknął, a jego ciałem co jakiś czas wstrząsały dreszcze.
- Ozzy – powiedział cicho Haldir. – Idź po kogoś.
Mój przyjaciel kiwnął głową i szybko pobiegł w stronę zamku. Aktualnie na placu nikogo nie było, a my znajdowaliśmy się w takim miejscu, że prawie nas nie  było widać. Przez parę pełnych napięcia minut Haldir szeptał coś do brata, a ja nerwowo wypatrywałem Ozzy’ego. Po jakimś czasie ujrzałem go w towarzystwie króla i Liliami, biegnących w tę stronę.
- Idą – powiedziałem.
Haldir uniósł głowę i beznamiętnym wzrokiem spojrzał w tamtą stronę.
Gdy byli już blisko odsunąłem się trochę, by zrobić im miejsce. Król uklęknął obok syna, położył dłoń na jego czole i zamknął oczy. Po chwili je otworzył, wziął Ligolisa na ręce i bez słowa odszedł z nim w stronę zamku, a za nim podążyła reszta jego rodziny. Zostaliśmy z Ozzy’m sami. Spojrzeliśmy po sobie. Oboje byliśmy podenerwowani i wiedziałem, że Ozzy’ego, tak samo jak mnie, męczyło to, dlaczego Ligolis się przestraszył, gdy go ujrzał.
- Ozzy… - odezwałem się niepewnie. – Chodźmy do bazy.
Blondyn kiwnął głową i skierowaliśmy się w stronę naszego „schronienia”.
Gdy weszliśmy okazało się, iż wszyscy tam są. Ross, Mark, Clark, Allan, Oliver, Brandon, a także Rose, Emily i Sandra siedzieli na podłodze i rozmawiali, jednak gdy weszliśmy wszystkie spojrzenia zwróciły się na nas.
- Hejka – powiedziałem i uśmiechnąłem się słabo.
- Witaj Leo. Witaj Ozzy. Co tu robicie? – przywitał nas Ross.
- A, nic takiego – odrzekł zdawkowo mój przyjaciel. Był blady z czego wnioskowałem, że pozostali nie dali się przekonać. Usiedliśmy na podłodze.
- O czym rozmawialiście? – spytałem ze słabym uśmiechem.
Rose wzruszyła ramionami.
- Właściwe o niczym takim. O wszystkim i o niczym. A wy gdzie byliście?
„Żesz – pomyślałem. – Też się uczepili.”
- Na placu – odrzekłem.
- A co tam robiliście? – Rose nie dawała za wygraną.
- Spacerowaliśmy…
- O tej porze?
- A co? To zła pora na spacery po pustym placu?
- Może i nie…Ale…
- Ale co?
- Wyglądacie jakoś tak dziwnie.
Zachichotałem.
- Ależ ja zawsze tak wyglądam Rose.
Cała paczka wybuchła śmiechem, a Rose uśmiechnęła się słabo.
Na nasze szczęście w tym momencie Ross kontynuował poprzedni temat. Nie wiedziałem o czym był, bo przez cały czas myślałem o Ligolisie. Od wczoraj z nim nie rozmawiałem, więc nie wiedziałem nawet, czy jest na mnie zły za to co powiedziałem, czy nie i to także nie dawało mi spokoju. Ozzy chyba miał tak samo. Wymieniliśmy spojrzenia. Tak, niedługo pójdziemy sprawdzić co z nim.
***
Zapukałem do pokoju braci. Po dłuższej chwili otworzył nam Haldir. Miał zmęczony wyraz twarzy, podkrążone oczy i ogółem wyglądał mizernie, jakby nie spał pięć dni z rzędu.
- Co z nim? – zapytałem.
- Wejdźcie – Haldir odsunął się, by zrobić nam przejście. Gdy byliśmy w środku, powiedział:
- Król nie chce, by wiele osób o tym wiedziało, więc nie mówcie nikomu, dobrze? A co do Ligolisa to wyzdrowieje.
- Jak? – spytałem.
- Leo, nasz ojciec ma moc uzdrawiania. Trochę go to będzie kosztowało, ale go wyleczy.
- A-ha.
Przez chwilę nic nie mówiliśmy, tylko trwaliśmy w niezręcznym milczeniu. W końcu odezwał się Haldir:
- Król wyprawia za jakiś czas przyjęcie. Wpadniecie?
- Ja nie – odpowiedział od razu Ozzy. – Rodzicie mi nie pozwolą – skrzywił się.
- A ty, Leo? – zwrócił się do mnie Haldir.
 Spojrzałem na Ozzy’ego, który wzrokiem zachęcał mnie do powiedzenia „tak”.
- No… okej.
***
Chodziłem z Rose po uliczkach, a ona opowiadała mi o tym mieście. W pewnym momencie ujrzeliśmy grupkę dziewczyn na małym placu, które stały razem i śmiały się wesoło.
- Kim one są? – spytałem Rose.
Spojrzała w tę samą stronę.
- A, one? To też jest w sumie paczka. Znam je trochę. Ta po lewej to Maddie. To ich tak jakby liderka. Wszystkie jej słuchają i darzą respektem, jednak nie boją się jej. Jest przecież ich przyjaciółką. Ta obok niej to Heian. Podnosi morale pozostałych. Wszystkich darzy sympatią i po prostu nie da się jej nie lubić. Roztacza wokół pozytywną aurę. Ta obok to Harmony. Służy dobrą radą. Jest najbardziej rozważna, jednak to wcale nie znaczy, że nie umie się bawić. Ta po jej prawej to Suzuki. Jest najbardziej waleczna. Nie brak jej odwagi, jednak czasem jest też aż zbyt ambitna i pozostałe muszą ją stopować. Ma mocny charakter. Ta obok niej to Isabelle. Jest trochę zamknięta w sobie i najbardziej nieśmiała, jednak jest dobrą obserwatorką i czasem to właśnie ona uświadamia całą resztę. Oczywiście przy reszcie jest nieco bardziej otwarta. Ta obok to Rebellious. Ma trochę porywczy charakter, lecz czasem to właśnie ona doprowadza wszystkich do płaczu ze śmiechu. Umie także pocieszyć i często to ona poprawia reszcie humor. Ta po jej prawej to Cleo. Jest ciekawą postacią. Łączy w sobie cechy paru z nich. Także czasem służy dobrą radą, poprawia humor oraz sprowadza resztę na ziemię. Jest kimś także bardzo ważnym dla ich paczki. Ogółem wszystkie są nawet spoko. Są sympatyczne.
- A skąd je znasz?
Rose wzruszyła ramionami.
- Czasem się spotykamy, gdzieś przelotnie na ulicy na przykład.
Nie zauważyłem nawet kiedy dziewczyny się rozeszły, a Maddie podeszła do nas.
