niedziela, 6 sierpnia 2017

Internetowe znajomości

Gdy byłam mała dorośli często ostrzegali przed nieznajomymi. Gdy internet stawał się coraz bardziej popularny wśród dzieci i młodzieży, zaczęto zwracać również uwagę na znajomości internetowe. Były komiksy, filmiki, opowieści o tym, jak to ktoś, kogo poznało się przez internet, w rzeczywistości był kimś zupełnie innym - gorszym.
Czy nadal myślimy tak stereotypowo o znajomościach internetowych? W czasach, gdy w sieci udostępnia się tyle zdjęć, filmów, informacji na swój temat? Teraz, gdy poznajemy kogoś przez internet łatwiej jest nam czegoś się o tej osobie dowiedzieć. Kiedyś nie udostępniało się tylu informacji o sobie, jak dzisiaj. I trudniej jest żyć w takich czasach internetowym naciągaczom. Mało kiedy spotykamy się z przestrogami na temat spotkań z nieznajomymi. Dlaczego? Moim zdaniem coraz mniej ludzi decyduje się na takie spotkania.
Dlaczego w ogóle poznajemy ludzi przez internet?
Często jest to uwarunkowane poszukiwaniem osób o takich samych zainteresowaniach. Dużo łatwiej znaleźć takich ludzi w sieci niż wokół siebie. W realnym życiu nie wpiszemy szukanych haseł w wyszukiwarkę.
Często trafiamy na różne grupy czy fora, gdzie możemy porozmawiać popisać z innymi o tym, co nas kręci. Czasami skutkuje to przeniesieniem się na czaty, z jedną osobą, kilkoma bądź kilkunastoma. Zaczyna się te osoby poznawać, nie tyle przez typowe przedstawianie się, o ile przez zwykłe rozmowy. Zazwyczaj przy przedstawianiu się nie przychodzą nam do głowy rzeczy typu "Fascynują mnie relacje międzyludzkie" lub "Jestem dumna, że moje liceum jest imienia Powstańców Wielkopolskich". Takie rzeczy wychodzą w trakcie, a dzięki nim głębiej poznajemy osobę niż poprzez typowe "Mam 17 lat" czy "Mieszkam w Warszawie".
Naturalne jest, że po pewnym czasie pragniemy spotkać tę osobę na żywo. Gdy jesteśmy z tego samego miasta z pewnością przychodzi to łatwiej niż gdy mieszkamy po dwóch różnych stronach Wisły. Jednak, gdy bardzo nam na tym zależy/sprzyja nam szczęście, nawet gdy dzieli nas 497km, udaje nam się spotkać. Czasem jest to prawie przypadkowe spotkanie, graniczące z cudem, a zarazem chwilowe, lecz innym razem jest ono dłuższe i zaplanowane.
Co wtedy?
Czy potrafimy z taką osobą rozmawiać? Przecież dotychczas tylko pisaliśmy ze sobą, a teraz mamy porozmawiać twarzą w twarz?


Często na początku ciężko nam dobrać słowa, nie wiemy o czym rozmawiać, wszystkie wspólne tematy gdzieś wyparowały.
I co w takiej sytuacji zrobić? Poczekać. Aż coś do głowy przyjdzie. Druga osoba zrozumie ciszę, ma przecież takie same problemy. Ciekawym sposobem jest również powtarzanie "Ładna pogoda". Zawsze coś z tego wyjdzie.
Czy później jest jakaś różnica w rozmowie internetowej? Nie. Zazwyczaj nie ma. No bo jaka miałaby być?
Z każdym kolejnym spotkaniem czujemy się coraz lepiej w swoim towarzystwie, coraz swobodniej i pewniej. Możemy godzinami rozmawiać, a i tak czasu będzie za mało. I tak każde spotkanie, choćby trwało kilka godzin, jest za krótkie. Bo żegnając się, wiesz, że nie zobaczysz tej osoby na żywo prawdopodobnie przez kilka kolejnych miesięcy. Bo mimo wszystko rozmowa przez internet to nie to samo.
Jakie może być jedno z wielu następstw takiej znajomości?
Wspólne wakacje.
Co jeśli postanowicie spotkać się razem w wakacje? Co jeśli uda Wam się to zorganizować? Co jeśli siedząc razem na łóżku, będziecie zastanawiać się, jakim cudem Wasze drogi poprowadziły Was takimi ścieżkami, że wszyscy doszliście do tego momentu?
Wtedy pozostaje się tylko cieszyć i jak najlepiej wykorzystać wspólny czas.

Post trochę nieskładny, ale to wina godziny. (ta, jasne)

Post ten dedykuję pięciu wyjątkowym osobom: Siu, Zią, Apy, Ciapciakowi oraz Empe. (jeśli to czytacie to wow, ja w szoke) Po trochu także innym osobom, które poznałam w sieci, a z którymi jakiś tam kontakt nadal utrzymuję.

Strucle, wiedzcie, że włączenie się w tamtą rozmowę w komentarzach było jedną z najlepszych decyzji w moim życiu. Znajomość z Wami sprawiła, że moje życie stało się piękniejsze, pełniejsze i przede wszystkim - o wiele ciekawsze. Jesteście osobami, do których zawsze mogę napisać i najpewniej ktoś z Was będzie (ta, łudź się dalej). Dziękuję za ŚDM, dziękuję za Targi w Krakowie oraz Warszawie, dziękuję za Lednicę, a przede wszystkim - dziękuję za te sześć dni spędzonych z Wami, Siu i Zią. Dziękuję za wspólne oglądanie, za spacery, za struclę, za Escape Room, za miód (Zią) i za wszystko inne. Nawet za te kilka spin (czy tam jedną). To był naprawdę wspaniały, niezapomniany i niesamowity czas.

Do reszty - musimy nadrobić spotkania (Apy!).

Siu i Zią - do zobaczenia w listopadzie. To będzie naprawdę niezwykły koncert - nie dość, że Accantus Symfonicznie to jeszcze z Wami u boku.

Do zobaczenia, kiedyś na pewno!

Na koniec pozdrawiam serdecznie również Fobosa z bloga http://maskazycia.blogspot.com/, z którą jakiś tam kontakt utrzymuję już od ponad pięciu lat.

Do napisania!

P.S. Znikam na 14 dni na obóz harcerski, także brak postów w tym okresie jest usprawiedliwiony.

piątek, 4 sierpnia 2017

Jak ten czas mija, czyli piąte urodziny bloga.

Juhu!

Byłam na obozie tanecznym, także szczerze przyznam nawet zapomniałam o tych urodzinach. Ale oto 27 lipca 2017 roku mój kochany blog skończył już pięć lat! Happy birthday!

Jeju, jak ten czas mija. Chociaż fakt, że czasy, gdy zakładałam tego bloga, gdy jeszcze utrzymywałam kontakt z osobami z vj wydają mi się tak odległe.

W ciągu tych kilku lat wydarzyło się tyle rzeczy, a moje życie zmieniło się niewyobrażalnie. Czasami trudno mi uwierzyć, jak ten czas mija i ile może się zdarzyć w ciągu zaledwie jednego roku. Tęsknię za niektórymi czasami, osobami. I powiem Wam, że gdybym mogła wróciłabym tam. Mimo tylu rzeczy, które wydarzyły się o teraz.

Czuję, że z tych zmieszanych różnych emocji, których nawet nie potrafię nazwać, piszę jakiś bełkot, także już skończę. Na razie żegnam się z Wami, a jutro łapcie konkretniejszego posta.

I życzę Wam, byście nie żałowali niektórych chwil, momentów, decyzji tak jak ja.

