czwartek, 30 listopada 2017

Elf 30

Nazajutrz król podał mi pierwszą dawkę odtrutki. Była gorzka i miała posmak przejrzałych jagód, ale od razu poczułem się lepiej. Myślę jednak, że chodziło tu o komfort psychiczny – w końcu widziałem przed sobą perspektywę wyzdrowienia. A to mnie uspokajało.
Radość z polepszającej się sytuacji nie trwała jednak długo – dwa dni później, gdy zażywałem kolejną porcję odtrutki, do gabinetu uzdrowicielskiego króla wszedł Ligolis, słaniający się na nogach. Mówił, że bolą go stawy i ciężko mu się oddycha. Przed utratą przytomności wyjąkał coś jeszcze o Xalicie i truciźnie. Król natychmiast się nim zajął i wybuchło lekkie zamieszanie w związku z zasłabnięciem księcia. Ligolisa położono w łóżku i czekano, aż się ocknie. Gdy przyszedłem do komnaty braci, zastałem Haldira siedzącego w fotelu z książką w ręku, jednak wzrok miał utkwiony w jednym punkcie. Otrząsnął się dopiero, gdy pomachałem mu ręką przed twarzą.
– Obudził się? – spytałem.
– Nie wiem – odparł książę. – Ale pójdę sprawdzić.
Okazało się, że Ligolis nadal był nieprzytomny. Jego brat jednak zamiast wrócić na fotel, usiadł na swoim łóżku i tępo patrzył na śpiącego. Przysunąwszy sobie krzesło, również zacząłem wpatrywać się w poszkodowanego.
Po kilku minutach powieki Ligolisa zatrzepotały, a on sam rozejrzał się niemrawo po pomieszczeniu.
– Ligolis – odetchnął z ulgą Haldir.
Elf spojrzał na brata, a potem na mnie. Wziął głęboki, lecz urywany oddech i chciał się podnieść, lecz syknął z bólu.
– Ligolis – przestraszył się jego brat i już po chwili siedział na jego łóżku. – Co się stało?
– X-Xalit…
– Widziałeś go?
Młodszy książę pokiwał wolno głową, a na jego czole dostrzegłem pot.
– On…
– Otruł cię?
– Ja… nie wiem – Ligolis zamilkł, zamknął oczy i przez długi czas się nie odzywał, a Haldir i ja wymieniliśmy zaniepokojone spojrzenia.
– Widziałeś go tutaj? – spytałem po chwili milczenia.
Młodszy książę spojrzał na mnie i przytaknął.
– Jest tu. W Whitemount.
Haldir zbladł, a gdy się odezwał, jego głos drżał.
– Co ci zrobił?
– Ch-chyba… otruł. Ale… nie wiem jak.
–  Więc co się stało?
Ligolis przygryzł wargę, przymknął oczy i uniósł drżącą rękę do czoła.
– Xalit… Szedłem ścieżką… w ogrodach… Obróciłem się… on tam stał… coś mówił… po-popchnął mnie i… ja poczułem takie… uczucie… dziwne… Upadłem i… On zniknął… Ja byłem… poczułem… dy-dyskomfort…
Cała ta historia wyraźnie wykończyła księcia, bo zamknął oczy i opadł na poduszkę. Ciężko oddychał, a jego twarz co chwila wykrzywiał grymas bólu.
Spojrzałem na Haldira. Starszy z braci pokręcił lekko głową i wskazał na drzwi. Wyszliśmy.
– Co z nim będzie? – zapytałem cicho.
– Nie wiem – odparł Haldir. – Ale musimy być dobrej myśli.
Po tych słowach przywołał na usta mocno wymuszony uśmiech i odprowadził mnie do drzwi.
***
Gdy kilka dni później przyszedłem odwiedzić Ligolisa, jego brata nie było. Ostrożnie uchyliłem drzwi sypialni i zajrzałem do środka. Książę leżał na prawym boku i ciężko oddychał. Nie wyglądał najlepiej.
Podszedłem bliżej i usiadłem na łóżku Haldira. W tym momencie Ligolis otworzył oczy, lecz patrzył na mnie niewidzącym wzrokiem. Zaczął się trząść i mamrotać niezrozumiałe słowa. Nagle gwałtownie się podniósł i rozejrzał wkoło. Co rusz powtarzał czyjeś imiona, które po chwili przerodziły się z powrotem w bełkot. Po kilku minutach opadł na poduszki i znieruchomiał.
Przez cały czas siedziałem jak sparaliżowany i nie wiedziałem co robić. Wzywać pomocy? Spróbować z nim porozmawiać? Wszystkie możliwości, które przychodziły mi do głowy, odrzucałem. Gdy tak patrzyłem na śpiącego Ligolisa, zastanawiając się, co począć, usłyszałem kroki. Po chwili drzwi do sypialni otworzyły się i ujrzałem w nich Haldira.
– Leo, co tu robisz?
Wzruszyłem ramionami.
– Przyszedłem odwiedzić Ligolisa. Ale zaczął majaczyć, lunatykować czy jak to tam nazwać. I w sumie nie miałem pojęcia jak zareagować, więc po prostu… siedziałem. – Po ostatnim słowie ze wstydu spuściłem głowę.
– Tak, ostatnio ma nocne mary, to jeden z objawów – odparł Haldir. – Zaraz ojciec tu będzie, Ligolis musi wypić balsam.