- Hej Rose – uśmiechnęła się, po czym przeniosła wzrok na mnie. – A to kto?
- Hej Maddie – odpowiedziała Rose. – To jest Leo, mój nowy znajomy. Nie jest stąd.
- A więc witaj w Whitemount, Leo – dziewczyna podała mi rękę, którą uścisnąłem. Następnie odwróciła się do Rose. – Macie ochotę się czegoś napić?
Zastanawiałem się skąd to pytanie, jednak Rose szybko mi wyjaśniła.
- Jej rodzice mają oberżę w tym mieście.
Maddie przytaknęła.
- Dosyć fajną, rzekłabym. Spokojnie. O tej porze nie ma tam żadnych maniaków. – to mówiąc odwróciła się i zaczęła iść przed siebie, a my podążyliśmy za nią. Skręcaliśmy chyba z tysiąc razy zanim w końcu doszliśmy do oberży o wdzięcznej nazwie „Wesoły Byk”. Na jej widok uniosłem brew. Budynek był dosyć duży, niepomalowany i wydawał się dość stary. Wykonany został z drewna, łącznie z dachem, gdzieniegdzie już zniszczonego, miał parę okien z dosyć brudnymi szybami a drzwi wejściowe były podwójne i lekko uchylone. Weszliśmy przez nie do obszernego pomieszczenia, gdzie większość miejsca zajmowały stoły ze starego drewna, obok których stały krzesła z tegoż samego tworzywa. Gdzieniegdzie wisiały jakieś obrazy, a na końcu sali po lewej stronie płonął delikatny ogień w dużym kominku. W środku było mało ludzi, którzy siedzieli przy stołach i cicho ze sobą rozmawiali. Podeszliśmy do lady rozciągającej się na połowę długości budynku przy tylnej ścianie. Trochę dalej na półkach stały szklanki, kufle, talerze i tym podobne. Widać też było drzwi, pewnie prowadzące na zaplecze.
Przy ladzie stała młoda kobieta, która aktualnie wycierała ścierką wielki kufel. Gdy podeszliśmy, podniosła na nas wzrok swoich brązowych oczu i odgarnęła lekko falowane, kruczoczarne włosy, sięgające jej za ramiona.
- Witaj Maddie. Widzę, że przyprowadziłaś znajomych. Z kim mam przyjemność?
- Rose i Leo – przedstawiła nas Rose. Ja tylko kiwnąłem głową na potwierdzenie jej słów.
- Witam w oberży „Wesoły Byk”. Ja jestem Eleanor, matka Maddie. Napijecie się czegoś?
- Z chęcią – odpowiedziała za nas oboje Rose.
- Twój kolega jakoś mało rozmowny – zauważyła kobieta, odkładając kufel i ścierkę. – To czego się napijecie? Woda? Mleko? Sok? Specjalny napój dla nieletnich?
- Specjalny napój dla nieletnich? – spytałem. To mnie zaintrygowało.
Eleanor spojrzała na mnie.
- To nasz taki jakby specjał. Według naszej własnej receptury. Zrobiony z połączenia soku z jabłka, marchwi i mleka.
To nie brzmiało dobrze. Skrzywiłem się. Rose także miała nietęgą minę. Maddie tylko się zaśmiała.
- Och, nie martwcie się. Jest pyszne.
Rose i ja wymieniliśmy spojrzenia.
- No dobrze – powiedzieliśmy jednocześnie.
Gdy dostaliśmy swoje kubki, usiedliśmy przy najbliższym stoliku. Napój smakował dziwnie. Nie miał określonego smaku, lecz był wyśmienity. Gdy skończyliśmy, nie bardzo wiedziałem co teraz robić, jednak problem rozwiązał się sam. W pewnym momencie drzwi otworzyły się i do oberży weszła wysoka dziewczyna z ciemnobrązowymi włosami opadającymi na ramiona. Podeszła do nas i uśmiechnęła się.
- Witam. Widzieliście tutaj może taką wysoko-niską ładnooką dziewczynę, córkę oberżystki?
Zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć od strony lady dało się słyszeć chrząknięcie. Okazało się, iż stała tam Maddie i z figlarnym błyskiem w oku patrzyła na nowoprzybyłą.
- Witaj, Suz. Gwoli ścisłości. Nie jestem wysoko-niska.
Brązowowłosa zmierzyła ją całą spojrzeniem.
- Tylko niska? Nie oceniaj siebie aż tak surowo, Mad.
Maddie teatralnie westchnęła i wyszła zza lady.
- To jest Suzuki – zwróciła się do nas. Następnie odwróciła się do przyjaciółki. – To jest Leo, a Rose już znasz.
- I owszem – przytaknęła Suzuki, po czym wyciągnęła do mnie rękę, którą uścisnąłem. Wnikliwie mi się przyglądała, co wprawiło mnie w lekkie zakłopotanie.
- Niech zgadnę – rzekła po chwili. – Jesteś elfem i jesteś tu nowy.
Uniosłem brew.
- Skąd wiesz?
- Zgadywałam. Jak tu trafiłeś?
- Przyjechałem z Ligolisem i Haldirem.
- Uu, znasz księciów. Grubo.
Uniosłem brew jeszcze wyżej, jednak ona to zignorowała i poszła zamówić napój. Po chwili drzwi ponownie się otworzyły. Tym razem weszły przez nie dwie osoby. Poznałem, iż są to Isabelle i Rebellious.
- Rebi! Is! – powitała je wesoło Maddie. – Jesteście!
Dziewczyny kiwnęły głowami i lekko się uśmiechnęły.
- Witajcie. Co tam? - zagadnęła nas Rebellious.
- Dobrze – odpowiedziała Rose z uśmiechem. Dziewczyny przywitały się z nami, a ja czułem, że sytuacja zaczyna mnie przerastać. Nie zdążyłem jednak długo na to ponarzekać, gdyż wtedy drzwi otworzyły się po raz kolejny i po raz kolejny weszła przez nie dziewczyna z ich paczki. Tym razem była to Harmony. Miała długie ciemnobrązowe włosy do połowy pleców. Podeszła do nas i tak jak reszta, najpierw się przywitała. Tuż po niej weszła Cleo. Jej blond włosy opadały jej na ramiona. Ona także przywitała się najpierw z nami.  Odetchnąłem głęboko. Miałem ochotę uciec. Rose i tak je zna. Może by się nie obraziła. W niemalże całej oberży roznosił się śmiech sześciu dziewcząt, a Eleanor zza lady patrzyła na to z lekkim uśmiechem. Westchnąłem. Przeliczyłem je wzrokiem, a potem sięgnąłem do pamięci. Ogółem było ich siedem. Tutaj było sześć. A więc jednej brakowało. Zerknąłem na Rose. Wciągnęła się w rozmowę z dziewczynami, więc miałem szansę niepostrzeżenie się wymknąć. Cicho wstałem i podszedłem do drzwi, których skrzypienie zagłuszył śmiech. Wyszedłem i odetchnąłem świeżym powietrzem. Podszedłem trochę do przodu i rozejrzałem się. Nigdzie je nie było widać, więc ruszyłem dalej. Sam nie wiedziałem, czemu to robię. Chyba po prostu chciałem znaleźć wymówkę, by móc stamtąd pójść. Nagle o mało co nie wpadłem na poszukiwaną przeze mnie dziewczynę.