A tymczasem łapcie Klaudię Antos. <3


piątek, 30 czerwca 2017

Elf 26

- Żądam wizyty z królem! – zdenerwował się Haldir.
- Zabronił nam kogokolwiek wpuszczać – zaprotestował strażnik po raz trzeci.
- A co mnie to, do białej saeny, obchodzi! – krzyknął książę i gwałtownie odepchnął strażników na bok. Zdumieni jego zachowaniem nie zaprotestowali, a ja wykorzystałem sytuację i przemknąłem między nimi, by podążyć za Haldirem, który właśnie zmierzał do drzwi. Gwałtownym ruchem je otworzył i wszedł do środka. Cicho podreptałem za nim i stanąłem z boku.
Zdziwiony król uniósł na nas wzrok. Razem z żoną siedzieli przy stole, a między nimi leżał plik kartek.
- Ja rozumiem, że je… – zaczął król, lecz Haldir natychmiast mu przerwał:
- Do stu tysięcy morduków, my tu mamy poważny problem, a ty zabraniasz ludzi wpuszczać! – krzyknął, na co król zrobił zdezorientowaną minę.
Książę żwawo podszedł do stołu.
- Czy ty nie powinieneś być na zajęciach, Haldirze? – zauważyła przytomnie królowa.
- Przerwałem je. W lesie był morduk. Zaatakował nas.
- A co wy robiliście w lesie? – Król zmarszczył brwi.
- To na razie nieważne. Coś tu się dzieje niedobrego, ojcze.
- A co on tu robi? – spytała królowa, patrząc na mnie.
- To też już inna historia. Musimy zwołać naradę. Tam wszystko opowiem.
Władcy spojrzeli po sobie, po czym kiwnęli głowami. Usatysfakcjonowany Haldir rozluźnił się, kazał mi iść do komnaty, a następnie sam wyszedł i udał się w niewiadomym mi kierunku.
*
Patrzyłem w ścianę, a przez moją głowę przebiegało tysiąc myśli naraz. Miałem tyle problemów, kłębiących się w moim umyśle, że nie wiedziałem, który wykańcza mnie najbardziej. Wychodząc z komnaty, zapominałem o kłopotach, lecz gdy tylko zostawałem sam, atakowały mnie na nowo.
Aktualnie trwały przygotowania do przyjęcia z okazji urodzin rodzeństwa, więc wolałem zostać u siebie, by nikomu nie zawadzać. Po przerwaniu zajęć książąt w poprzednim tygodniu, zwołano naradę złożoną z samych wysoko postawionych ludzi. Później Haldir kazał mi nic nie mówić o tym co się wydarzyło, a najlepiej zapomnieć o całym zajściu. Zgodziłem się, choć wyrzucenie tamtego zdarzenia z pamięci było wręcz niewykonalne.
Po kilku dniach książęta skończyli wspólne zajęcia i porozjeżdżali się z powrotem do swych włości. Zostały tylko Meredith i Caroline pod pretekstem, iż chcą uczestniczyć w przyjęciu. Ostatnie dwa dni ograniczały się głównie do składania życzeń, nic nadzwyczajnego. Z tego, co zdążyłem się zorientować, prezenty nie były tutaj na porządku dziennym. Nie dziwiłem się temu jednak – elfy żyją tysiące lat, gdyby co roku dostawały prezenty, po krótkim czasie miałyby nadmiar zbędnych bibelotów.
Mono zdradził mi kilka podstawowych informacji o rodzeństwie. Różnica wieku między Ligolisem, a Liliami wynosiła dwadzieścia pięć, tak samo między Liliami a Haldirem. Oznaczało to, iż braci dzieliło pięćdziesiąt lat. W tym roku Ligolis obchodził swoje tysiąc dwusetne urodziny. Po tej rozmowie potrzebowałem czasu, by przyswoić nowe informacje, ponieważ to wszystko wydawało mi się zbyt szalone, by było prawdziwe.
W mojej komnacie rozległo się pukanie. Zdziwiony uniosłem wzrok na drzwi i podszedłem do nich, by otworzyć. Za nimi ujrzałem Mono.
- Witaj Leonardzie! – Pomachał mi wesoło. – Jak się masz? Gotowy?
Westchnąłem.
- Mentalnie bardziej nie będę. Ale to jeszcze nie teraz, prawda?
Mono pokręcił głową.
- Spokojnie, jeszcze nie. Tylko chciałem ci dyskretnie zasygnalizować, że to już niedługo.
Parsknąłem.
- Mistrz dyskrecji z ciebie.
- Wiem, mama mi to zawsze powtarzała, gdy kradłem ciastka z kuchni na jej oczach. – Po tych słowach wyminął mnie i wszedł do komnaty. Zamknąłem za nim drzwi. – Przy okazji chciałem się dowiedzieć czy nie chciałbyś o coś zapytać.
- W sumie… – zastanowiłem się chwilę. – Mam kilka pytań.
- Słucham więc – odrzekł Mono, siadając wygodnie na fotelu i biorąc do ręki ciastko ze stolika.
- Czy ktoś wie, że jestem… no wiesz…
- Z rodziny królewskiej? – dokończył za mnie elf.
Kiwnąłem głową.
- Nie. To jest na razie tajemnica, póki kilka spraw się nie wyjaśni.
- Jakich spraw?
Mono spojrzał na mnie i sięgnął po kolejne ciastko.
- Dotyczących ciebie. I twoich rodziców.
- Ale co się dokładnie stało? Moi rodzice… dlaczego uciekli?
- Sam tego do końca nie łapię, Leo. Dla mnie ta cała sprawa jest totalnie pokręcona. Pamiętam głównie to, że twoja mama w pewnym momencie pokłóciła się z królową, a jakiś czas później… po prostu zniknęli. Nie zostawili listu, nic. Nie było żadnych śladów, które mogłyby nas naprowadzić na jakikolwiek trop. Spakowali część rzeczy i… puf.
- A królowa coś mówiła na ten temat?
- Z tego co mi napomknął kiedyś Ligolis, to sama była zdezorientowana. Właściwie nie do końca wie, o co pokłóciła się z siostrą.
Zmarszczyłem brwi.
- Jak może tego nie wiedzieć?
Mono uniósł dłonie w obronnym geście.
- Mnie nie pytaj.
- A podobno przyszedłeś tu, by odpowiadać na moje pytania – zauważyłem kąśliwie.
- Ale na te, na które znam odpowiedź – odparł Mono.
- Tak? A więc co dziś jadłeś na śniadanie?
- Owsiankę.
- Bardzo pożywnie.
- I smacznie. Była tak dobra, jak u mamy. A, czekaj. Bo zrobiła mi ją moja mama.
- Twoja mama tu jest? – zdziwiłem się.
Mono pokiwał głową.
- I owszem, wrócili z tatą na czas urodzin. Dziś wieczorem ci ich przedstawię. Są bardzo sympatyczni.
- W to nie wątpię. – Uśmiechnąłem się.
- Zresztą, dużo osób dziś poznasz. Na przykład Siliorna, przyjaciela władców. Oraz innych, tych spokrewnionych i tych nie.
Na te słowa mina mi zrzedła.
- Muszę?
Mono roześmiał się.
- Tak, synu, musisz.
Spiorunowałem go wzrokiem.
- No co? Zabrzmiałeś jak dziecko, więc ci odpowiedziałem jak należy.
Westchnąłem.
- Byłbyś beznadziejnym rodzicem. I przestań wyżerać mi ciastka.
Mono zrobił minę niewiniątka i otarł okruszki z ust.
- Jakie ciastka? To tu są jakieś ciastka?
- No właśnie już nie ma, idioto, bo wszystkie zeżarłeś.
- Więc czym ty się martwić? Przecież już ci ich nie zjem.
Spiorunowałem go wzrokiem, lecz on mnie zignorował. Wstał, ziewnął i przeciągnął się.
- No, to ja już pójdę. Muszę się jeszcze przygotować.
Uniosłem brwi.
- Przygotować? Czyli?
- Ah, no wiesz. Przypudrować nosek, te sprawy.
Parsknąłem śmiechem.
- A no przecież.
Mono posłał mi uśmiech i ruszył do drzwi.
- A gdzież zniknęli nasi bracia? – spytałem, gdy już trzymał rękę na klamce.
Elf odwrócił się w moją stronę i odrzekł:
- Przeżywają istne katusze.
Gdy uniosłem brwi w niemym pytaniu, dodał:
- Musieli dać się służącym uszykować do przyjęcia.
Zaśmiałem się, a Mono wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Zamyślony opadłem na kanapę. Dziwnie się ostatnio czułem. Jakby całe moje wcześniejsze życie nie istniało. Nie wiedziałem co było prawdą, a co nie. Postacie moich rodziców, wyłaniające się z opowieści elfów, wyglądały zupełnie inaczej niż te, zapamiętane przeze mnie z dzieciństwa. Nie wiedziałem już, które były prawdziwe. Potrząsnąłem głową. Takie rozważania nic mi nie da…
Poczułem taki ucisk w klatce piersiowej, że nawet nie dokończyłem myśli. Krzyknąłem, skuliłem się z bólu i upadłem na ziemię. Atak był jednorazowy, ale tak potężny, że jeszcze chwilę leżałem na ziemi. Potem wstałem i, z odrobinę zamglonym wzrokiem, ruszyłem ku drzwiom. Musiałem udać się do króla, chociaż nie wiedziałem czy w obecnej sytuacji mi się to uda.
Idąc, odzyskiwałem powoli siły, więc wchodzenie po schodach szło mi już całkiem sprawnie. U ich szczytu napotkałem strażników.
- Mógłbym zobaczyć się z królem?
- Przykro mi, ale to niemożliwe.
- To bardzo ważne – spróbowałem.
- Każdy tak mówi – odparł strażnik.
Westchnąłem i już miałem zrezygnować, gdy usłyszałem głos:
- Coś się stało, Leo?
Podniosłem wzrok i ujrzałem królową, idącą w naszą stronę.
- Pani. – Ukłoniłem się lekko. – Chciałbym porozmawiać z królem. Czy to możliwe?
- Chodź ze mną – odparła królowa i zeszła po schodach. Ruszyłem za nią.
- O czym chciałeś z nim porozmawiać? – spytała po chwili milczenia.
- Niedawno odczułem mocny ból w klatce piersiowej. Król prosił mnie, bym go informował o każdym objawie.
Królowa zmarszczyła brwi.
- To naprawdę niedobrze – mruknęła.
„No co wasza wysokość nie powie” – pomyślałem, lecz nie powiedziałem tego na głos.
- Król ma teraz sporo spraw na głowie, ale jeśli mi się uda to załatwię ci chwilkę na rozmowę z nim.
Podziękowałem skinieniem głowy i układałem to, co powiem królowi. Nawet nie zauważyłem, gdy dotarliśmy pod drzwi sali balowej.
- Morilianor! – zawołała królowa, a jej mąż przerwał rozmowę z jakimś mężczyzną i podszedł do nas.
- Co się stało Apolilise?
- Leo ma do ciebie sprawę.
Spojrzenia pary królewskiej spoczęły na mnie, a ja przełknąłem ślinę i powiedziałem, plącząc się:
- Jakiś czas temu odczułem mocny ucisk w klatce piersiowej i uznałem, że powinienem ci o tym powiedzieć, panie.
- Jak mocny?
- Bardzo mocny.
Król milczał chwilę i w zamyśleniu kiwał głową.
- Dobrze, dziękuję – odparł i odszedł.
Stałem chwilę zdezorientowany i zestresowany, aż królowa dotknęła mojego ramienia i gestem zachęciła mnie, bym za nią podążył. Uśmiechnąłem się z wdzięcznością, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną.
Przez chwilę biłem się z myślami, po czym niepewnie zapytałem:
- Pani… czy… mogę o coś zapytać?
Królowa spojrzała na mnie bystrym wzrokiem i skinęła głową.
- Czy… – Odchrząknąłem nerwowo. – Czy pamiętasz o co się pokłóciłaś z moją matką?
Władczyni przystanęła, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.
- Wiedziałam, że o nią zapytasz. – Westchnęła. – Widzisz Leo, to dosyć skomplikowane. Pamiętam, że nasze relacje w pewnym momencie się oziębiły, choć zawsze miałyśmy ze sobą bardzo dobry kontakt. Kilka dni później pokłóciłyśmy się. Nie jestem pewna o co nam poszło. Mam… mam wrażenie, że ona… podtrzymywała tę kłótnię. Jakby… jakby chciała, byśmy się kłóciły. – Królowa westchnęła i uniosła dłoń do czoła. – Już nie wiem co jest prawdą, a co tylko wymysłem mojej pamięci. Może chcę tak myśleć, by jak najmniej mojej winy było w jej odejściu? Sama nie wiem, Leo. W każdym razie – spojrzała na mnie, a ja ujrzałem, niegdyś głęboko skrywany, ból w jej oczach. – nie myśl o tym, Leo. Bo tutaj i tak nie uzyskasz odpowiedzi.
Po tych słowach odeszła, a ja westchnąłem i w zamyśleniu wróciłem do komnaty. Usiadłem na kanapie i tępo wpatrując się przed siebie, czekałem na rozpoczęcie przyjęcia.