Zmarszczyłem brwi.
– Wypić balsam? To balsamy się pije?
– Takie jak ten? Tak – powiedział król, który nie wiadomo kiedy wszedł do sypialni z miską wypełnioną białą mazią. Serce podskoczyło mi do gardła. – Obudź go – rzekł do Haldira.
Haldir delikatnie ocucił brata, a następnie pomógł mu podnieść się do pozycji siedzącej. Władca przyłożył młodszemu synowi miskę do ust, by ten powoli wypił jej zawartość. Po kilku minutach niespokojnego przewracania się z boku na bok, zasnął, a Haldir dał mi znak, byśmy opuścili pomieszczenie.
Wyszliśmy przez pokój na korytarz i ruszyliśmy w dół korytarza.
– Co z nim będzie? – spytałem.
– Ojciec zna przepis na odtrutkę, ale żeby ją przyrządzić potrzebny jest tydzień. Dlatego na razie podaje mu balsamy, które w choć małych stopniu złagodzą objawy i przystopują ich postępowanie.
– Czyli będzie żył? – zapytałem z lekkim uśmiechem.
Haldir skinął głową, a kąciki jego ust delikatnie się uniosły.
Nagle zza zakrętu wyłonił się Mono.
– O, witajcie.
– Witaj Mono, gdzież tak pędzisz? – spytał książę.
Elf machnął ręką.
– A, do siebie. Widzisz nie czuję się za dobrze, także postanowiłem, że najlepiej będzie jak się położę, lecz przypomniałem sobie, iż muszę przedtem załatwić jeszcze jedną sprawę, dlatego zaraz z powrotem idę na zewnątrz, by ową sprawę załatwić, także…
– Hola, hola, Mono, przystopuj – Haldir uniósł obie dłonie do góry. Mężczyzna zamilkł.
– Po co opowiadasz nam to wszystko? – spytałem zdumiony.
Elf potrząsnął głową.
– Wcale nie chcę. Ale to silniejsze ode mnie.
– Jak to?
– Zaraz, zaraz – wtrącił się Haldir. – Czy ty przypadkiem nie jesteś pod wpływem serum prawdy?
Mono wzruszył ramionami.
– Najwyraźniej. Nie mam pojęcia skąd się wzięło, ale nie przejmowałbym się tym. Z pewnością to tylko przypadek…
– Ale ja nadal nie rozumiem, o co tu chodzi – stwierdziłem.
– Widzisz, Leo, gdy ktoś jest pod wpływem serum prawdy nie tylko nie potrafi kłamać, ale ma przymus do powiedzenia prawdy, nawet gdy tego nie chce. Zazwyczaj mówi również więcej niż go pytają bądź sam z siebie zaczyna się rozgadywać.
– Jak ty? – Uśmiechnąłem się.
– Jak ja – odparł Mono.
– Ale naprawdę nie masz pojęcia skąd je wziąłeś?
– Najmniejszego. Ale nie martw się Haldirze, jestem pewien, że nie ma się czym martwić. No bo czym? A teraz wybaczcie, pójdę już i uwolnię was od mojej bezsensownej paplaniny. Do zobaczenia! – zawołał i odszedł.
– Podejrzane – skomentował Haldir.
– Nawet mnie się takie wydało – poparłem go.
– Trzeba go mieć na oku – stwierdził książę, po czym ruszyliśmy z powrotem korytarzem.
***
Mono szedł niemalże opustoszałym dziedzińcem, by potem skręcić w boczną uliczkę. O dziwo na nic nie wpadał, chociaż nie patrzył na drogę, ponieważ wzrok miał utkwiony w pergaminie, który trzymał w ręku. W pewnym momencie poczuł ukłucie chłodu, a jego żołądek ścisnął się z niepokoju. Mono zatrzymał się. Usłyszał czyjeś kroki za sobą i powoli obrócił się, by spojrzeć w twarz, którą najmniej pragnął w tej chwili zobaczyć. Mężczyzna zbliżał się do niego, a elf stał jak sparaliżowany i nie dał rady wykonać żadnego ruchu.
– Witaj Mono – rzekł przybysz.
– Xalit – warknął błękitnooki. – Co zrobiłeś Ligolisowi?
Mroczny Elf zaśmiał się.
– A co, nie odkryliście jeszcze? Jestem pewien, że król już dawno to rozgryzł. A jeśli nie – rozłożył szeroko ręce – to już wasz problem.
Mono zacisnął dłonie w pięści, gniotąc przy okazji pergamin.
– Czego chcesz?
– Och, nic takiego. – W oczach mężczyzny pojawił się niebezpieczny błysk. – Powiedz mi tylko proszę, gdzie jest Zwój Alamsila?
– Jest w zamku w... – Mono, gdy uświadomił sobie co zamierza powiedzieć, zasłonił usta i zgiął się w pół, by powstrzymać potok słów. Usłyszał szyderczy śmiech Xalita.
– No dalej, Mono. Powiedz mi, gdzie jest ten Zwój.
Elf mocniej przycisnął dłonie do twarzy i z całych sił próbował powstrzymać się przed odpowiedzeniem na to pytanie.
– To ty podałeś mi serum – wydusił po chwili.
– Oczywiście. W końcu inaczej nie odpowiedziałbyś poprawnie na moje pytanie. A więc jeszcze raz: gdzie jest Zwój Alamsila?