- Witaj – powiedziała z promiennym uśmiechem. Mimowolnie go odwzajemniłem. – Co tu robisz?
- A, właściwie to… nic takiego. A Ty? Nie powinnaś być z koleżankami?
- Właśnie do nich idę.
-A, no… tak.
- A właściwie to skąd mnie znasz? – moja rozmówczyni przechyliła głowę na bok.
Wzruszyłem ramionami.
- Widziałem cię niedawno. Jestem znajomym Rose.
- Ach, no tak. Ja też cię widziałam. A tak w ogóle, mam na imię Heian – to mówiąc podała mi rękę, którą uścisnąłem.
- Leo.
- Co tu właściwie robisz, Leo? W Whitemount? – spytała, puszczając moją dłoń.
Ponownie wzruszyłem ramionami.
- Nie wiem właściwie. Jak się najwyraźniej domyśliłaś, nie jestem stąd.
Opowiedziałem jej jak się tu znalazłem. Nie wiedziałem czemu dokładnie to robię, ale Heian słuchała uważnie, nie przerywając. Roztaczała wokół siebie niezwykła aurę. Rose miała rację: nie da się jej nie lubić. Gdy skończyłem, pokiwała głową z uśmiechem.
- Ciekawa historia, nie powiem. Nie martw się, będzie dobrze.
Na mojej twarzy wykwitł uśmiech podziękowania.
- Wybacz, ale chyba muszę już do nich iść, bo mnie utłuką – zaśmiała się. – Idziesz ze mną?
Zawahałem się.
- Nie, lepiej nie. Nie czuję się tam zbyt komfortowo. Podziękuj wszystkim za gościnę i przeproś Rose, dobrze? Powiedz, że… po prostu musiałem iść.
- Dobrze – uśmiechnęła się i pożegnała ze mną, po czym żwawym krokiem odeszła w stronę oberży. Było w niej, wbrew pozorom, dużo siły.
Ruszyłem w stronę zamku. Za trzy dni ma się odbyć bankiet. Haldir powiedział, że Ligolis do tego czasu wyzdrowieje. Postanowiłem się z nim zobaczyć. I przy okazji go przeprosić.
***
Haldira nie było w pokoju, ale ja i tak wiedziałem, gdzie mam pójść. Ligolis był w specjalnym pomieszczeniu jego ojca do leczenia. Poszedłem tam i lekko uchyliłem drzwi. Ujrzałem bladego Ligolisa, przykrytego kocem, leżącego na specjalnym stole z zamkniętymi oczami. Cicho wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. Zrobiłem parę kroków w stronę przyjaciela.
- Witaj, Leo – powiedział Ligolis.
Wciągnąłem gwałtownie powietrze z przestrachem. Młodszy książę za to otworzył oczy i zwrócił głowę w moją stronę z figlarnym uśmiechem.
- O mało co zawału przez ciebie nie dostałem! – oskarżyłem go.
Ligolis zaśmiał się.
- Wybacz – rzekł z przekąsem.
Uśmiechnąłem się zawadiacko i podszedłem do przyjaciela.
- Jak się czujesz? – spytałem, marszcząc brwi ze zmartwieniem.
- Będzie dobrze, Leo. Już mi lepiej.
- A co się tak właściwie stało? Co cię zaatakowało w tym lesie?
Ligolis zawahał się, a w jego oczach pojawił się błysk niepokoju.
- Nie mogę ci powiedzieć, Leo – wyszeptał, uciekając wzrokiem w bok. – Po prostu nie mogę.
- Ale czemu? Jestem twoim przyjacielem i martwię się o ciebie. Chcę wiedzieć!
- Leo – Ligolis spojrzał na mnie. - Tu nie chodzi tylko o mnie. Zrozum. To nie jest pojedyncza wpadka, może być takich więcej.
W tym momencie drzwi się otworzyły i pojawił się w nich Haldir. Na mój widok przystanął ze zdziwienia, a po chwili na jego twarzy pojawił się wyraz niepokoju.
- Leo. Co ty tu robisz?
- Chciałem odwiedzić Ligolisa – powiedziałem cicho. Starszy książę przyjrzał mi się uważnie.
- Nie powinieneś go męczyć. Powinien odpoczywać.
- Wiem, przepraszam – spuściłem wzrok.
- Czy to już wszystko?
- Właściwie to… - zawahałem się. Haldir zachęcił mnie, bym mówił dalej. – Mam jeszcze do niego jedną sprawę.
Haldir zerknął na brata.
- Zostaw nas samych, dobrze? – poprosił łagodnie Ligolis.
Starszy książę kiwnął głową i wyszedł.
- Tak, Leo? – spytał Ligolis.
Spojrzałem na niego. Nie wiedziałem jak zacząć.
- Posłuchaj… Pamiętasz może tę sytuację sprzed kilku dni? Właściwie to było przedwczoraj. – Ligolis zmarszczył brwi. – Wtedy kiedy… no… ta dziewczyna była i… no wiesz – zakończyłem niezręcznie, spuszczając wzrok.
- A, Mintisilia. Tak, pamiętam tę sytuację. I co z nią?
- Chciałbym cię przeprosić – w końcu odważyłem się na niego spojrzeć. Na jego twarzy pojawił wyraz niezrozumienia, połączonego ze zdziwieniem, jednak po chwili jego wzrok złagodniał.
- Leo, nie masz mnie za co przepraszać. Po prostu tak… - westchnął. – A, zresztą nie ważne. Zapomnijmy o tym.
Zmarszczyłem brwi.
- Mi trochę ciężko zapomnieć.
- Leo, nie mówię, że masz zapomnieć o fakcie. Bo to prawie niemożliwe. Mówię, żebyś zapomniał o incydencie.
Moja twarz trochę się rozjaśniła.
- Czyli nie jesteś na mnie zły?
Ligolis zaśmiał się.
- A niby czemu miałbym? Oczywiście, że nie.
- Dziękuję. To ja już pójdę. Zdrowiej!
Opuszczałem ten pokój w nadzwyczaj dobrym humorze.