środa, 31 maja 2017

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara

Hejka hej!

W czwartek (25.05.2017r.) byłam na wspomnianym w tytule posta filmie (była to przedpremiera) i dziś stwierdziłam, że napiszę o tym post.

Od razu ostrzegam, że starałam się nie spoilerować, ale nic nie obiecuję.

Jest to już piąta część Piratów, która wyszła 14 lat po pierwszej. Moim zdaniem jest to naprawdę dobry film. Pod względem technicznym - nawet bardzo dobry. Efekty specjalne są naprawdę niezłe, charakteryzacja bohaterów również, a scenografia to już w ogóle super. Uważam, że ta część jest o wiele lepsza od czwartej (która notabene mi się niezbyt podobała).



Komizm dotrzymuje kroku poprzednim częściom, a czasem nawet je prześciga - jak np. scena z gilotyną. Było kilka postaci epizodycznych, które wykonały naprawdę świetną robotę - jak Paul McCartney w roli Wujka Jacka. I jego żart.





Postać Henry'ego Turnera bardzo mi się podobała. To jak została wykreowana.
Po pierwsze primo jest niesamowicie podobny do ojca. I z wyglądu, i z charakteru, i nawet momentami miałam wrażenie, że z głosu. A to się naprawdę ceni.
Po drugie primo samo wplecenie go fabuły było świetnym pomysłem. Bo jednak jest to coś nowego, lecz jednocześnie coś starego. Nie musieli wymyślać nowej postaci ani wymyślać dla niego kolejnej historii, tylko wzięli postać, która de facto już istniała.
Po trzecie primo fajne jest to, że nawiązali do historii Willa. Jak Will wcześniej szukał sposobu, by uwolnić swojego ojca, tak teraz jego syn szuka sposobu, by uwolnić jego.
Po czwarte primo, podsumowując, jego postać jest naprawdę genialna, a momentami i urocza. Podoba mi się w nim to, jak bardzo zdeterminowany jest, by zdjąć ze swego ojca klątwę. "I want you to go home."






Postać Cariny też jest dobrze wykreowana. Kobieta nauki uważana za czarownicę. Podoba mi się w Piratach to, że w każdej części jest coś nowego, świeżego, jakiś kolejny motyw odpowiadający tamtym czasom. Carina ma również mocny charakter. Wie, czego chce i nie waha się po to sięgać. Chociaż jednak wolałaby wszystko załatwiać polubownie.
"- I'm not looking for trouble.
- What a horrible life it is."
Jest zdeterminowana, by odnaleźć swojego ojca lub chociażby dowiedzieć się, kim jest.



Postać Jacka. Znana nam wszystkim, zapewne nawet jeśli ktoś nie oglądał Piratów. I tutaj jednak trochę ponarzekam.
Mimo że Jack to Jack i oczywiście jak zawsze był cudowny to jednak nie za bardzo podoba mi się jego przedstawienie w najnowszej części, przynajmniej na początku. Fakt, Jack zawsze był alkoholikiem. Ale tutaj moim zdaniem twórcy już przesadzili. Może to jest warunkowane przez jakieś wydarzenia, życie go przerosło, czy coś, jednak nie podoba mi się to. W pierwszej części jego pomysły i sposoby ratowania siebie, jak i innych wyraźnie wynikały z jego sprytu i inteligencji. Tutaj - ze szczęścia głupiego. Chociaż fakt faktem, że to chyba tylko na początku. Bo np. sposób w jaki wydobył od Cariny informacje o mapie - widać, że użył do tego sprytu i przebiegłości. Oraz oczywiście inteligencji.





Postać Salazara. On jest uroczy. Serio. XD Propsy za to, że rzeczywiście wzięli hiszpańskiego aktora do roli Hiszpana. Mimo że jest antagonistą to jest momentami naprawdę przeuroczy. "Find Sparrow for me. Please." A jego załoga, która wygląda jak wyczyszczona miejscami gąbką (jak w takiej jednej książce) jest również bardzo fajna. XD Statek też - również jak wyczyszczony gąbką miejscami. XD Ale jak się otwiera, by pożreć jakiś statek to też jest uroczy.




I w tym miejscu żegnam się z osobami, które jeszcze nie oglądały tego filmu i nie chcą mieć naprawdę dużych spoilerów. Do napisania!



UWAGA NA DOLE SĄ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ DUŻE SPOILERY.

TAKIE NAPRAWDĘ BARDZO DUŻE.

BARDZO BARDZO DUŻE.

ZA DUŻE DLA OSÓB, KTÓRE NIE OGLĄDAŁY.

TAKIE DUŻE DUŻE.

ZA DUŻE.

Okej, tutaj zacznę.

Więc chciałabym zacząć od końcówki.

AAAAAAAA!!!

MATER DEJ.

Ta końcówka jest idealna. Idealna. No po prostu idealna. Mamusiu moja kochana.

Nie spodziewałam się Elizabeth. Naprawdę. W ogóle nie miałam pojęcia, że ma się pojawić i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. Bo byłam tak pozytywnie zaskoczona, że szok. Popłakałam się na tej końcówce aż, naprawdę, tak się wzruszyłam. XD <3

Ale śmierć Barbossy to nieee, why :"C
Na tym też prawie płakałam.
Ale Carina przegrała. W jednym momencie odnajduje ojca, a w drugim on ginie. ;') (I jeszcze ten Henry: "Wszystko w porządku?" Taaak, Henry, właśnie straciła ojca minutę po tym jak się dowiedziała, że to on, ale jaasne, wszystko w jak najlepszym porządku!)



I cóż, powiem Wam, że śmiałam się na początku. BO WILL TAK KOMICZNIE WYGLĄDA Z TYM CZYMŚ NA TWARZY. Nie mogłam się powstrzymać, ja się tak śmiałam. XD Chociaż ta scena początkowa była urocza i wzruszająca i wzruszyłam się, ale i tak się śmiałam. XD "I found you." <3




Btw zauważyliście, że oni coś mają z tymi ojcami? Will zostaje ojcem, Czarnobrody okazuje się ojcem bohaterki, Barbossa okazuje się ojcem bohaterki. No cóż. XD

Widzieliście scenę po napisach?
Ja sobie uświadomiłam, ze mogła takowa być już po wyjściu z kina, gdy zbierałam się w domu do spania. XD Ale miałam to szczęście, że znalazłam ją na yt (w jakości kalkulatora, ale znalazłam XD). Jak ktoś chce obejrzeć to musicie być czujni - czasem ktoś wstawia, nagrane przez siebie w kinie. Zawsze to coś. Oczywiście te filmiki są dość szybko usuwane, ale jak będziecie mieli szczęście to traficie na jakiś.
Moim zdaniem ta scena (pomijając fakt, że jest urocza) jest taką uchyloną furtką. Ogółem to już koniec, zakończenie idealne, aaale, na wszelki wypaadek, jakaś fuurtka to tam jeest.
Ale pomyślcie jakie to by było combo, gdyby były te wszystkie postacie - Will, Elizabeth, Jack, Henry, Carina i może jeszcze Angelica.

Podsumowując: mi się bardzo podobał ten film. Prawdopodobnie jest to moja druga ulubiona część - zaraz po pierwszej.
Więc, żegnam się z Wami. Do napisania piraci!

P.S. Młody Jack <333


P.P.S. Śmieszy mnie to, że Orlando Bloom jest traktowany jakby zagrał główną rolę w tym filmie. XD Jest na wszystkich premierach, są z nim wywiady, występuje w programach telewizyjnych... A zagrał na początku i na końcu. XD Znaczy rozumiem dlaczego tak jest - bo wcześniej grał główną rolę. Ale i tak mnie to śmieszy. XD Chociaż oczywiście nie mam nic przeciw temu. <3



P.P.S. A propos Orlanda - polecam ten filmik. Jest tak przeuroczy. <3 Zwłaszcza od około drugiej minuty, gdy Orlando mówi o swoim synu. <3


P.P.P.S. I przy okazji polecam też ten filmik. Uśmiać się można. (oba są krótkie, serio).


czwartek, 18 maja 2017

18. maja, czyli 18. urodziny!

Hejka hej wszystkim!

Dziś jest dla mnie bardzo ważny dzień, a mianowicie: kończę dziś 18 lat!

Jako, że to poważny wiek i staję się pełnoletnia, postanawiam naprawdę się postarać i wznowić tego bloga. :)

Jeśli starzy czytelnicy już zniknęli (a pewnie tak i się nie dziwię) to znajdę nowych. I tym razem nie zawalę. Obiecuję.

W końcu 18 wiosen (u mnie dosłownie) do czegoś zobowiązuje.