Gdy znów o mały włos Mono nie zdradził pilnie strzeżonej tajemnicy, zdecydował się na desperacki krok. Szybkim ruchem wyciągnął sztylet i wbił go sobie głęboko w brzuch. Z jękiem upadł na kolana, a bruk wokół niego zabarwił się na czerwono.
Xalit przyglądał się temu ze stoickim spokojem.
– Cóż, nadal możesz mówić. Więc powiedz mi, gdzie jest ukryty Zwój Alamsila.
– Jest ukryty w zam… po… Nie! – Mono skulił się i ściskając za gardło, uświadomił sobie, że jego wróg miał rację. Mimo rany na brzuchu, z której cały czas sączyła się krew, nadal mógł mówić. Pozostawała tylko jedna opcja.
Elf ścisnął rękojeść sztyletu i uniósł wzrok na Xalita.
– Nigdy nie zdobędziesz tego Zwoju – warknął, a następnie podciął sobie gardło i legł bezwładnie w kałuży własnej krwi.
Mroczny Elf prychnął. Chwilę jeszcze patrzył na leżące bez ruchu ciało, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł.
***
Biegłem co sił w nogach, a Ozzy był tuż za mną. Gdy dobiegłem pod drzwi gabinetu, ledwo dałem radę oddychać. Haldir podszedł do nas.
– Co… z… nim? – wydyszałem.
– Żyje. – Po tym jednym słowie Ozzy i ja odetchnęliśmy z ulgą. – Ale nie wiem co z nim będzie.
– Ale co się stało? – spytał mój przyjaciel.
Haldir pokręcił głową.
– Nie wiemy. Strażnik znalazł go w jednej z uliczek niedaleko dziedzińca, nieprzytomnego i całego we krwi. Miał ranę na brzuchu i poderżnięte gardło, a... – Haldir przełknął ślinę. – A w ręku sztylet – zakończył głucho.
Ozzy i ja otworzyliśmy szeroko oczy.
– Chcesz powiedzieć – zacząłem powoli. – Że sam sobie to zrobił?
– Nie – rzekł ostro Haldir. – Na pewno nie. Mono nigdy nie posunąłby się do czegoś takiego.
Nie byłem tego, aż tak pewny, jednak nie chciałem wdawać się w niepotrzebną dyskusję. Wolałem zachować to dla siebie.
Rozejrzałem się wokół. Stało tutaj kilka osób, głównie strażników. Jednak nigdzie nie widziałem Colleen ani Constantina, co wydawało mi się dość dziwne.
– A gdzie jego rodzice? – spytałem w końcu.
Haldir spojrzał na mnie.
– U mojej mamy – odparł. – Źle to znieśli.
– Nie dziwię się im – mruknął Ozzy, a ja musiałem przyznać mu rację.
– A Ligolis wie?
Starszy książę pokręcił głową.
– Nie mam serca teraz mu tego powiedzieć. Nikt nie ma. Chyba, że wy chcecie – dodał po chwili z kpiącym uśmieszkiem na twarzy.
– Przypomniało mi się, że muszę obiad w domu ugotować – odparł Ozzy.
– Ja chyba zostawiłem konia na dziedzińcu – dodałem.
Haldir zaśmiał się krótko, lecz zaraz z powrotem spoważniał.
– Może faktycznie idźcie do siebie. Nie ma sensu tu stać.
– Ale ty, zgaduję, zamierzasz zostać? – Wyrwało mi się.
– Może.
Postanowiłem nie drążyć już tematu i razem z Ozzy’ym odeszliśmy stamtąd.
***
– Nie jesteś zły?
Ligolis spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
– A za co mam być zły?
Wzruszyłem ramionami.
– Może nie chciałeś wiedzieć. Lepiej byś spał, gdybyś nie wiedział.
– Bzdura. Będę sypiał tak samo źle. Nocne mary, zasłabnięcia, bóle stawów, problemy z oddychaniem. Nie przejmuj się, kolejne nieszczęście do kolekcji szczególnie dużej różnicy nie zrobi.
Skrzywiłem się.
– Nie mów tak. Jestem pewien, że wyzdrowiejesz.
– Och, ależ wyzdrowieję, tylko, jak widać, za późno.
– Chyba nie myślisz, że byłbyś w stanie mu wtedy pomóc?
Ligolis nieznacznie wzruszył ramionami.
– Kto wie. Teraz na pewno się nie dowiemy.
– No właśnie, dlatego lepiej przestań myśleć tym torem – rzekłem twardo.
Książę spojrzał na mnie, zaśmiał się lekko i położył mi dłoń na ramieniu. Słabą dłoń.
– Dobrze, Leo. Obiecuję, że postaram się być jak najbardziej optymistycznie nastawiony do życia.
– Czyli wcale? – burknąłem, odwracając wzrok.
– Tego bym nie powiedział. Rzekłbym raczej, że bardzo mało.
Westchnąłem smutno.
– Mam tylko nadzieję, że Haldir nie będzie zły, że ci powiedziałem – mruknąłem.
– Wątpię. Jak rozumiem po prostu nie miał serca mi tego oznajmiać. To nie tak, że nie chciał, żebym wiedział.
– Tak, pewnie masz rację.
Na kilka minut zapadło milczenie.
– Ligolis?
– Tak?
– Masz jakieś przeczucia, co do przyszłości?
– Mam.