środa, 4 lutego 2015

Ostatnie tematy od Hope i Fobosa, blog do zajrzenia + tag książkowy "Nadchodzi zima", czyli naprawdę bardzo zapomniany post

Hejka hej!

Hahaha. Niee no, powala mnie to co właśnie zamierzam zrobić, czyli... napisać o ostatnich, czyli trzecich, tematach, od Hope i Fobosa! *parska śmiechem* (emmmm... kiedy powinnam była to zrobić? Chyba w 2012, nie?)
Fobosie chyba tylko Ty to kojarzysz. :D (jeśli kojarzysz xD)

Emmm. No, a więc tak. Temat od Hope:
O przemocy
Emmm... (coś dużo tego 'emmm' ostatnio) Nie lubię przemocy. *błyskotliwość aktywowana* Przemoc jest be. Przemoc jest czymś co nie powinno mieć miejsca. Ludzie używają przemocy w różnych celach: żeby coś osiągnąć, udowodnić, albo nawet dla czystej przyjemności. Moim zdaniem są tak jakby dwa rodzaje przemocy (tylko nie wiem jak je nazwać): kontrolowana i niekontrolowana (?). Chodzi mi o to, że jest przemoc, przez którą ktoś może naprawdę poważnie ucierpieć (np. pobicie w szkole) i taka, która jest wręcz... popierana (?) (np. sporty walki, takie jak karate, boks). Czasem ktoś, kto chce się popisać, np. przed rówieśnikami; pokazać, że jest lepszy, silniejszy, odważny, zwyczajnie bije kogoś, by to udowodnić. I to jest fe. I to nie powinno oczywiście mieć miejsca. PRZEMOC NIE JEST FAJNA! Tak naprawdę jest oznaką głupoty i czasem bezsilności, bezradności. Jeśli ktoś nie umie wygrać intelektualnie woli wygrywać fizycznie.



Temat od Fobosa:
(:o)
Recenzja jakiegoś filmu
No toś mnie tu zagięła w tym momencie... To miał być post na szybko. xD No, ale cóż. ;) Już zresztą wiem jaki film opiszę: "Pingwiny z Madagaskaru"! Dzisiaj akurat na nich byłam. ^^ Ten film, jak się oczywiście można domyślić, opowiadania o naszych biało-czarnych przyjaciołach z filmów "Madagaskar" oraz z serialu pt. "Pingwiny z Madagaskaru". Wbrew pozorom jeśli chodzi o treść jest to chyba bardziej film dla starszych widzów, chociaż dzieciom jak to zostanie w głowie to też sobie kiedyś może uświadomią. :) Opowiada tak naprawdę o sile przyjaźni i o tym, że nawet jeśli inni w Ciebie wątpią, to nie znaczy, że nic nie potrafisz. Fabuła: nasze kochane pingwiny włamują się do banku (czy czegoś tam xD), by świętować urodziny Szeregowego. Zostają jednak porwani przez Daniela Dave'a, złą ośmiornicę, pragnącą zemścić się na pingwinach. One jednak oczywiście uciekają, a nawet trafiają na elitarną jednostkę o wdzięcznej (musiałam) nazwie 'Wiatr Północy'. Dwie elity rywalizują ze sobą, by przeszkodzić Dabiemu Dave'owi w jego niecnych planach. Nie brakuje oczywiście humorystycznych akcentów, a nasz polski tłumacz jest genialny. <3 W oryginale na pewno nie było "Taki mamy klimat", gdy pingwiny ciurkiem sobie idą na Antarktydzie i nagle obok nich stacza się, na pewną śmierć, jajo. Oraz Skipper na pewno nie mówił słów: "Pocztmistrz z Tczewa". [ciekawe ile biedny Grzegorz Pawlak musiał ćwiczyć tę kwestię] (w uproszczeniu z mamą wymyśliłyśmy: listonosz znad Wisły ^^ xD) I skrót NW z pewnością nie oznaczał "nie wiem". (obstawiam "North Wind) (a propo tłumacza to popisał się też w serialu [o ile to był ten sam, ale raczej tak], gdy w odcinku z czerwonymi jagodami/malinami, gdy Kowalski objaśniał, że przejrzałe (?) wywołują agresję, dał tekst dla Skippera: "O, zupełnie jak w Balladynie" [i się wyjaśniło czemu zabiła Alinę]) Wracając do filmu: naprawdę genialny i wyszło nam z mamą, że chyba więcej się dorośli śmiali niż dzieci. xD Ten film naprawdę ma głębię i jest pouczający. :) Kocham go. <3





Uffff. *ociera pot z czoła* Przebrnęłam. ;) (Fobos  mi wysłała maila z tematami 25.12.2012r., hihi ^^ xD)
Emmm, a o czym to ja teraz.... a tak. Tag książkowy. ;)
Chociaż nie, najpierw jeszcze prośba: wspomożecie moją dopiero co zaczynającą przygodę z blogosferą koleżankę? Książkolandia <--- oto jej blog. ;) Proszę o wsparcie dla niej. :) ;) ;D :D

Okej. Teraz tag książkowy "Nadchodzi zima". ;) Zostałam do niego w pewnym sensie nominowana przez Olę, czyli Kolorowe Stworzonko.

1. ŚNIEG - kiedy spada na ziemię świat od razu robi się piękniejszy, ale gdy sypie zbyt długo, zaczyna być dla nas uciążliwy i denerwujący. Książka, o której zmieniłam/em zdanie podczas czytania to...
"Niemcy". Była to moja lektura szkolna, pisałam o niej zresztą trochę w którymś z poprzednich postów. Na początku miałam do niej nastawienie w stylu: "No dobra, lektura to przeczytam, zresztą krótka, ale i tak nie lubię tej tematyki". [akcja: koniec września 1943 roku] jednak potem mnie oczarowała. (ale nie, i tak nadal nie lubię tej tematyki wojen światowych itp.) Bohaterowie: każdy inny, każdy ma konkretny charakter <wiwat opracowanie w szkole!>, w rodzinie Sonnenbruchów jest 5 osób - pięć postaw Niemców wobec ideologii faszystowskiej.