A teraz już spadam, ale zapowiadam, że następny post pojawi się na dniach. ^^

Dobranoc i życzę Wam wszystkiego najlepszego w życiu! <3

sobota, 29 kwietnia 2017

Elf 25



Następnego dnia nie wolno mi było zbliżać się w okolice sali balowej. Od Mono dowiedziałem się, iż książęta mają tam zajęcia z etykiety. W sumie żałowałem, że nie mogę tego zobaczyć, gdyż to mogłoby być ciekawe. Spotkałem się natomiast z Ozzy’ym.
- Tobie też by się przydały takie zajęcia – rzekł z przekąsem.
Uświadomiłem sobie wtedy, iż właściwie to ma rację i jeszcze bardziej żałowałem, że nie może mnie tam być.
Z braćmi mogłem zobaczyć się dopiero wieczorem, bo po zajęciach porannych mieli jeszcze popołudniowe. Gdy wreszcie na siebie trafiliśmy, akurat wracali do swojej komnaty.
- Witaj Leo – przywitał mnie Ligolis.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi.
- Jak zajęcia? – spytałem.
Ligolis wzruszył ramionami.
- Jak zwykle. Męczące, ale znośne.
Chciałem powiedzieć coś więcej, lecz nagle poczułem ucisk w nodze. Syknąłem i złapałem się za kolano, a wtedy plecy mnie tak zabolały, że upadłem na ziemię. Następnie rwanie przechodziło z jednego miejsca mojego ciała do drugiego, a ja tylko krzyczałem i zwijałem się z bólu. W pewnym momencie cierpienie było tak mocne, że zrobiło mi się niedobrze, a w końcu straciłem przytomność.
***
Gdy się ocknąłem, przez moment nie mogłem się podnieść, gdyż moje ciało było zbyt zmęczone. Po chwili jednak to uczucie zniknęło, a wokół siebie usłyszałem głosy. Gdy się na nich skupiłem, stały się bardziej wyraźne.
- Właściwie to mi tam obojętnie, byleby nie było nudno.
- Popieram brata.
- Ale co jest dla was nudne, wcale nie musi być nudne dla kogoś innego.
- Bzdury. Jak coś jest nudne, to jest nudne i tyle.
Otworzyłem oczy i uniosłem się lekko.
- Cicho, obudził się.
W tym momencie wszyscy ucichli i poczułem na sobie wiele spojrzeń. Usiadłem na kanapie i popatrzyłem na zebranych. Znajdowałem się w komnacie króla, a oprócz mnie byli tam jeszcze para królewska, bracia, Liliami oraz Mono.
- Jak się czujesz Leo? – spytał Haldir.
- Dobrze – odpowiedziałem.
- Na pewno? Jeszcze niedawno zwijałeś się z bólu.
Skrzywiłem się.
- Wiem, ale… – zamilkłem, bo nie wiedziałem jak to wyjaśnić.
- Jakoś nie wydajesz się być tym, co się wydarzyło, szczególnie zszokowany – zauważył Ligolis. – Zdarzyło ci się to wcześniej?
Ponuro pokiwałem głową, odwracając wzrok.
- Leo, dlaczego nic nie mówiłeś? – zapytał Haldir.
- Myślałem, że wkrótce minie – westchnąłem.
- Opowiedz nam o tym – poprosiła królowa.
Z niechęcią opowiedziałem im o bólach i innych niepokojących zjawiskach, które mnie ostatnio dręczyły. Gdy skończyłem, król rzekł:
- Wygląda na to, że zostałeś otruty Leonardzie.
Wytrzeszczyłem na niego oczy.
- Niby kiedy?
Władca pokręcił głową.
- To jest dobre pytanie.
- Morilianor, mógłbyś coś z tym zrobić? – zapytała królowa.
Monarcha zastanowił się chwilę.
- Nie wiem. Musiałbym wiedzieć, co to za trucizna, Apolilise. Później go przebadam. – W tym momencie nie wiedziałem czy się cieszyć czy martwić. – A do tego czasu, miejcie go na oku. – Tu zwrócił się do swoich dzieci oraz Mono. Ci skinęli głowami. – Możecie już iść.
Cała czwórka wstała, a Haldir gestem zachęcił mnie, bym uczynił to samo. Podniosłem się z kanapy i wyszedłem za nimi z komnaty. Spodziewałem się, iż będą mnie wypytywać, lecz oni zaczęli beztroską rozmowę, jakby mnie tu nie było. Szedłem za nimi i przysłuchiwałem się jakże interesującej dyskusji o grzybach i targach tkanin. W pewnym momencie ktoś pojawił się przed nami, przerywając sielankową konwersację i powodując, iż Haldir od razu się spiął.
- Witajcie – kobieta skłoniła się nisko. – Haldirze, może zechciałbyś udać się ze mną na spacer?
- Oczywiście Meredith.
- Wspaniale! – elfka rozpromieniła się, złapała księcia za rękę i pociągnęła za sobą. – To chodźmy!
Reszta spojrzała po sobie, westchnęła i ruszyła dalej, kontynuując dyskusję o handlu jedwabiem. Ja natomiast wlokłem się z tyłu i rozmyślałem nad ostatnimi wydarzeniami. W pewnym momencie niezauważenie odłączyłem się od przyjaciół i poszedłem do swojej komnaty.
***
- Cześć Leo!
Podniosłem wzrok znad kartki.
- Witaj Mono.
- Cóż robisz? – spytał elf.
- Ćwiczę runy – odparłem.
- Całkiem nieźle ci idzie – stwierdził, zaglądając mi przez ramię.
- Dzięki. Czy sprowadza cię tu coś szczególnego? – zapytałem, odkładając pióro.
- Można tak powiedzieć. Może to i prozaiczna rzecz, ale bracia by ci o tym nie powiedzieli, a powinieneś wiedzieć. Niedługo mają urodziny.
- Ale że tak naraz?
Mono uśmiechnął się.
- To jest nadzwyczaj śmieszna sprawa, a niektórzy nawet myślą, że ustawiana. W sumie to ciężko im się dziwić. Za tydzień cała trójka rodzeństwa ma urodziny. Dzień po dniu. Trzy dni pod rząd.
Spojrzałem na niego szeroko otwartymi oczami.
- Naprawdę?
Mono zaśmiał się.
- Tak. Wiem, że nasuwa ci się pytanie „Jakim cudem?”, ale to już nie do mnie.
- A do kogo?
- Do króla i królowej, jeśli już do kogokolwiek.
Zacząłem się śmiać.
- Faktycznie. – Nagle coś mi się przypomniało. – Mówiłeś, że jesteś od Ligolisa starszy o jeden dzień, prawda?
Elf przytaknął.
- Czyli ty też masz za tydzień urodziny!
Mono zrobił minę niewiniątka.
- Nie wiem o czym mówisz.
Pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- To wariactwo.
Elf zaśmiał się.
- Nie da się ukryć.
- Jak się u was obchodzi urodziny? – spytałem. – No wiesz, jakieś zwyczaje, czy co. Bo w sumie… nic nie wiem.
Mono zastanowił się, po czym usiadł na fotelu i spojrzał na mnie.
- W dniu urodzin Liliami, czyli drugiego dnia, organizowane jest przyjęcie. Niby kameralne, ale u rodzin królewskich kameralnie to kilkadziesiąt osób. Zgaduję, że zostaniesz zaproszony. To w sumie coś podobnego do balu, na którym byłeś, tylko bez tańczenia. W pozostałe dwa dni tak naprawdę nie ma nic szczególnego, oprócz ciągłego składania życzeń i ogólnej sakralizacji rodzeństwa. Urodziny Haldira kończą te trzy dni czystego szaleństwa i potem jest już spokój.
- Czekaj chwilę – przerwałem mu. – Ligolis, Liliami, Haldir? W takiej kolejności? Czy to jakiś żart?
Mono zaniósł się śmiechem.
- Nie ty jeden tak reagujesz.
Pokręciłem z niedowierzaniem głową.
- Masz rację, to czyste szaleństwo.
Mono popatrzył na mnie z politowaniem i wyjrzał za okno.
- Oho. Książęta na dziedzińcu. Chyba muszę iść, bo mnie prosili o jedną rzecz. Na razie, Leo!
- Cześć – mruknąłem, spojrzałem na kartkę z runami i wróciłem do ćwiczeń.
***
- Spróbuj sobie przypomnieć wydarzenia sprzed ostatnich kilku tygodni.
Wytężyłem umysł, lecz słabo mi to szło.
- Miałem regularnie treningi – zacząłem powoli. – A nie, Ligolisowi coś się stało i wtedy miałem z Haldirem… Później był bal. Następnie… A! Ta cała akcja z Firewood. Później, później… Tamto wyjście do lasu, co wtedy Mono się pojawił. Potem przespałem chyba trzy dni. Następnie pojawił się tamten chłopak z… Kazaridnu? A nie, z Khazadrinu. A potem… potem… Nie pamiętam już. – Skończywszy, spojrzałem wyczekująco na króla, który przez cały ten czas mi się przyglądał.