– Jakie?
Ligolis spojrzał mi prosto w oczy.
– Lepiej, żebyś nie wiedział.
***
Zawsze myślałem, że nieszczęścia chodzą parami. Jednak na własnej skórze, można by rzec, doświadczyłem, że to nieprawda. One chodzą stadami.
Gdy ujrzałem wracający patrol, od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Nie dość, że elfów było stanowczo mniej, to jeszcze zastanowiła mnie inna rzecz. Skoro patrolem dowodził Haldir, to dlaczego on nie wracał?
Gdy elfy podeszły bliżej, ujrzałem ich rany. W większości wyglądały na naprawdę poważne. Patrol wzbudził ciekawość wśród ludności, która teraz przepychała się między sobą, by przyjrzeć się im z bliska. Jednak oni zdecydowanie szli przed siebie, by w końcu uzdrowiciele, którzy niespodziewanie pojawili się na placu, mogli się nimi zająć. Jednak jeden z elfów wywinął się i wszedł do zamku. Podążyłem za nim.
Elf kierował się w stronę komnaty króla. Strażnicy bez problemu go przepuścili, a ja prześliznąłem się obok niego i cicho usiadłem na dywanie, tuż obok kanapy, na której siedzieli rodzice Mono. Królowa był w pomieszczeniu obok, a król siedział na swoim zwyczajowym miejscu.
Wejście elfa wywołało wielkie zdumienie.
– Tanielu, co się stało? – zapytał władca.
– Panie mój – wydyszał elf. – Ja… wybacz mi, że zawiodłem.
– Tanielu, mów co się stało.
Mężczyzna zwiesił głowę i wypowiedział cztery straszne słowa. Cztery słowa, po których mój chwiejący się dotąd, niedawno zbudowany, świat, ostatecznie runął.
– Twój syn został porwany.
W komnacie rozległ się huk.
Dzbanek z wodą, który niosła królowa, rozbił się w drobny mak, a ciecz rozlała wokół.
Przez moment wszystko jakby się zatrzymało. Wydawało się, że nawet drobinki kurzu znieruchomiały.
Gdy król przemówił, był cały blady i drżały mu wargi.
– Jak to się stało?
– Byliśmy na patrolu. Goniliśmy grupę morduków, co okazało się być pułapką. Były ich dziesiątki, panie. W dwudziestkę nie mieliśmy szans. Książę dzielnie walczył, lecz gdy napadło go dziesięciu przeciwników, był bezsilny. Napływające ilości morduków zmusiły nas do ucieczki. Zostało nas siedmiu.
Po jego słowach zapadło milczenie. Każdy przetwarzał te informacje we własnym sercu.
– Idź do uzdrowiciela, Tanielu – rzekł po dłuższej chwili król.
– Tak jest, mój panie. – Elf skłonił się i wyszedł.
Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, królowa ze szlochem upadła na kolana, zakrywając twarz dłońmi. Colleen przyklękła przy niej i mocno ją objęła. Mężczyźni trwali nieruchomo, tak samo jak ja. Po chwili, która wydawała się wiecznością, władca walnął pięścią w blat, aż stos papierów na nim niebezpiecznie się zatrząsnął.
– Tego już za wiele – warknął. – Jeśli Xalit myśli, że może tak sobie z nami pogrywać, to się grubo myli. Constantinie – zbieraj armię. Niedługo wyruszamy.
– Ale panie to chyba nierozsądne – odważyłem się odezwać. – Co jeśli on tego właśnie chce? Co jeśli to pułapka?
– Nie obchodzi mnie to. A ty się w to nie wtrącaj, Leonardzie. To nie jest sprawa dla ciebie – to nie są dziecinne ćwiczenia, tu się waży ludzkie życie. Radzę ci trzymać się od tego z daleka. – Po czym razem z Constantinem opuścili komnatę.

A ja już wiedziałem, co powinienem zrobić. I z pewnością nie było to tym, czego oczekiwał król.

wtorek, 31 października 2017

Elf 29

Gdy wracając ze spotkania z Ozzy’ym, szedłem do swojej komnaty, usłyszałem podniesione głosy niedaleko. Zaintrygowany, skręciłem w inny korytarz, a moim oczom ukazali się bracia. Gdy się pojawiłem w ich polu widzenia, natychmiast przybrali pozornie normalne pozy, a na usta przykleili sztuczne uśmiechy.
– Leo! Co tu robisz? – spytał Haldir.
– Wy się kłócicie? – spytałem, zakładając ręce na piersi.
– My? Skąd – odparł Ligolis, przeciągając ostatnią sylabę.
– Oczywiście, że nie – westchnąłem.
– Leo, nie masz czegoś do roboty? – spytał Haldir. – Myślę, że powinieneś poszukać czegoś u siebie.
– Oczywiście – odparłem z przekąsem.
Odwróciłem się na pięcie i skręciłem za róg. Gdy znów doszły do mnie głosy książąt, wróciłem.
– Wcale się nie kłócicie.
Bracia przerwali i spojrzeli na mnie z niezdecydowaniem.
– Widzę, że nie zamierasz stąd pójść. – Westchnął Haldir. – Więc proszę cię o jedno, Leo. Nie wtrącaj się. – Po tych słowach bracia zupełnie przestali się przejmować moją obecnością i powrócili do kłótni.