2. BAŁWAN - przyznajcie, że lepienie go całą rodziną jest bardzo zabawne. Książką, którą mogłabym przeczytać całą z rodziną jest...
"Opowieści z Narnii". A przynajmniej tak mi się wydaje. (xD) Kiedy byłam mała mama czytała mojemu bratu i mnie przygody Narnijczyków, więc myślę, że tata też by chętnie posłuchał. :D (a może nawet słuchał...?)



3. ŚWIĘTY MIKOŁAJ - jak wszyscy dobrze wiemy przynosi niesamowite prezenty. Książka, którą chciałabym dostać to...
"Spirit Animals: Więzy Krwi" oraz książki Ricka Riordana. :) Nie wiem, czy "Więzy Krwi" już wyszło, ale w vg je widziałam, więc powinny już być bądź niedługo być. ;) A Ricka Riordana ogółem chcę przeczytać. :D (a teraz do wszystkich, którzy przeczytali "Znak Ateny": *UWAGA SPOILER* Czy Was też zastanowiło, czemu oni tam stali? Z punktu widzenia pisarza, no to ja rozumiem, że tak miało być, ale z logicznego punktu widzenia to było beznadziejne. Przecież wiedzieli, że podłoga się wali, prawda? I wiedzieli, że Annabeth jest wyczerpana, więc dlaczegóż to najpierw ją "zaatakowali" pytaniami zamiast zabrać na pokład? Ja w ogóle myślałam, że oni weszli na pokład, ale nie - musieli wszyscy zejść na WALĄCĄ SIĘ podłogę. Pozdrawiam.)






4. ŚNIEŻKA - uderzenie nią boli i nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Książka, która wywołała we mnie silne emocje to...
"Młody Samuraj: Droga Smoka". Myślę, że się zalicza. Nie będę się nad nią rozwodzić, gdyż jest to trzecia część serii Chrisa Bradforda pt. "Młody Samuraj". Ogółem chodzi o to, że ta część jest końcem pewnego rozdziału w całej tej serii i jest tam bitwa, a w bitwie zazwyczaj są ofiary.



5. JAZDA NA SANKACH - kochają ją wszystkie dzieci. Książka, którą uwielbiałam będąc dzieckiem to...
Wspomniane już wcześniej "Opowieści z Narnii" oraz chyba "Harry Potter". Jak byliśmy mali (brat i ja) mama czytała nam te dwie serie. Więc myślę, że się zaliczają. :) ;)




6. HERBATA - rozgrzewa nas, kiedy przychodzimy do domu przemarznięci po szaleństwach na śniegu. Książka, która ma dla mnie wartość sentymentalną to...
Myślę, że "Czarnoksiężnik z Krainy Oz" oraz "Zaczarowana Zagroda". Pierwsza książka: pod koniec roku w trzeciej klasie (podstawówki) nasza wychowawczyni czytała nam właśnie tę książkę. Wiadome było, że nie zdąży jej skończyć przed końcem roku, więc sama ją skończyłam. :) Druga książka: lektura... drugiej klasy? Trzeciej? Nie pamiętam. xD W każdym razie o pingwinach uciekających z zagrody na Antarktydzie. Chyba najlepsza lektura klas 1-3. <3 (pewnie nie pamiętałabym o niej, gdybym nie zobaczyła jej dzisiaj w Empiku xD)




Okej, koniec. A teraz nominuję Fobosa, Tris, Bukwę, Tutti oraz wszystkich, którzy chcą. :D

Do napisania kochani! Pozdrawiam ciepło!

P.S. A! Miałam napisać jak było na zimowisku. xD W następnym poście. ;* (a było suuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuper <3)

P.P.S. Wybaczcie wszelkie literówki itp. ;)

P.P.P.S. I jak nowy wygląd bloga? ^^ Mam nadzieję, że się podoba. ;D ;3

sobota, 24 stycznia 2015

The last goodbye

Hejka hej!

Wpadam tu tak sobie do Was z paroma wiadomościami:
- w poniedziałek wyjeżdżam na zimowisko szałowe (taneczne) do Augustowa i wrócę w niedzielę :)
- czytam sobie "Znak Ateny" Ricka Riordana :) (pytanie do Poli i Bukwy: zakładacie może fanklub Leona?)
- to dzisiejsze opowiadanko tak pod wpływem chwili/natchnienia. Zresztą i tak od dawna zamierzałam takie napisać. ;) Nie jest najlepsze, ale jakieś jest. ;) Za wszelkie błędy przepraszam i proszę o ich wyłapanie oraz powiadomienie mnie o nich. ;*

The last goodbye

Bilbo szedł między ciałami leżącymi na ziemi. Rozglądał się, w oczach miał łzy. Tyle istnień dzisiaj poległo. Tyle serc zostało złamanych ich odejściem. Tyle smutku. Tyle nieszczęścia.
Bilbo uniósł wzrok ku górze. Chmury się zebrały na ciemnym wieczornym niebie, a wiatr hulał po polu bitwy.

I saw the light fade from the sky
On the wind I heard a sigh

Nagle z nieba zaczęły spadać białe płatki. Bilbo wystawił rękę, lecz gdy tylko biała plamka dotknęła jego dłoni, rozpuściła się. Śnieg. Nadchodzi zima. „Najwyższy czas się pożegnać” – pomyślał hobbit.

As the snowflakes cover my fallen brothers
I will say this last goodbye

Słońce już zaszło. Bilbo rozejrzał się wokół. Ciemność powoli brała górę.

The night is now falling
So ends this day

„Muszę wracać” – pomyślał Bilbo. – „Już zbyt długo tu zabawiłem.”

The road is now calling
And I must away

Bilbo przypomniał sobie jak to wszystko się zaczęło. Delikatny, smutny uśmiech wykwitł na jego twarzy. Przypomniał sobie całą tę drogę. Najpierw spod Pagórka, przez lasy, zawitanie w Rivendell…

Over hill and under tree

Góry Mgliste, Mroczną Puszczę…

Through lands where never light has shone

Płynięcie w beczkach do Miasta Na Jeziorze….