- Spróbuj sobie przypomnieć, Leonardzie.
Zamyśliłem się i próbowałem odtworzyć tok wydarzeń.
- Już wiem! – wykrzyknąłem nagle. – Potem bracia powiedzieli mi o moim pochodzeniu. Następnie przyjechała królowa oraz inni książęta i zaczął się ten tydzień! – rozłożyłem szeroko ręce, zadowolony z siebie. Król powoli pokiwał głową.
- No dobrze. A kiedy poczułeś pierwszy ból?
Zasępiłem się. Głowa mnie już bolała od nadmiernego wytężania umysłu. Może przed Firewood? Albo i po? Chociaż… chyba już dosyć długo mnie męczyły, tylko po prostu na początku je bagatelizowałem. Pierwszy poważny nawiedził mnie zaledwie kilka dni temu, bodajże w dniu przyjazdu królowej. Ale pierwszy… tak, chyba nawet przed Firewood. A może i nawet przed balem?
- Chyba… tak w okolicach balu. Tylko nie jestem pewny czy przed, czy po.
Król pokiwał głową.
- Jak poważne były?
- Na początku niemalże wcale. Taki zwyczajny ból, który nas czasem łapie. Później doszły jakieś zamglenia i tym podobne. Zaledwie parę dni temu przybrały taką siłę, jak ten ostatni.
- Jak często je masz?
- Różnie. Może ich nie być kilka dni, a czasem jest kilka dziennie.
- Opisz mi je dokładnie – poprosił król.
Przez następną godzinę opowiadałem królowi o moich objawach. Gdy w końcu mnie wypuścił z inspekcji, wyszedłem na dziedziniec i udałem się na spacer wśród uliczek. Oddychałem świeżym powietrzem i nie wiem kiedy znalazłem się w miejscu, w którym być nie powinienem. Uświadomiłem to sobie, gdy wpadła na mnie jakaś wysoka postać.
- Wybacz – usłyszałem, gdy zdezorientowany podnosiłem się z ziemi. – Co tu właściwie robisz, chłopcze?
Spojrzałem na mojego rozmówcę, w którym rozpoznałem księcia Nastondrii. Za nim stał jeszcze jeden mężczyzna oraz dwie kobiety.
- Ja… Spacerowałem.
- Tutaj? Podobno strażnicy mieli nikogo tu nie wpuszczać w tych godzinach – zdziwił się William.
Wzruszyłem ramionami.
- Nie wiedziałem o tym. Wyszedłem na spacer, ale nikt mnie nie zatrzymał.
William popatrzył po towarzyszach, a następnie wzruszył ramionami.
- No cóż. Radzę ci jednak stąd pójść.
- Stąd, czyli skąd?
Książęta popatrzyli na mnie.
- A faktycznie, nie wiesz skąd. Chodź więc z nami. – Jedna z księżniczek uśmiechnęła się do mnie i wykonała zachęcający gest ręką.
Ruszyłem za nimi.
- Jasmine, bez przesady. Mamy zajęcia – odezwał się drugi mężczyzna.
- Daj spokój Filipie. Nie mów, że tobie się nie nudzi.
- Akurat dzisiaj jest w miarę ciekawie.
- Ale zawsze może być bardziej! Nie sądzisz, Susan?
- Ależ oczywiście – rzekła z przekąsem druga kobieta, o brązowych włosach związanych w kok.
- Dajcie spokój – rzekł William, który zdawał się przewodzić tej czteroosobowej grupce. – Doprowadzimy go do wyjścia i będziemy mogli kontynuować.
- A ty umiesz w ogóle czytać mapę? – spytała Susan. – Powinniśmy iść w zupełnie inną stronę!
Widząc, gdzie zmierza ta rozmowa, wtrąciłem się.
- Ależ nie musicie się mną przejmować. Trafię sam.
Cała czwórka popatrzyła na mnie z powątpiewaniem.
- Nawet nie wiesz, gdzie jesteś – zauważyła przytomnie Jasmine.
- No fakt, ale…
- Leo!
Wszyscy pięcioro obróciliśmy się jednocześnie i ujrzeliśmy idącego ku nam Haldira. Był naprawdę zdziwiony, gdy mnie ujrzał, jednak nie dziwiłem mu się. Sam byłem zdziwiony swoim położeniem.
- Leo, co ty tu robisz?
Wzruszyłem ramionami.
- Zgubiłem się.
Książę uniósł brwi.
- Znowu?
Żachnąłem się.
- Jakie znowu?
- Znasz go? – przerwał nam William.
Haldir kiwnął głową. Dopiero teraz zauważyłem, że za nim pojawiły się trzy inne osoby: dwie kobiety i mężczyzna.
- Odprowadzę go stąd – zaoferował się Haldir.
- A szkoda, już go polubiłam – westchnęła Jasmine.
- Myślę, że jeszcze się nim nacieszysz – odparła jedna z kobiet, które przyszły z Haldirem. – Legion tu idzie.
Wszyscy pozostali spojrzeli w jedną stronę, potem na siebie, następnie na mnie, a na koniec znów na siebie.
Haldir zaklął i pociągnął mnie za sobą. Wszyscy zaczęliśmy biec. Książęta kluczyli zgrabnie wśród uliczek, aż w końcu wypadliśmy na polanę, za którą rozciągał się las.
- Świetnie – rzekła kąśliwie Susan. – Idealnie. Brawo kochani. Właśnie zwaliliśmy całe zadanie. Cudownie.
- Oj, przestań już Susan – przerwał jej użalania William. – Fakt, nie wyszło to najzgrabniej, ale…
- Najzgrabniej! To była totalna klapa! Zawaliliśmy całe zadanie! I to wszystko przez niego! – Tu wskazała na mnie, przez co poczułem się dość niezręcznie.
- Daj spokój Susan. – Stanął w mojej obronie Haldir. – To nie jego wina. Mogliście go zostawić i pójść swoją drogą, więc teraz nie narzekaj.
- Oni mają rację. A poza tym, czasem dobrze jest wyrwać się poza sztywne ramy programu, czyż nie? – zawołała wesoło Jasmine.
- Ale fakt jest faktem, że teraz musimy jakoś z tego wybrnąć – stwierdził Filip.
- Ale przynajmniej uciekliśmy przed legionem – stwierdziła Jasmine z uśmiechem.
- Tak, świetnie, nie zobaczą, że nie robimy tego, co powinniśmy robić. Bo robimy coś, czego jeszcze bardziej nie powinniśmy robić! – krzyknęła Susan.
- Uspokój się, Susan – uciszyła ją jedna z dwóch nieznanych mi kobiet. – Twoje wrzaski nic tu nie pomogą.
- Kolejny legion – stwierdził Anthony.
Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę.
- Znów uciekamy? – spytała Jasmine.
- Schowajmy się w lesie – zaproponował Haldir.
Wszyscy na to przystali i poszliśmy żwawym krokiem w stronę ściany lasu. Gdy ją przekroczyliśmy, podeszliśmy jeszcze trochę i przystanęliśmy.
- Dobra, a więc co robimy? – spytała Susan. – Zostajemy tu do końca zajęć?
- Och, przestań już Susan! – zdenerwował się William. – Chcesz to sobie wracaj! I nie denerwuj nas, bo nie można przy tobie zebrać myśli!
Księżniczka żachnęła się, założyła ręce na piersi, lecz zamilkła.
Gdy książęta zaczęli dyskutować, ja odwróciłem się, gdyż usłyszałem jakiś szelest. Powoli podszedłem do zarośli, by sprawdzić, co to było i wtedy… wyskoczył na mnie morduk. Krzyknąłem i odskoczyłem w bok. Szybko podniosłem się na nogi i uskoczyłem przed kolejnym ciosem. W tym momencie do akcji wkroczył mężczyzna z grupy Haldira i szybko rozprawił się z mordukiem.
- Co to miało być?! – wykrzyknęła Jasmine.
- Nie mam pojęcia. – Pokręcił głową Haldir. Po chwili spojrzał na mnie. – Idziemy stąd. Dzieje się tu coś podejrzanego.
Po tych słowach brutalnie pociągnął mnie za ramię i całą gromadą wróciliśmy w gąszcz uliczek. Tym razem nikt się nie odzywał. Po paru minutach napotkaliśmy grupę strażników.
- Żądam przerwania ćwiczeń – zaczął prosto z mostu książę Whitemount. – I muszę się zobaczyć z ojcem.
Strażnik, który zdawał się przewodzić swojej grupie, lustrował przez chwilę nas wszystkich wzrokiem. Patrząc na nasze poważne twarze, kiwnął głową. Razem z resztą strażników i naszymi kompanami weszli w lewą uliczkę. Natomiast Haldir pociągnął mnie w zupełnie inną stronę.
Świetnie. Czeka mnie chyba z dziesiąte spotkanie z królem w tym tygodniu.