– Chyba nie myślisz tak na poważnie! – krzyknął Haldir, wskazując na brata. – Przecież dobrze wiesz, że gadasz bzdury.
– Oczywiście – warknął Ligolis. – Ja zawsze gadam bzdury. Według ludu, według ojca i według ciebie.
– Widzisz! I właśnie o tym mówiłem. Ty zawsze robisz z siebie ofiarę! I wcale ci nie zależy, żeby to zmienić! Po prostu chcesz, by wszystko kręciło się wokół ciebie!
– Wiesz, gdzie jest luka w twojej teorii? Mną nigdy się nikt nie interesował!
– Tak, i to wcale nie jest dziwne!
Wciągnąłem powietrze i obserwowałem dalszy przebieg wydarzeń.
Ligolis zamilkł i patrzył morderczym wzrokiem na rozmówcę. Po chwili postąpił krok naprzód.
– Przynajmniej pozostałem sobą i nie stałem się marionetką ojca jak ty – wysyczał bratu prosto w twarz.
Haldir wyprostował się gwałtownie i odsunął.
– Widzę, że nie odróżniasz obowiązków księcia od rozkazów, drogi bracie. Ale to nie dziwne. Zawsze byłeś niedoedukowany.
– Hm, pomyślmy. Może dlatego, że nigdy tej edukacji nie otrzymałem.
– Wszyscy i tak wiedzieli, że to zbędne wysiłki – odparł Haldir z fałszywym uśmiechem na twarzy.
Zaczynałem coraz bardziej się bać o rozwój wypadków.
– Ach, to dlatego jesteś taki ograniczony? Wszyscy wiedzieli jak mało pojemny jest twój mózg, więc wypełnili go bzdurami, by nie zostało miejsca na coś pożytecznego, tak?
– Wydaje ci się, że jesteś zabawny, bo nie wiem?
– Nic dziwnego, drogi bracie, u ciebie to naturalny stan.
– Mam ciebie oficjalnie dość! – warknął Haldir. – Zawsze tylko zawadzałeś i zupełnie nie wiem, co tu nadal robisz.
– Ah, ja? – Ligolis teatralnie wskazał na siebie. – Ja tylko przyglądam się jak tracisz swoją wartość, będąc tak podporządkowanym ojcu.
– Wydaje ci się, że wszystko ci wolno, tak? Otóż nie, drogi bracie. Mało trzeba, by na mój rozkaz zamknęli się w lochu.
– Czy ty mi grozisz, przepraszam bardzo? Własnego brata zamknąłbyś w celi?
– Wolałbym nie mieć brata niż mieć ciebie za brata.
Otworzyłem szeroko oczy i z niedowierzaniem obserwowałem dalszy ciąg kłótni.
Ligolis zaczął się śmiać.
– O jak mi ciebie szkoda. Niestety nie masz wyboru, drogi bracie – rzekł, kładąc nacisk na dwa ostatnie słowa.
– Nie mam? – Haldir zaśmiał się, lecz w tym śmiechu nie było ani krzty wesołości. Spojrzał na rozmówcę, a ja ujrzałem niebezpieczny błysk w jego oczach, który mnie przeraził. – Uwierz mi, że niewiele trzeba, byś opuścił ten świat.
Ligolis rozłożył ręce, jakby odsłaniając się.
– Śmiało. Zabij mnie, a wyświadczysz mi przysługę. Wiesz dlaczego? Bo ty wtedy też zginiesz! Nie mów, że zapomniałeś! – Śmiech Ligolisa przyprawił mnie o ciarki. – Mamy więź, drogi bracie. Na tyle rozwiniętą, że jeśli zginie jeden z nas, zginie i drugi.
– A ty co, przewidziałeś to? Nie mamy pewności, idioto! Zresztą, przecież i tak jesteś kiepskim jasnowidzem.
Ligolis prychnął.
– Ja? Kiepskim jasnowidzem? Niby dlaczego?
– Czy nie powinieneś przewidzieć porwania Pauline?
Gdy tylko padło imię mojej siostry, zacząłem przysłuchiwać się tej kłótni jeszcze dokładniej niż przedtem.
– Przewidziałem, gdzie będzie później, a to zawsze coś!
– Oczywiście, przewidziałeś, gdzie będzie po porwaniu, ale samego porwania nie przewidziałeś. Albo może przewidziałeś, ale nie chciałeś temu zapobiec, by potem wyszło na twoje, co?
– O co ty mnie oskarżasz! – zdenerwował się Ligolis. – Nie jestem taki jak ty!
Gdy sens ich kłótni do mnie dotarł, moje serce się zatrzymało.
– Stop! – krzyknąłem, a bracia natychmiast ucichli. Na ich twarze wkradło się przerażenie, gdy zrozumieli, co usłyszałem.
– Wy… wy… – wykrztusiłem. – Wy wiedzieliście o Pauline?! Wiedzieliście, że coś jej się stanie?! Jak… Jak mogliście mi nie powiedzieć?! – wrzasnąłem.
– Leo, my… – zaczął Ligolis, lecz nie dałem mu dokończyć.
– Wy… wy… kanalie! – wrzasnąłem i obróciwszy się na pięcie, odbiegłem.
W oczach miałem łzy. Słyszałem za sobą ich krzyki, ale tylko gnałem przed siebie, nawet nie patrząc na drogę. I właśnie to mnie zgubiło, bo zbiegając po schodach, wpadłem z impetem na królową, zwalając nas oboje na ziemię.