By silver streams that run down to the sea

By dotrzeć tutaj, aż pod Górę.
Bilbo otrząsnął się. Ale to już przeszłość. I nie wróci.
Hobbit spojrzał w górę. Niebo przesłaniały chmury, lecz gdzieniegdzie widać było gwiazdy. Już tak długo tu jest?

Under cloud, beneath the stars

Bilbo, zamyślony, przechadzał się w tę i z powrotem. Rozmyślał o wielu rzeczach, chociaż starał się nie myśleć o niczym. Nawet nie zauważył, kiedy nastał ranek, ukazawszy leżące na ziemi ciała przykryte białym puchem. Padało całą noc.

Over snow one winter’s morn

„Naprawdę muszę już wracać” – pomyślał dobitnie Bilbo.

I turn at last to paths that lead home

Lecz czy wróci? Czy zdoła? I którędy pójdzie?

And though where the road then takes me
I cannot tell

Bilbo pomyślał o krasnoludach. To z nimi tu przybył. Z nimi przeżywał te wszystkie przygody. Lecz musiał wracać.

We came all this way
But now comes the day
To bid you farewell

Bilbo przypomniał sobie te wszystkie miejsca, gdzie razem byli. To wszystko, co razem zrobili.

Many places I have been

Widział już tyle rzeczy. Niestety, nie zawsze szczęśliwych.

Many sorrows I have seen

Ale nie żałował. Zresztą to samo powiedział Thorinowi. Nawet się cieszył, że wreszcie wypchnęli go z domu.

But I don’t regret

I nigdy nie zapomni. Nigdy. Oczy zaszły mu łzami, które po chwili potoczyły się po policzkach.

Nor will I forget
All  who took the road with me

Przypomniał sobie swoje pożegnanie z Thorinem. Jeszcze więcej łez wylało się z jego oczu. Ale nie, nie może pozwolić, by to przesłoniło wszystko co razem przeżyli. Tak, pomyśli o tych dobrych rzeczach. Ale mimo wszystko wróci do domu.

To these memories I will hold
With your blessing I will go

Tak. Musi wracać.

To turn at last to paths that lead home

I znowu dopadły go wątpliwości. Czy wróci? Tego nie umiał powiedzieć.

And though where the road then takes me
I cannot tell

Z krasnoludami przeszedł kawał drogi i nigdy tego nie zapomni. Lecz nie jest krasnoludem. Jest hobbitem. I musi wracać do Bag End. Wróci teraz do Ereboru, by ich pożegnać.

We came all this way
But now comes the day
To bid you farewell

Pożegnanie na jakie zasłużyli.

I bid you all a very fond farewell


_________________________________________________________________________________


Mam nadzieję, że się podobało. ;)
A teraz trzy obrazki, które są w miarę nastrojowe. ;)



Takie prawdziwe. <3


Haha, totalnie ja. :D




Do napisania kochani! ;* I udanych ferii, tym którzy je mają. ^^ A tym, którzy nie - wytrwałości! :D

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Piosenki w "Hobbicie"

Hejkaaaa. :D

Co tam u Was? ;)

Był ktoś na Nocy Biologów?
Ja byłam. :) Fajnie było. :D Na mnie ciąży chyba jakieś fatum. Gdy zapisuję się na warsztaty to nikogo innego nie ma. ;-; Raz w 11 LO w Białymstoku były jakieś tam warsztaty. Na pierwszych byłam z licealistami, bo z gimnazjalistów tylko ja się zapisałam. Na drugich (z pierwszej pomocy) zapisały się 3 osoby, a byłam tylko ja. Teraz na pierwszych warsztatach na Nocy Biologów było zapisane chyba jakieś ok. 12 osób włącznie ze mną - przyszłam tylko ja. A że mogłam to sobie poczekałam na następną grupę. Tam przynajmniej ktoś przyszedł. xD Później na drugich też tylko ja przyszłam, więc wzięli sztuczny tłum, czyli chyba jakieś koło.  (a też ok. 12 osób zapisanych było)
Nieee no, masakra. ;-; xDDD

I czekając, pisałam na telefonie w notatkach jakieś opowiadania. Oczywiście pierwsze jest bez sensu i napisane ot tak, drugie to do "Elfa", ale nie ma tam powiązania z wydarzeniami tam teraźniejszymi.

Szła ulicą i rozmyślała nad ostatnimi wydarzeniami. Czemu on się tak zachował? Czy zrobiła coś złego? Czy go zraniła? A może właśnie czegoś nie zrobiła. Westchnęła. Zupełnie nie wiedziała czemu on ją rzucił. Teraz wracała ze szkoły do domu, a ta kwestia ciągle nie dawała jej spokoju. Przecież mógł powiedzieć o co chodzi, prawda? Czemu ją tak potraktował? Przecież tak się starała, by ich związek przetrwał. I co? I nic! I tak ją rzucił.
Oczy jej zaszły łzami. Po chwili uniosła wysoko głowę. Tak chciał grać? Dobrze. A więc niech mu będzie. Skoro chciał być taki to proszę bardzo! Ona też taka będzie. Już nie będzie płakać, o nie. Będzie nim gardzić, rozmawiać z jego kolegami, ale do niego ani słowa! O tak, to jest genialny plan. Uniosła wysoko głowę i dumnym krokiem poszła w kierunku domu, a w jej oczach widać było chytry błysk.