piątek, 31 marca 2017

Elf 24


Patrzyłem tępo na mojego rozmówcę. Próbowałem przetrawić usłyszaną informację, lecz kołowrotki w mojej głowie pracowały wolniej niż zazwyczaj. Matka. Siostra. Dziecko. Ja. Czyli to znaczyło, że…
Otworzyłem szeroko oczy.
- T-to znaczy… – zacząłem drżącym głosem. – Że… ja jestem z rodziny królewskiej?
Pozostali pokiwali poważnie głowami.
- Wszystko na to wskazuje – rzekł Haldir, wstając. Podszedł do okna i założył ręce za plecami.
- Ale… – zamilkłem. Próbowałem to wszystko ułożyć w logiczną całość, lecz nie potrafiłem. Jeśli ich opowieść była prawdziwa oznaczało to, iż moja mama była siostrą królowej Whitemount. Oznaczało to również, że pochodzi z tego świata. Skoro znalazła tu męża, on najpewniej również był z tego świata. Oraz istniało wysokie prawdopodobieństwo, iż w takim wypadku moja mama jest elfką.
Ligolis i Mono przyglądali mi się w milczeniu. W końcu spojrzałem na młodszego z braci.
- Wszystko… Czyli co? – spytałem, nawiązując do wcześniejszej wypowiedzi Haldira.
- Widzisz Leo – zaczął Ligolis. – Siostra naszej matki wyniosła się trzynaście lat temu.
- Z rocznym dzieckiem – wtrącił Mono.
- Właśnie – kontynuował Haldir, nadal stojąc twarzą do okna. – Królowa i jej siostra pokłóciły się. Chyba do dziś nikt dokładnie nie wie o co. Marion, bo tak nazywała się siostra królowej, niedługo po kłótni zniknęła. Podejrzewano, że po prostu uciekła z zamku. Wraz z nią zniknęli jej mąż Robin oraz ich roczny syn… Leo.
Zamarłem. Patrzyłem na Haldira szeroko otwartymi oczami.
- Leo – zaczął Ligolis, a ja odwróciłem się do niego. – Jak nazywają się twoi rodzice?
- Martyna i Robert – rzekłem cicho.
Elfowie spojrzeli po sobie.
- Imiona łatwo zmienić – stwierdził Haldir.
- Zresztą, Leo, jesteś do nas podobny. Pod wieloma względami. Masz cechy, które mogłyby świadczyć o tym, że jesteś z nami spokrewniony – powiedział młodszy książę. – Jednak ostateczną pewność zyskaliśmy dopiero wczoraj.
Zmarszczyłem brwi.
- Leo, pamiętasz ten czerwony klejnot, który wypadł mi wczoraj z kieszeni? – odezwał się Mono. Pokiwałem głową. – Zastanawiałeś się dlaczego przestał świecić. Otóż klejnot ten zaczyna świecić tylko wtedy, gdy dotyka go członek rodziny królewskiej. To był ostateczny test na sprawdzenie naszych podejrzeń.
Milczałem. Powoli przetrawiałem wszystkie informacje. To, czego się dowiedziałem, zburzyło całą równowagę mojego dotychczasowego życia. Wszystkie fundamenty. Siedziałem sztywno długi czas, aż w końcu ciszę przerwał Mono.
- Współczuję ci Leo – odezwał się. – To musi być straszne. Dowiedzieć się, że jest się spokrewnionym z tymi dwoma. – Tu wskazał kciukiem braci, którzy w odpowiedzi spiorunowali go wzrokiem.
Zacząłem się śmiać. Parę minut trwało, nim się uspokoiłem, lecz bracia oraz Mono rozumieli, że tym śmiechem rozładowałem emocje. Spojrzałem na nich.
- I co teraz?
- Nic, Leo – odrzekł Ligolis. – Wiem, że to jest rzecz, która zburzyła twoją równowagę wewnętrzną, lecz po prostu musisz nauczyć się z tym żyć. Nic więcej zrobić nie możesz.
Pokiwałem głową.
- A, i Leo – odezwał się młodszy książę. – W tym tygodniu nie będziesz miał lekcji. Przyjeżdżają książęta z innych rodzin i będziemy mieli wspólne zajęcia. Ale potem będzie normalnie.
Kiwnąłem głową.
- A Mono też?
Ligolis pokręcił głową.
- Co ty. Tego idioty nawet nie da się pomylić z rodziną królewską.
- A to ciekawe. – Reakcja Mono była natychmiastowa. – Zwłaszcza, że niektórzy myślą, iż jesteśmy rodzeństwem.
- Wiń za to Haldira.
- A z jakiej racji?
- A z takiej, że tak mówię.
- I myślisz, że to wystarczy?
- Słowa królewskiego syna ci nie wystarczą?
- Daruj sobie. Nie dość, że nie jesteś pierworodnym, to jeszcze ostatnim z rodzeństwa.
- A to ma coś do rzeczy?
- Ma i to dużo.
Spojrzałem niepewnie na Haldira. Lecz on, powstrzymując śmiech, pokręcił głową. Po chwili nie wytrzymał i zaczął się śmiać.
Mono i Ligolis spiorunowali go wzrokiem.
- Weźcie się ogarnijcie. Choć raz. Proszę – rzekł starszy książę.
- Za dużo wymagasz – odparł jego brat.
Haldir westchnął i wzniósł oczy do nieba. Potem spojrzał na mnie.
- Ciesz się, że nie musiałeś znosić ich całe swoje życie.
***
Następnego ranka zerwałem się dość wcześnie i niemal od razu dopadłem do okna. Na dziedzińcu kręciło się wiele osób. Stały tam powozy, bryczki oraz pojedyncze konie. Dostojnie ubrane osoby krzątały się wszędzie, a wokół nich ich służący. Po bokach stali gapie, których zdenerwowani strażnicy próbowali odganiać. Patrzyłem na to zafascynowany. Takiego zamieszania w Whitemount dotąd nie było.
Nagle poczułem dziwny ucisk w klatce piersiowej. Odsunąłem się od okna i w tym momencie moje ciało przeszył tak potworny ból, że momentalnie upadłem na podłogę. Miałem wrażenie jakby ktoś wbił mi sztylet w brzuch, uszkadzając przy tym każdy nerw w moim ciele, który zapłonął niewyobrażalnym bólem. Co chwila drgałem, co tylko potęgowało katusze. Skuliłem się w kłębek i złapałem za głowę, którą rozsadzało mi od środka. Gdy już myślałem, że nie wytrzymam, wszystko minęło. Leżałem na podłodze, ciężko oddychając, a ręką otarłem pot z czoła. Chwiejnie się podniosłem i podszedłem do okna, opierając się o nie głową. Zamknąłem oczy. Co się stało? Od jakiegoś czasu męczyły mnie różnego rodzaju bóle, jednak nigdy dotąd nie przyszły z taką siłą. Spojrzałem na dziedziniec, jednak sytuacja na nim się nie zmieniła. Powoli ruszyłem w stronę kanapy i ciężko na nią opadłem. Moje ciało było jednak tak zmęczone, iż musiałem się położyć. Ponownie zamknąłem oczy. Nie zasnąłem, mimo potwornego zmęczenia. Jednak zmęczone było ciało, nie umysł. Leżąc, straciłem poczucie czasu, lecz gdy drzwi do mojej komnaty się otworzyły, byłem już w stanie normalnie funkcjonować. Podniosłem się i spojrzałem na Haldira.
- Obudziłem cię?
Pokręciłem głową.
- Nie.
Książę kiwnął głową.
- Chodź ze mną.
Ostrożnie wstałem i poszedłem za nim. Wyszliśmy na dziedziniec, na którym czekał na nas Ligolis. Uśmiechnął się wesoło.
- Witajcie! – Widocznie był w dobrym humorze.
Nikt z nas nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo nagle rozległ się odgłos trąbki, ułożony w krótką melodię. Bracia spojrzeli na siebie zaskoczeni, a obok nich dało się słyszeć cichy śmiech. Obaj spojrzeli natychmiast w tamtą stronę.
- Wiedziałeś? – spytali jednocześnie.
- Oczywiście, że wiedziałem – odparł Mono z chytrym uśmiechem.
Na dziedzińcu wybuchło zamieszanie. Wszyscy odsuwali się, robiąc miejsce dla czegoś, co zmierzało w naszą stronę. Po chwili z uliczek wyłonił się biały powóz, ciągnięty przez dwa siwe konie i otoczony konnymi strażnikami. Pojazd zdobiony był w misterne wzory, namalowane złotą farbą; po bokach pięły się krzewy róż, a z przodu latały różnego rodzaju ptaki. Powóz zatrzymał się niedaleko nas i jeden ze służących otworzył drzwi. Wyszła przez nie wysoka kobieta, ubrana w długą zdobioną białą suknię, a jej blond włosy opadały na ramiona. Na głowie miała skórzaną opaskę, która była koroną podróżną. Skinieniem głowy podziękowała służącemu i obdarzyła go ciepłym uśmiechem. Następnie odwróciła się w naszą stronę i ujrzałem jej czyste zielone oczy, które rozpromieniły się na nasz widok. Bracia natychmiast ruszyli w jej stronę, a kobieta zrobiła to samo. Następnie przytuliła ich. Rozmawiali chwilę, po czym ruszyli w naszą stronę. Mono wyszedł trochę przede mnie, a gdy tamci się zbliżyli, uklęknął na prawe kolano i schylił głowę.
- Witaj pani – rzekł.
Kobieta skinęła mu głową.
- Witaj Mono. Wstań, proszę.
Elf posłusznie się podniósł i uśmiechnął. Następnie uwaga wszystkich skupiła się na mnie, co poskutkowało tym, iż nie dałem rady się poruszyć. Przełknąłem nerwowo ślinę i już miałem coś powiedzieć, gdy królowa odezwała się pierwsza:
- Witaj Leo. – Jej głos był nadzwyczaj spokojny i zarazem pełen siły. – Miło mi cię poznać.
Skłoniłem tylko głowę, a królowa, wraz z braćmi, weszła do zamku. Odetchnąłem. Poczułem jak ktoś klepie mnie po ramieniu.
- Rozumiem cię. – Mono uśmiechnął się współczująco, po czym poszedł za rodziną królewską.
Rozejrzałem się i uświadomiłem sobie, że jeśli nadal będę tu stał, to będę tylko przeszkadzać, więc wycofałem się do zamku.
Poszedłem do swojej komnaty i usiadłem na kanapie. Zapatrzyłem się przed siebie. Po chwili obraz zaczął mi się rozmazywać i zakręciło mi się w głowie. Zdziwiłem się, lecz ze strachem uświadomiłem sobie, iż nadchodziła kolejna fala bólu. Położyłem się na kanapie i w tym samym momencie krzyknąłem. Ból pojawił się w każdym zakątku mojego ciała jednocześnie. Zdrętwiały mi kończyny, a ból przemieszczał się do środka, powoli osiągając apogeum. Co chwila łapały mnie skurcze, a gdy ból miał dosięgnąć serca, zniknął. Leżałem, ciężko oddychając. Zamknąłem oczy i próbowałem się uspokoić. Nie wiedziałem co się dzieje, lecz postanowiłem nie mówić o tym braciom. Może za jakiś czas minie. Przewróciłem się na plecy i zakryłem twarz ręką. Leżałem tak dosyć długo, a potem zasnąłem.
***
Gdy się obudziłem, słońce było już wysoko na niebie. Niepewnie wstałem i wyszedłem z komnaty. Ruszyłem po schodach w dół, by po chwili wyjść na dziedziniec. Rozejrzałem się i poszedłem w stronę, z której dochodziło najwięcej odgłosów. Gdy byłem już blisko, zatrzymali mnie dwaj strażnicy.
- A ty dokąd? – zapytał pierwszy.
Popatrzyłem najpierw na jednego, potem na drugiego. Stwierdziłem, iż bez sensu jest wdawać się w jakąkolwiek sprzeczkę, więc cofnąłem się o krok.