– Pani, przepraszam najmocniej! – wykrzyknąłem, dopadając do niej. – Coś ci się stało? Wybacz mi pani, to było niechcący! – spanikowałem.
Kobieta rozmasowywała sobie żebra.
– Nic nie szkodzi, Leo. Zdarza się.
– Wybacz mi, pani – szepnąłem.
– Wszystko w porządku, skarbie. – Uśmiechnęła się. – Ale dlaczego tak biegłeś?
Spuściłem głowę i odwróciłem wzrok.
– Hej, co się dzieje? – Władczyni dotknęła mojego policzka, zmuszając mnie, bym na nią spojrzał.
Westchnąwszy, opowiedziałem jej sytuację sprzed chwili.
Królowa przytuliła mnie.
– Przykro mi, Leo. Porozmawiam sobie dziś z nimi. A teraz chodź ze mną.
Wstaliśmy z ziemi i udaliśmy się do komnaty króla. Kobieta posadziła mnie na kanapie, po czym zaczęła żywo dyskutować o czymś z mężem w sąsiednim pomieszczeniu. Następnie wyszła z gabinetu, a władca usiadł za biurkiem i zaczął coś pisać. Nie bardzo wiedziałem, co mam teraz robić. Przez chwilę było słychać tylko chrobot pióra.
– Jak król odkrył, co to za trucizna? – spytałem.
Monarcha przerwał pisanie i podniósł na mnie wzrok.
– Rana na kostce – odparł. – Jest tylko jedna trucizna, która powoduje takie rzeczy. W przypadku zwykłym znachorów po takim odkryciu jest już za późno i zazwyczaj nie udaje im się uratować pacjentów. Jednak ja to potrafię. Umiem sporządzić właściwą odtrutkę, nawet na najbardziej rozwinięte stadium. Więc nie martw się, Leonardzie. Za kilka dni będziesz zdrów jak ryba.
Kiwnąłem głową w podzięce, a król wrócił do pisania. Po chwili drzwi się otworzyły i energicznie wkroczyła przez nie królowa. Za nią weszli bracia.
– Widzę, że ich znalazłaś – stwierdził władca, nie podnosząc wzroku.
– Zgadza się – odparła jego żona.
– Leo, posłuchaj mnie. To wszystko nie tak – zaczął Haldir.
– Oczywiście. Tylko wiedzieliście o mojej siostrze, ale nie, po co o tym mówić!
– To nie do końca tak.
– Ale od początku – burknąłem.
Haldir westchnął.
– Leo, to naprawdę nie moja wina.
– Jasne, zwal na mnie – warknął Ligolis do brata, po czym zwrócił się do mnie. – Mając wizję związaną z twoją siostrą nie miałem pojęcia, że nią jest.
– Mogłeś się domyślić – mruknął Haldir, na co Ligolis gwałtownie się do niego odwrócił.
– A ty niby byś się domyślił?!
– Ależ ja jestem tylko zwykłą marionetką. Ja nic sam nie potrafię – odparł Haldir, a jego głos był tak przesiąknięty jadem, że stwierdziłem, iż moje zdenerwowanie na nich jest jak ziarenko piasku stojące obok nadzwyczaj dorodnej dyni w porównaniu do ich nienawiści wobec siebie.
– Nie da się ukryć – syknął Ligolis do brata, po czym zwrócił się do mnie. – Leo, słuchaj. Ja naprawdę  nie miałem pojęcia…
– Ale później już miałeś! Dlaczego mi nie powiedziałeś, że wiesz, gdzie ona jest?! – W moich oczach pojawiły się łzy.
– Nie miałem pewności, Leo.
– Nic dziwnego – mruknął Haldir, a Ligolis walnął go łokciem w brzuch. I to wcale nie był braterski kuksaniec.
– Przecież wiesz, że każda informacja o niej jest na wagę złota. Więc dlaczego mi nie powiedziałeś?
– Mówię ci, że nie miałem pewności. Nie chciałem wprowadzać zbędnego zamieszania i niedopowiedzeń.
Jeszcze zanim skończył mówić, wstałem i skierowałem się do drzwi. Nie mogłem dłużej tego słuchać.
– Leo, czekaj! – Usłyszałem za sobą głosy, lecz się nie zatrzymałem. Zamierzałem wrócić do siebie.
Gdy byłem już przy swojej komnacie, dogonił mnie Haldir.
– Leo, zaczekaj. – Haldir położył mi rękę na ramieniu.
Strząsnąłem ją i energicznie odwróciłem się do niego.
– Nie chcę słuchać żadnych tłumaczeń, ani za niego, ani za ciebie. Jeśli chcecie się godzić ze mną, pogódźcie się najpierw ze sobą. Bo pałając do siebie taką nienawiścią, niczego dobrego nie zdziałacie – to powiedziawszy, obróciłem się na pięcie i wszedłem do komnaty, trzaskając drzwiami. Udałem się do sypialni i rzuciłem się na łóżko. Zakryłem twarz dłońmi.
– Pauline, wybacz mi – wyszeptałem.
*
Ligolis stał oparty o drzewo z założonymi na piersi rękami i wpatrywał się w rozległy ogród, rozciągający się przed nim. Rozmyślał już od dłuższego czasu, pozostając w bezruchu. Ocknął się dopiero, gdy obok niego pojawił się jego brat.