- Ooo, chciałbyś! Zapomnij geniuszu! W życiu ci nie pozwolę!
Haldir zaśmiał się.
- Ta, powiedzmy - uniósł miecz i wycelował klingą w brata. - Jeszcze zobaczymy.
Ligolis zrobił to samo z bronią.
- No dajesz.
Po tych słowach oboje zamachnęli się i słychać było szczęk broni. Przez jakiś czas osoby przechodzące obok placu ćwiczebnego mogły oglądać konfrontację braci.
Po chwili pewna osoba przystanęła na dłużej i przyglądała się walce z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Bracia, zajęci sobą, nie zauważyli jej.
- Naprawdę musicie to robić?
- Matko jedyna! - bracia jednocześnie wypuścili broń, przestraszeni. - Chcesz żebyśmy na zawał zeszli, czy jak?! - krzyknął Ligolis.
Król spojrzał na nich z rozbawieniem.
- Skąd. Tylko zapytałem.
Bracia spiorunowali go wzrokiem.
Chwilę za władcą, pojawiła się kolejna postać.
- Co się dzieje? - spytała z zaciekawieniem Liliami.
- Och, nic takiego - odburknął Ligolis. - Tylko nasz kochany ojciec chce się nas pozbyć.
- Jak?
- Sprawiając byśmy dostali ataku serca - wyjaśnił, przez zęby, Haldir.
- Podnieście broń - rzekł niewzruszony król.
Bracia spojrzeli na niego wściekli, po czym wzięli miecze i schowali je do pochew.
- Jesteś nienormalny - stwierdził, nadal oburzony, Ligolis.
- Zgadzam się - dodał jego brat.
- Powiedzieli ci normalni - parsknął król.
Liliami zaśmiała się.
Bracia spojrzeli na siebie po czym, niemalże jednocześnie, podbiegli do siostry, pchnęli ją na ojca, a następnie z uwielbieniem patrzyli jak oboje wywalają się na ziemię.
Chwilę na nich patrzyli, po czym parsknęli śmiechem, nie zważając na to, że byli zasztyletowywani spojrzeniami krewnych.
- Nie macie poczucia humoru - stwierdził z dziką satysfakcją Haldir.
- Właśnie - potwierdził Ligolis, ocierając łzy z oczu.
- Zabawne - powiedziały, wstając, ich "ofiary".
Wymiana zdań nie trwała długo, ponieważ zaraz wszyscy się rozeszli w swoje strony w wesołych humorach.


Wybaczcie wszelkie błędy. ;)

(A, i od razu! Wybaczcie tekst ;} [chodzi o tło])

No, a teraz muzyka. ^^
Tak, tak, to będzie trochę muzyczny post, ale (oczywiście) skupiony na "Hobbicie". :)

Ostatnio, jak już pisałam, dostałam 5-płytowe wydania do dwóch pierwszych części "Hobbita" z materiałami dodatkowymi i było tam m.in. o muzyce w "Hobbicie". Zakochałam się w tym. :D

Otóż najpierw będzie pierwsza w kolejce piosenka w 1. filmie pt. "Blunt the knives".
Tak, wiem, jestem głupia, ale nic nie zmieni tego, że miałam podnietę, gdy zorientowałam się, kto to zaczyna śpiewać. Kili. <3 A potem drugi wers Fili. <3 A potem wszyscy. :D

Piosenka ta jest wzięta z książki, tylko pozamieniane są miejscami niektóre wersy. James Nesbitt (Bofur) gra tam na flecie. Gdy ten tam, kto ich uczył śpiewać go zapytał, czy mógłby zagrać on powiedział: "Nie jestem za dobry, ale przyniosę mój flet i zobaczymy." Gdy zaczął grać, temu gościowi opadła szczęka i powiedział: "Jesteś zatrudniony". :DDD
Ogółem Aidan Turner (Kili) powiedział, że spokojnie może zaliczyć musical do swojego życiorysu. :D

Blunt the knives

Blunt the knives and bent the forks!
Smash the bottles and burn the corks!
Chip the glasses and crack the plates!
That's what Bilbo Baggins hates!

Cut the cloth and tread on the fat!
Leave the bones on the bedroom mat!
Pour the milk on the pantry floor!
Splash the wine on every door!

Dump the crocks in a boiling bawl;
Puond them up with a thumping pole;
And when you've finished, if any are whole,
Send them down the hall to roll!

That's what Bilbo Baggins hates!



Następną piosenką jest "Far over", bądź "Misty mountains cold", bądź ja naprawdę w końcu nie wiem jak ona się nazywa. :D
Też wzięta z książki, tylko tutaj chyba wersy są na właściwym miejscu. :D Oni ją traktują jak swoją historię w pigułce, pieśń, która była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Jest dla nich niezwykle ważna. Gdy było przesłuchanie Richarda Armitage'a Phillipa Boyens (bodajże) przypomniała sobie o tej piosence i zapytała go, czy umie śpiewać, a on odpowiedział: "Chyba tak". Co później, jak mówiła Phillipa, wydało się trochę śmieszne, bo "facet ma niesamowity głos". :D Najbardziej rozwalił mnie
Mark Handlow (Dori), który w wywiadzie potem mówił: "Far over *zaśpiewał* Wow. Niezłe zaskoczenie. Ma niesamowity głos. *chwila pauzy* Nienawidzę go." xDDD <3 (on tego nie powiedział w złych intencjach ;))

Far over

Far Over the Misty Mountains Cold,
To Dungeons Deep and Caverns Old,
We must away ere break of day
To find our long-forgotten gold.

The Pines were Roaring on The Heights,
The Winds were Moaning in the Night,
The Fire was Red, it Flaming Spread,
The Trees Like Torches Blazed with Light.




Później w kolejce jest piosenka Bofura, która była w edycji rozszerzonej, pt. "The Man in the Moon Stayed Up Too Late". Jest to piosenka z książki, tylko że z "Drużyny Pierścienia". Frodo zaśpiewał ją w Bree i tam była coś napisane, że nauczył się jej od Bilba. Więc dają nam wybór - albo to Bilbo napisał ją w drodze do Rivendell i nauczył Bofura, albo Bofur nauczył Bilba. My mamy zdecydować. ;)
W filmie chcieli pokazać, że krasnoludy nie szanują elfów, więc Bofur wchodzi na cokół, na którym potem leży jedyny pierścień i zaczyna śpiewać piosenkę do picia. (jeśli wiecie co mam na myśli)
James Nesbitt (Bofur) sam musiał wymyślić melodię do tej piosenki, w czym pomogła mu starsza córka. :)

The Man in the Moon Stayed Up Too Late
There is an inn, a merry old inn
beneath an old grey hill,
And there they brew a beer so brown
That the Man in the Moon himself came down
One night to drink his fill.
The ostler has a tipsy cat
that plays a five-stringed fiddle;
And up and down he runs his bow,
Now squeaking high, now purring low,
Now sawing in the middle.
So the cat on his fiddle played hey-diddle-diddle,
a jig that would wake the dead:
He squeaked and sawed and quickened the tune,
While the landlord shook the Man in the Moon:
'It's after three!' he said.