- Nigdzie. Przepraszam. Już idę. – Po czym odwróciłem się i udałem się w stronę, z której przyszedłem. Po drodze spotkałem Mono.
- Witaj drogi przyjacielu! – wykrzyknął elf z szerokim uśmiechem na twarzy, unosząc rękę w geście powitania.
- Witaj Mono – odrzekłem.
- Gdzież zmierzasz?
Wzruszyłem ramionami.
- Chciałem zobaczyć, co się tam dzieje, ale strażnicy mnie zawrócili.
Mono uśmiechnął się chytrze.
- Chcesz zobaczyć, co się tam dzieje? – Nie czekając na odpowiedź, pociągnął mnie za sobą. – Chodź ze mną.
Ze zdumieniem podążyłem za nim. Szliśmy jakimiś krętymi uliczkami, a ja się zastanawiałem jak  oddalenie się tak bardzo od placu, ma nam umożliwić zobaczenie, co się tam dzieje. Po jakimś czasie Mono się zatrzymał i odwrócił do mnie.
- Mam nadzieję, że nie masz lęku wysokości. – Uśmiechnął się.
Następnie podniósł z ziemi drabinę, oparł o budynek obok nas i zaczął się po niej wspinać. Patrzyłem na niego z osłupieniem.
- No chodź – powiedział tylko.
Potrząsnąłem głową i również zacząłem się wspinać. Gdy dotarłem do końca, Mono pomógł mi wejść na dach. Następnie poprowadził mnie po dachach, a ja się zastanawiałem, co trzeba mieć w głowie, by mieć takie pomysły. Nieopatrznie wypowiedziałem te słowa na głos. Mono zatrzymał się i spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.
- Trzeba być przyjacielem Ligolisa – odpowiedział i ruszył dalej.
Przez moment przetrawiałem jego słowa, po czym kontynuowałem niebezpieczną wędrówkę po dachach. Już miałem przeklinać moment, w którym natrafiłem dzisiaj na Mono, gdy elf się zatrzymał i gestem nakazał mi zrobić to samo. Przykucnąłem przy nim i ostrożnie wyjrzałem zza krawędzi dachu. Na placu na ławkach siedzieli dostojnie, acz sportowo ubrani ludzie. Pośrodku stał zapewne nauczyciel i coś mówił. Wypatrzyłem wśród książąt braci, siedzieli obok siebie na jednej z ławek; młodszy z nich był wyraźnie znudzony. Zauważyłem, że obok Haldira siedzi księżniczka o brązowych długich włosach i opiera głowę na jego ramieniu.
- Kto to jest? – spytałem Mono, wskazując na elfkę.
- To Meredith – odpowiedział. – Księżniczka Catterhill. Od dobrych paru lat konkuruje z Caroline – tu wskazał na siedzącą nieco dalej damę z blond włosami – o Haldira.
To wyznanie z lekka mnie zaskoczyło. Przyjrzałem się uważniej Caroline i spostrzegłem, że zamiast słuchać nauczyciela, gniewnie patrzy na swoją rywalkę wciąż opierającą głowę na ramieniu Haldira.
- A co na to Haldir?
Mono spojrzał na mnie z rozbawieniem.
- Najzwyczajniej w świecie nic sobie z tego nie robi.
Uśmiechnąłem się lekko. Faktycznie, Haldir nie wyglądał na kogoś, kto by się szczególnie przejmował takimi sprawami. Teraz siedział wyprostowany, uważnie słuchając nauczyciela, który kontynuował swoją przemowę, dużo przy tym gestykulując. Przyjrzałem się nauczycielowi. Był to dobrze zbudowany, dosyć wysoki mężczyzna z przytroczonym do pasa mieczem. Miał schludnie ułożone czarne włosy i niewielki zarost. Stał pośrodku placu, mówiąc do swych uczniów, z czego połowa z nich wcale go nie słuchała. Był odwrócony przodem do nas.
- A co jeśli nas zobaczy? – spytałem.
- Ludzie rzadko patrzą w górę – odparł Mono.
W tym właśnie momencie nauczyciel podniósł wzrok i spojrzał akurat w naszą stronę. Błyskawicznie schowaliśmy się za krawędzią dachu.
- Jednak czasem to robią – dokończył Mono, tłumiąc chichot.
Zakryłem usta dłonią, by nie wybuchnąć śmiechem.
- Jak myślisz, widział nas?
- Chyba nie, inaczej by pewnie narobił rabanu.
Zamilkliśmy i wsłuchiwaliśmy się w ledwo słyszalne słowa nauczyciela. Gdy doszliśmy do wniosku, że jest już bezpiecznie, ostrożnie wyjrzeliśmy zza krawędzi dachu. Poza Ligolisem, który już przysypiał i Caroline, w której z każdą chwilą wzbierała żądza mordu, co było widoczne w jej spojrzeniu, sytuacja na placu niewiele się zmieniła. Po kolejnych słowach nauczyciela wszyscy się jednak ożywili. Haldir szturchnął łokciem swojego brata, na co ten zareagował jakimś nagłym pytaniem. Starszy książę tylko się zaśmiał. Po chwili wszyscy wstali i ustawili się w dużym kole wokół nauczyciela. Jakiś mężczyzna wystąpił krok naprzód, co zostało skwitowane brawami.
- Pojedynek – zrozumiał Mono.
Nauczyciel wywołał gestem następną osobę, którą okazał się… Haldir. To również zostało skwitowane brawami, szczególnie mocnymi ze strony Meredith i Caroline. Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie, po czym wyjęli miecze z pochew i ustawili się w odpowiednich pozycjach. Na znak nauczyciela natarli na siebie. Pośrodku koła ich klingi się zderzyły i słychać było szczęk stali.
- Kim jest ten drugi mężczyzna? – zapytałem Mono. 
- To William. Książę Nastondrii – odpowiedział elf, śledząc uważnie pojedynek.
William właśnie nacierał na Haldira, zasypując go gradem ciosów i zmuszając do ciągłego cofania się. Książę Whitemount jednak nie wydawał się być tym przejęty i z niezwykłą gracją parował ciosy przeciwnika. Gdy byli już na skraju koła, Haldir niespodziewanie zrobił unik w bok. Zdezorientowany William nie zdążył powstrzymać zadanego ciosu, wskutek czego klinga pociągnęła go w przód i książę stracił równowagę. Haldir natychmiast to wykorzystał i zamachnął się w żebra przeciwnika. Ten jednak stanął już na równe nogi i z łatwością zrobił unik, a następnie skontrował cięciem poprzecznym w ramię księcia Whitemount. Haldir w ostatnim momencie zablokował cios i odskoczył w bok. Przez moment obaj mierzyli się wzrokiem, po czym Haldir zrobił wypad w przód. William chciał skontrować cios, lecz okazał się on zmyłką, która pozwoliła księciu Whitemount zrobić obrót i wytrącić przeciwnikowi broń z ręki. Gdy miecz Williama opadł z brzękiem na ziemię, Haldir przytknął czubek własnego do szyi przeciwnika. Rozległy się głośne brawa oraz wiski Meredith i Caroline. Nauczyciel skwitował pojedynek jakimś komentarzem, po czym obaj mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Gdy Haldir się obrócił, by wrócić na swoje miejsce w kręgu, Caroline posłała mu niewidzialnego buziaka.
- Kim jest ten nauczyciel? – spytałem.
- To sir Richard – odparł Mono. – Mistrz miecza w Whitemount.
Sir Richard zapytał o coś Haldira, na co ten się roześmiał i potwierdził. Następnie nauczyciel zwrócił się do Ligolisa, który skinął głową, po czym bracia wyszli na środek i po uściśnięciu rąk, zajęli pozycje do pojedynku.
- Będą walczyć? – zdziwiłem się.
Mono pokiwał głową.
- To może być ciekawe – stwierdził, pochylając się do przodu.
Gdy nauczyciel dał znak, bracia ruszyli, jednak oni nie starli się na środku, ponieważ Ligolis zniżył miecz i ciął od dołu. Haldir przeskoczył nad ostrzem, po czym zamachnął się z góry, lecz jego brat z łatwością odbił cios. Przez długi czas walka była wyrównana; to jeden ciął, drugi parował, a potem odwrotnie. W pewnym momencie Ligolis popełnił mały błąd w obronie, który dał jego bratu przewagę, zaś ona z czasem stawała się coraz większa. Gdy wydawało się, że Ligolis przegra, Haldir potknął się i zachwiał, co jego brat natychmiast wykorzystał. Ciął z boku, zatrzymując ostrze przy żebrach starszego księcia. Wynik był jasny – Ligolis wygrał. Znów rozległy się brawa, a bracia uścisnęli sobie dłonie. Mistrz Richard powiedział coś do Haldira, na co ten tylko skłonił głowę.
- Zrobił to specjalnie – mruknął Mono obok mnie.
Popatrzyłem na niego ze zdziwieniem.
- Jak to?
Elf spojrzał na mnie.
- Zrobił to specjalnie – powtórzył. – Haldir specjalnie stracił równowagę, by dać Ligolisowi wygrać.
- Ale po co? – Nie rozumiałem.
- Pojedynki braci zawsze są wyrównane. Raz wygrywa jeden, raz drugi. Jednak Ligolis jest… jakby to powiedzieć… dyskryminowany przez opinię publiczną. Zawsze był. Ludzie uważają Haldira za lepszego.
- Tylko dlatego, że jest starszy?
Mono wzruszył ramionami.
- Pewnie tak. W każdym razie Haldir nie chciał, by ta opinia się jeszcze pogłębiła i dlatego teraz pozwolił bratu wygrać.
Zapadła chwila ciszy, którą po chwili przerwałem:
- Mam nadzieję, że Ligolis nie przejmuje się za bardzo reakcjami innych na jego wygraną.
- Co masz na myśli? – Mono zmarszczył brwi.
Nie odpowiedziałem, tylko wskazałem Meredith i Caroline, które były wręcz zrozpaczone przegraną Haldira. Mono ledwie powstrzymał śmiech. Meredith widocznie uznała, iż Haldir również jest zrozpaczony swoją przegraną i usilnie starała się go pocieszyć, podczas gdy on najpewniej próbował jej tłumaczyć, że wcale się tym nie przejmuje. Obok niego stał Ligolis, słuchający sir Richarda i zasłaniający usta dłonią. Trzeba przyznać, że niemal udało mu się zamaskować śmiech – zdradzały go tylko drgające ramiona.
- Chodźmy już – rzekł Mono.
Skinąłem głową i rozpocząłem kolejną mozolną wędrówkę po dachach. Gdy obaj zeszliśmy po drabinie, ruszyliśmy w stronę dziedzińca.
- Kiedy oni skończą? – spytałem.
Mono wzruszył ramionami.
- Nie wiem, ale chyba jakoś niedługo.
Skinąłem głową. Gdy doszliśmy pod wejście pożegnałem się i poszedłem do swojej komnaty. Położyłem się na kanapie i zapatrzyłem w sufit. Gdy po jakimś czasie wstałem do okna, zobaczyłem, że zajęcia książąt już się skończyły. Wyszedłem więc z komnaty, by poszukać braci, lecz nie uszedłem daleko, gdy usłyszałem głosy.
- Byłeś dziś wspaniały.
- Dziękuję Meredith. – Ten głos z pewnością należał do Haldira.
- Nie przejmuj się tak tą przegraną. Każdy mistrz ma swój gorszy dzień.
- Ależ ja się wcale nie przejmuję Meredith.
Dało się słyszeć westchnięcie.