– Mamy przechlapane – rzekł z westchnieniem Haldir.
– Oczywiście, że mamy, w końcu maczałeś w tym palce.
Haldir wciągnął gwałtownie powietrze i obrócił się energicznie twarzą do brata.
– Zawsze, gdy wina leży po twojej stronie, zwalasz ją na mnie, prawda?
– Próbujesz się oczyścić czy jak? – Ligolis odsunął się od drzewa i podszedł do brata. – Przecież to ty zacząłeś przy nim wątek Pauline. Nie zdziwiłbym się, gdyby cię znienawidził. Zresztą dziwię się, że do tej pory tego nie zrobił.
Dla Haldira miarka się przebrała – z całej siły walnął brata pięścią w szczękę. Ligolis odleciał do tyłu i upadł z jękiem na ziemię.
– Widzę, że nie najlepiej radzisz sobie z emocjami, drogi bracie – warknął, wypluwając krew.
Podniósł się z ziemi i, nim Haldir zdążył się zorientować w sytuacji, kopnął go w brzuch. Starszy książę zgiął się w pół.
– Jeśli myślisz, że jesteś lepszy to się grubo mylisz, braciszku – wysapał i się zamachnął, lecz Ligolis złapał jego rękę, wykręcił  i wywrócił brata na ziemię. Upadając, Haldir złapał młodszego księcia za rękaw i pociągnął za sobą.
– Wiem, że zawsze uważałeś, że jesteś lepszy, ale to nieprawda! – krzyknął Ligolis, uderzając łokciem w szyję brata. Haldir stracił na chwilę oddech, lecz już po chwili podniósł się na nogi.
– Ja tak nigdy nie uważałem, tylko wszyscy wokół! – mówiąc to, kopnął brata w kolano, tak że ten upadł na trawę.
– Nawet jeśli oni zaczęli, to ty w to uwierzyłeś! – Ligolis zamachnął się w głowę Haldira, lecz ten przytrzymał jego rękę, a drugą walnął brata w brzuch. Młodszy książę jęknął i obrotem wywalił przeciwnika na ziemię.
– Zawsze byłeś podatny na wpływy innych.
Haldir podniósł się z ziemi i otrzepał.
– To ty jesteś podatny na wpływy, bo ty w to uwierzyłeś, a nie ja! – krzyknął, waląc pięścią w ramię brata.
Ligolis zachwiał się, lecz szybko skontrował i uderzył starszego księcia w brew, z której pociekła krew. Ten podciął bratu nogi, wskutek czego obaj wywrócili się na ziemię. Po chwili szamotaniny, ciężko dysząc, podnieśli się na nogi.
– Wydaje ci się, że to takie proste? – warknął Ligolis.
– Życie z tobą nigdy nie było proste, więc nie – odparł Haldir, po czym zamachnął się na brata, lecz ten zrobił unik. Szybko znalazł się za plecami przeciwnika i z całej siły go kopnął. Książę upadając na ziemię, rozciął sobie wargę o korzeń. Z trudem podniósł się na nogi i obrócił w stronę brata, nie zwracając uwagi na krew, która kapała na jego ubranie.
– Jesteś chyba najgorszym księciem, jakiego mogło sobie wyobrazić Whitemount.
Ligolis rzucił się na brata, wywracając siebie i jego na ziemię. Przez kilka minut turbowali się, tarzając się po ziemi, aż wreszcie obaj padli na trawę obok siebie, ciężko dysząc.
Haldir zerknął na brata.
– Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co my właśnie robiliśmy?
Ligolis obrócił głowę w jego stronę głowę.
– Chyba dopiero to do mnie dociera – odparł.
Po chwili oboje zaczęli śmiać. Śmiali się przez dobrych kilka minut, po czym powoli podnieśli się z ziemi.
Ligolis syknął.
– Co jest? – spytał Haldir.
– Wykręciłeś mi nadgarstek – odparł jego brat.
– Wybacz.
Ligolis zaśmiał się krótko, po czym zmierzył się krytycznym spojrzeniem.
– Jeśli ojciec nas zobaczy w tym stanie, oficjalnie nas zabije.
Haldir popatrzył po sobie i skrzywił się.
– Gorzej niż po wojnie – stwierdził.
Obaj mieli poplamione krwią i ziemią ubrania oraz liczne okaleczenia na ciele.
Ligolis podniósł się na nogi i wyciągnął zdrową rękę w stronę starszego księcia.
– No cóż, drogi bracie. Chyba oficjalnie możemy stwierdzić, że nasz konflikt został zakończony.
Haldir uśmiechnął się i złapał rękę elfa.
– Na to wygląda – odparł.
*
Z drzemki zbudziło mnie pukanie do drzwi. Zwlokłem się z łóżka i poszedłem otworzyć. Za progiem stała Liliami.
– Witaj, Leo – rzekła z uśmiechem.
– Witaj, Liliami.
– Mam robić za pośrednika. – Gdy uniosłem brwi w niemym pytaniu, wyjaśniła. – Chłopcy chcą z tobą rozmawiać. Wiedzą, że byś ich nie wpuścił, więc wysłali mnie.
Westchnąłem.
– Wejdź.
Usiedliśmy na fotelach, a Liliami kontynuowała wypowiedź.