Potem jest piosenka Wielkiego Goblina (też z edycji rozszerzonej), który za jej pomocą się przedstawia.
Barry Humphries (Wielki Goblin) mówił w wywiadzie potem: "Jest to piosenka przesycona nienawiścią. Myślę, że dzieciom się spodoba." xD Jest to piosenka o torturach, śmierci i takich tam, a że jest to piosenka to instrumenty również są. ;) Gobliny zbierają odpadki, rzeczy które inni wyrzucają, więc i z tego są ich instrumenty. W tle słychać również rogi. :)
Gdy kompozytor zaśpiewał aktorowi tę piosenkę on powiedział: "Nie, nie, wszystko nie tak." Chodziło mu o to, że jego postać nie ma kompletnie słuchu, dlatego musiał fałszować. :) Przy tej piosence najpierw aktor zaśpiewał, a dopiero potem robili muzykę. :D

Down, down in goblin town

Clap snap, the black crack
Grip, grab, pinch, and nab
Batter and beat
Make ‘em stammer and squeak!
Pound pound, far underground
Down, down, down in Goblin Town

With a swish and smack
And a whip and a crack
Everybody talks when they’re on my rack
Pound pound, far underground
Down, down, down in Goblin Town

Hammer and tongs, get out your knockers and gongs
You wont last long on the end of my prongs
Clash, crash, crush and smish
Bang, break, shiver and shake

You can yammer and yelp
But there aint no help
Pound pound, far underground
Down, down, down in Goblin Town


Później Wielki Goblin jeszcze coś śpiewa, ale to chyba ot tak. :)

Następną, i już ostatnią piosenką (ąż słyszę okrzyki radości: "nareszcie!") jest piosneka końcowa, śpiewana przez Neila Finna pt. "The song of the Lonely Mountain".
Początkowo chcieli wrócić do "Far over", ale była za wolna, stwierdzili więc, że ktoś inny mógłby ją zaśpiewać. Fran Walsh i Phillipa Boyens były w samochodzie i leciała jakaś piosenka Neila i Fran powiedział: "On mógłby to zaśpiewać". A Phillipa na to: "W sumie masz rację. Myślisz, że się zgodzi?" I zadzwoniła do niego i się zgodził. Jednak to nie jest nasze "Far over" - Neil napisał własny tekst, który dotyczy dokładnie momentu, gdy stoją na skale. Zresztą sami zobaczcie :) :

The song of the Lonely Mountain

Far over the Misty Mountains rise
Leave us standing upon the height
What was before we see once more
Is our kingdom a distant light

Fiery Mountain beneath a moon
The words aren’t spoken, we’ll be there soon
For home a song that echoes on
And all who find us will know the tune

Some folk we never forget
Some kind we never forgive
Haven’t seen the back of us yet
We’ll fight as long as we live

All eyes on the hidden door
To the Lonely Mountain bourne
We’ll ride in the gathering storm
Until we get our long forgotten gold

We lay under the Misty Mountains cold
In slumbers deep, and dreams of gold
We must awake, our lives to make
And in the darkness a torch we hold

From long ago when lanterns burned
Until this day our hearts have yearned
A fate unknown, the Arkenstone
What was stolen must be returned

We must away ere break of day
To find our song for heart and soul

Some folk we never forget
Some kind we never forgive
Haven’t seen the end of it yet
We’ll fight as long as we live

All eyes on the hidden door
To the Lonely Mountain bourne
We’ll ride in the gathering storm
Till we get our long forgotten gold

Far away the Misty Mountains cold.


Tak, wiem, piosenka to ostatnia, ale jeszcze chcę napisać o książkach. ;) (też Was kocham ;*)

Pięć Królestw: Łupieżcy Niebios

Jest to pierwsza część nowej serii Brandona Mulla, autora "Baśnioboru". Opowiada głównie o chłopcu, Cole'u, który wraz z kolegami w Halloween został porwany przez handlarzy niewolników i zabrany na Obrzeża. Staje się niewolnikiem i wkrótce kupują go Łupieżcy Niebios, co oddziela go od przyjaciół, których przysiągł uratować. Łupieżcy zabierają go do Sambrii, jednego z Pięciu Królestw, nad Skraj, gdzie jest jednym ze zwiadowców. Tam też poznaje Mirę, Jace'a (tak, też padłam na tym imieniu xD) i Drgawę. Zaczynają się przygody. :)
Naprawdę polecam, tak jak i wszystkie inne książki tego autora. ;) Pisane lekko, wciągająco i choć postacie są młode to barwne. :)
Hihi, jestem mądra. :D Ogarnęła, że skoro będzie tego 5 części (a będzie) to będą w każdym królestwie. :D ^^
BRANDON MULL PLANUJE KONTYNUOWAĆ BAŚNIOBÓR!!!!!!!!!!!!
Ludzie, marzenia się spełniają. ^.^ <33333333

Niemcy

To jest akurat moja lektura. Książka ta wzbudziła we mnie sprzeczne emocje. Nie lubię tej tematyki (koniec września 1943r.), ale jakoś ta książka mnie oczarowała. Jest to dramat jako rodzaj literacki. Jest tutaj więcej opisów niż w innym czytanych przeze mnie takich książkach. "Niemcy" - akcja dzieje się początkowo w Niemczech, Norwegii, potem we Francji, by dotrzeć z powrotem do Niemczech do Getyngi, gdzie profesor Sonnenbruch obchodzi jubileusz swojej pracy naukowej. Profesor jest człowiekiem uważającym się za prawdziwego Niemca, który ma zamiar przechować "prawdziwość" Niemczech (że się tak wyrażę) w sobie do końca wojny, a potem przekazać go przyszłym pokoleniom. Książka chyba oczarowała mnie postaciami - barwnymi i realistycznymi.
Naprawdę polecam, warto przeczytać, a końcowa wymiana zdań pomiędzy profesorem, a jego byłym uczniem naprawdę mądra. :)


No. To naprawdę już koniec. ;) A nie, jeszcze nie! xD Obrazki. ;*


Nieee, to jest mega piękne. <3 xDDDD
Jedno z najlepszych, ahahahahaha. ^.^


Piękni. <3


Tak powinno być w filmie. :(


Pikne. :D


Kolejne rodzinne. ^^


To jest takie słodkie. *.*


Hahaha, dobre! :D


Hihihi, Kili, <3


*o*
Padam.


Ahahahaha, jak on skakał po tych kamieniach! :D To było piękne. ^^


*.* <3333333333333333
Legoriel. <3


Widać, że przeróbka, ale i tak piękne. ;D


Ahahahahahahaha! ^^ :D


Nie mogę. *.* ^.^ <3


Hihihi, słodkie. :D ;D ^.^


Ahahahaha! :D


Kocham ich po prostu. *.*


Ahahahaha, nie ma to jak pomieszać 6 fandomów. :D

Jupi! To naprawdę koniec. ;D

Do napisania kochani! ;* <3