- Tak, tak, oczywiście. Naprawdę przede mną nie musisz zgrywać twardziela, możesz mi się zwierzyć ze wszystkiego co cię trapi.
W tym momencie rozmawiający pojawili się w moim polu widzenia, więc ujrzałem jak Meredith gwałtownie obróciła się do Haldira, jednocześnie zagradzając mu drogę. Książę zaskoczony przystanął, a elfka dotknęła dłonią jego policzka.
- Mi możesz powiedzieć wszystko – rzekła, lecz nie zdążyła dodać nic więcej, bo w tym samym momencie gdzieś z boku rozległ się głos:
- Księżniczko Meredith.
Elfka odwróciła się w tamtą stronę, lecz nie cofnęła ręki. W moim polu widzenia pojawiła się Caroline.
- Książę William chciałby z tobą mówić. Czeka na dworze.
Złość wezbrała w ciemnowłosej elfce, lecz z opanowaniem cofnęła rękę i skłoniła głowę.
- Przekaż mu proszę, iż zaraz przyjdę.
Caroline zesztywniała.
- Oczywiście – odrzekła chłodno, obróciła się na pięcie i poszła.
Meredith przez chwilę patrzyła za nią z wyższością, po czym skierowała swój wzrok na Haldira.
- Wiesz, gdzie mnie szukać – rzekła, po czym pocałowała go w policzek i odeszła.
Nastała cisza, przerywana tylko stukotem butów Meredith. Gdy ucichły, Haldir odetchnął z ulgą, a ja na ten widok zacząłem się śmiać. Dopiero wtedy książę zauważył moją obecność. Na początku patrzył na mnie zdezorientowany, po czym spochmurniał i rzekł:
- To wcale nie jest śmieszne.
- Jest i to nawet nie wiesz jak bardzo – odparłem, starając się opanować. W tym czasie Haldir podszedł do mnie. – Dlaczego po prostu ich nie spławisz?
Haldir otworzył usta, by odpowiedzieć, lecz ktoś go uprzedził:
- Grzeczność mu na to nie pozwala.
Haldir i ja obróciliśmy się w stronę, z której dochodził głos i ujrzeliśmy Ligolisa z figlarnym uśmieszkiem błąkającym się po twarzy. Jego brat westchnął.
- Co prawda, to prawda – mruknął.
- A może po prostu coś do nich czujesz?
Haldir spojrzał na mnie, jakbym postradał zmysły.
- Chyba śnisz.
Wzruszyłem ramionami, a Ligolis zaczął się śmiać.
- Właściwie… – zaczął Haldir. – Z tej sytuacji nie można było wywnioskować tego faktu. A więc pojawia się pytanie: skąd właściwie o tym wiesz, Leo?
To stwierdzenie zbiło mnie z tropu, a Ligolis uświadomiwszy sobie, iż brat ma rację, zaczął się we mnie wpatrywać. Uciekłem wzrokiem w bok.
- Można było – mruknąłem, lecz jeszcze zanim skończyłem mówić, Haldir już kręcił głową.
- Nie – zaprzeczył.
Nie wiedząc co robić, chciałem odejść, lecz Ligolis złapał mnie za ramię i przytrzymał.
- Zastanawia mnie Leo – zaczął. – Jakim cudem widziałeś dzisiejsze wydarzenia. – Nastąpiła chwila ciszy, podczas której uścisk Ligolisa zelżał. – No dobra. Już znam odpowiedź. – Zdziwiony spojrzałem na niego i ujrzałem, że zrezygnowanym wzrokiem patrzy przed siebie. Gdy poszedłem za jego spojrzeniem, zobaczyłem zdezorientowanego Mono, stojącego w pewnej odległości od nas.
- Co znowu ja? – obruszył się.
Ligolis puścił moje ramię i skrzyżował ręce na piersi.
- Co znowu ty? Ależ ja ci z chęcią odpowiem na to pytanie. Którędy ty żeś znalazł znów drogę, by zobaczyć co się dzieje na placu? I dlaczego ściągasz biednego Leo na złą drogę?!
Mono wzruszył ramionami z miną niewiniątka.
- Że jak? Ależ ja go tylko oprowadzałem po górnych drogach naszego drogiego miasta.
Ligolis westchnął z niedowierzaniem.
- Kazałeś mu chodzić po dachach?! Ty naprawdę jesteś głupi! A gdyby coś mu się stało?!
- Nie stałoby się. A nawet jeśli – uzdrowiłbyś go.
Ligolis spiorunował przyjaciela spojrzeniem, na co tamten zaczął się śmiać. Po chwili jednak twarz młodszego księcia rozchmurzyła się lekko.
- A niech cię – mruknął Ligolis, próbując ukryć rozbawienie.
Mono wyszczerzył się, lecz już po chwili się opanował i zapytał:
- Czy przypadkiem nie było was dwóch?
Ligolis gwałtownie się rozejrzał i zbaraniał.
- Gdzie jest Haldir?
Otworzyłem szeroko oczy ze zdziwienia.
- Był tu przed chwilą.
- Był. I znikł – stwierdził Mono z rozbawieniem. – Ligolis, jesteś pewien, że twój brat to aby na pewno nie żaden czarodziej?
Książę spojrzał na niego.
- Nie – przyznał ze śmiechem.
- A może to Meredith go porwała?
Ligolis i ja parsknęliśmy niepohamowanym śmiechem po tych słowach.
- Ja obstawiam Caroline – rzekłem.
Mono zastanowił się chwilę.
- Faktycznie – przyznał po chwili. – Bardziej zdesperowana aktualnie.
Ligolis, ocierając łzy z oczu, stwierdził:
- Pójdę do niego. Pewnie jest u siebie.
Mono i ja kiwnęliśmy głowami, a książę się oddalił. Po chwili i my zrobiliśmy to samo.
***
Ligolis wszedł cicho do pokoju i od razu jego twarz złagodniała, gdy zorientował się, iż jego przypuszczenia okazały się prawdziwe. Haldir spał na kanapie, a obok na ziemi leżał koc. Ligolis podniósł go i nakrył nim brata. Potem usiadł w fotelu i zapatrzył się w okno. Przypomniała mu się dzisiejsza lekcja. Nie dawało mu spokoju to, że brat pozwolił mu wygrać. Nikt się nie zorientował, iż potknięcie Haldira było celowe, lecz Ligolis znał swojego brata aż za dobrze, by dać się nabrać. Wtem jakiś cień przesłonił mu światło. Książę podniósł wzrok i ujrzał nad sobą wyraźnie zmartwioną postać przyjaciela.
- Wiem, o czym myślisz – rzekł cicho Mono. – I myślę, że oboje wiemy dlaczego tak postąpił.
Ligolis uciekł wzrokiem w bok.
- Niepotrzebnie – mruknął.
- Ligolis, zrozum. On po prostu nie chciał, by ludzie znów uznali cię za gorszego.
- Chciałem wygrać uczciwie.
- I wygrałeś.
- Wcale nie. Haldir dał mi fory.
Mono pokręcił głową.
- Ligolis pojedynki między wami to loteria. Raz wygrywa on, raz ty. – Gdy Ligolis chciał coś powiedzieć, Mono wytoczył ostatni argument. – Czy ty na jego miejscu nie postąpiłbyś tak samo?
Młodszy książę zamilkł. Obrócił się, by spojrzeć na brata. Haldir dalej spał przykryty kocem, a jego klatka piersiowa unosiła się miarowo. Ligolis uśmiechnął się na ten widok, a potem przeniósł wzrok na przyjaciela.
- Czy on zawsze musi tak o mnie dbać? – westchnął.
Mono zachichotał.
- Znasz odpowiedź.
- Czasem się zastanawiam ile rzeczy wyglądałoby inaczej gdybyśmy nie urodzili się w czasie zagrożenia wojną.
Mono natychmiast spoważniał.
- Zapewne dużo.
- Ojciec by miał wtedy dla mnie więcej czasu – zaczął Ligolis.
- Co oznaczałoby, że Haldir by się tak tobą nie zajmował – dokończył za niego Mono. – I nie wiadomo czy wytworzyłaby się między wami więź.
Ligolis kiwnął głową.
- Jak ty mnie dobrze znasz – stwierdził, a na jego twarzy pojawił się zabłąkany uśmiech.
- Znam cię ponad tysiąc lat Ligolis – odparł Mono. – O rany, tyle już się z tobą męczę…
Ligolis zaśmiał się cicho.
- I vice versa.
Nastała chwila ciszy, którą przerwał młodszy książę.
- On zawsze o mnie dba – zaczął cicho, a w jego oczach zakręciły się łzy. – Zawsze jest gotowy zrobić dla mnie wszystko. Nawet jeśli by to oznaczało zagładę całego świata. On i tak… – Ligolis nie był w stanie mówić dalej i tylko pokręcił głową.
- To twój brat, Ligolis – odparł łagodnie Mono. – Nie ma w tym nic dziwnego.
- Może i tak. Ale po prostu czuję, że nie jestem go godzien.
- A powiedz to jeszcze raz.
Na dźwięk trzeciego głosu dwaj elfowie podskoczyli jak oparzeni, a Ligolis pobladł. Odwrócili się w stronę kanapy i ujrzeli Haldira siedzącego na niej ze skrzyżowanymi na piersi ramionami.
- H-Haldir? – Ligolis był wyraźnie zbity z tropu. – Od kiedy ty nie śpisz? – mówiąc to, wstał.
- Wystarczająco długo – odrzekł starszy książę, po czym podszedł do brata, położył mu ręce na ramionach i spojrzał głęboko w oczy. – Ligolis, czy ty naprawdę tak uważasz? – gdy młodszy książę nie wytrzymał spojrzenia i spuścił wzrok, Haldir westchnął. – Ligolis proszę cię! Jak możesz w ogóle tak myśleć? Jestem twoim bratem, jak mógłbyś nie być mnie godzien?
Ligolis strząchnął z siebie ręce brata.
- Porównaj sobie – warknął. – Porównaj co ty dla mnie zrobiłeś, a co ja zrobiłem dla ciebie.
- Zrobiłeś dla mnie więcej niż ci się zdaje – szepnął Haldir, co zbiło Ligolisa z tropu.
Na moment zapadła cisza.
- Naprawdę ci się wydaje, że nic dla mnie nie zrobiłeś? Że nigdy nie byłeś lepszy ode mnie? Mam zacząć wymieniać? – nie doczekawszy się odpowiedzi, Haldir kontynuował. – Kłótnia z mamą, sprzeczka z ojcem, szlaban, las, pierwsze bolesne rozstanie, zadurzenie, Siliorn, Morduki…
- Dobra, stop! – przerwał mu Ligolis.
Haldir spojrzał na niego.
- Dlaczego? Nawet do twojej pełnoletności nie doszedłem!
- Okej, zrozumiałem – burknął Ligolis. – Pomogłem ci parę razy.
- Parę razy? A co z kłótnią z Mattem, wy…
- Dobra, okej! Może nawet więcej niż parę.
- … wyjściem do parku, akcją z mieszkańcem…
- No dobra, dosyć dużo!
- … kłótnią z ojcem, kłótnią z Liliami…
- No dobra, bardzo dużo, ale zamknij się już!
Haldir zamilkł i spojrzał na brata z niejakim rozbawieniem.
- Dotarło?
Ligolis spojrzał na niego spode łba.
- Dotarło – burknął, po czym zapatrzył się w okno. Nawet nie zorientował się, że po jego policzkach spłynęły łzy, póki Haldir mu ich nie otarł.
- A spróbuj tylko ponownie zwątpić – rzekł Haldir cicho, po czym zamknął brata w mocnym uścisku, który tamten odwzajemnił.
Trwali tak przez jakiś czas, póki nie przerwało im siorbanie. Bracia odsunęli się od siebie i spojrzeli z dezaprobatą na Mono, który jak gdyby nigdy nic pił wodę z kubka.
- O, wybaczcie, przeszkodziłem wam? Nie martwcie się, takich scen jeszcze będzie dużo. Wszyscy znamy Ligolisa i wiemy, że i tak zwątpi. 
Haldir zaczął się śmiać, a Ligolis westchnął. Po chwili spojrzenia przyjaciół się spotkały i Mono mrugnął do młodszego z braci. Ten odpowiedział uśmiechem.