– Chcą po prostu dociągnąć sprawę do końca. Wyjaśnić ją. Myślę, że powinieneś się z nimi zobaczyć i chociaż ich wysłuchać.
– To i tak nie będzie miało sensu – westchnąłem. – Oni najpierw muszą pogodzić się ze sobą.
– Och, ależ już to zrobili. – Uśmiechnęła się Liliami. – Bądź pewien.
Popatrzyłem na nią niepewnie.
– Zgoda. Zobaczę się z nimi.
– Cudownie! – wykrzyknęła księżniczka. – Zaraz ich tu przyślę.
Kiwnąłem głową z uśmiechem, a Liliami wyszła z komnaty. Nie minęło dziesięć minut, a już rozległo się pukanie.
– Jak musicie, to wchodźcie.
Drzwi się otworzyły i do komnaty wkroczyli bracia. Usiedli na kanapie, a ja się im przyjrzałem. Coś w nich było nie tak.
– Słuchaj, Leo, chciałbym cię przeprosić. Nie będę się już usprawiedliwiał, tylko po prostu przeproszę. Nic więcej nie jestem teraz w stanie zrobić. Przepraszam – rzekł Ligolis.
Haldir kiwnął głową, a ja się lekko uśmiechnąłem.
– Jest jedna rzecz, którą możesz zrobić – odparłem.
Bracia spojrzeli po sobie.
– Jaka? – spytali jednocześnie.
– Powiedz mi, co o niej wiesz.
Ligolis westchnął i potarł ręką czoło, po czym się skrzywił.
– Prawdopodobnie jest w zamku Xalita – wyszeptał. – W ciemniej celi. Była tam też jakaś inna dziewczynka, cała ubrana na czarno. Włosy też takie miała. Ona raczej nie była więźniem. Tylko tyle wiem.
Coś ścisnęło mnie za gardło, lecz zapytałem:
– Jak wyglądała Pauline?
– Była przestraszona, skulona i trochę zmarniała. – Ligolis zamilkł na moment. – Przykro mi, Leo.
Potrząsnąłem głową, głównie po to, by odpędzić łzy.
– Nieważne – wyszeptałem.
Młodszy książę wstał, lecz syknął i zgiął się w pół.
– Co jest? – spytał jego brat.
– Żebro – odparł Ligolis.
Haldir zrobił skruszoną minę.
– Wybacz.
Przyglądałem im się uważnie, próbując zrozumieć, co się stało. Widać było, że oboje są lekko poobijani.
– Co wam się stało? – spytałem.
Bracia spojrzeli na mnie.
– Nam? Nic, nic – odparł pospiesznie Ligolis.
– Mieliśmy tylko lekki zatarg – dodał Haldir. – Ale przynajmniej dzięki niemu się pogodziliśmy.
– Czy wy się pobiliście?
Zapadła chwila ciszy, podczas której bracia wymienili spojrzenia.
– My? Skąd – odrzekł młodszy książę, machając lekceważąco ręką i przedłużając samogłoski.
– Skąd ten pomysł? – spytał jego brat.
– Rany, wy się pobiliście. Chłopaki, poważnie?
– Ej, ej, ej. Ty się powinieneś cieszyć, że się pogodziliśmy. Czy to ważne jak? – teatralnie oburzył się Ligolis.
– Mam pominąć oczywiście fakt, że zadaliście sobie dosyć poważne obrażenia?
– Tak.
Zacząłem się głośno śmiać.
– Okej.
– A, i Leo – dodał Haldir. – Proszę, nie mów o tym naszemu ojcu. Zamorduje nas, jak się o tym dowie.
Zachichotałem.
– No zgoda. Chociaż będzie kusiło.
– A tylko się waż – rzekli bracia unisono, a ja nie wytrzymałem i ponownie zacząłem się śmiać.

sobota, 30 września 2017

Elf 28

Gdy otworzyłem oczy, przez moment nie potrafiłem się rozeznać w sytuacji. Dotknąłem ręką czoła, po czym podniosłem się do pozycji siedzącej i rozejrzałem. Byłem w komnacie króla, siedziałem na kanapie, a w pobliżu nie było nikogo. Spróbowałem sobie przypomnieć, co się stało, jednak przeszkodził mi w tym odruch wymiotny. Siłą go powstrzymałem i zacząłem ciężko oddychać. Żeby tego było mało zaczęło mi się kręcić w głowie. Na miękkich nogach podszedłem do krzesła i oparłem się o nie. Na stole stał dzbanek z wodą i szklanka. Nalałem sobie płynu i wypiłem jednym haustem. Ponownie napełniłem naczynie i, gdy odszedłem trochę od stołu, stało się coś, czego w ogóle się nie spodziewałem. Moja kostka zapiekła przeraźliwie, wskutek czego upuściłem szklankę na dywan. Szkło nie pękło, lecz cała zawartość rozlała się po wykładzinie. Upadłem na ziemię i ujrzałem, że moja kostka zaczęła krwawić. Wytrzeszczyłem oczy i dotknąłem czerwonej cieczy. Faktycznie, to była krew. Podwinąłem nieco nogawkę i ujrzałem duże rozcięcie. Mogłem przysiąc, że zrobiło się samo.
W takim stanie znalazł mnie Mono, który wszedł do komnaty. Przystanął na chwilę ze zdziwienia, po czym ukucnął przy mnie.
–  Co się stało? – spytał.
Pokręciłem głową.
– Nie mam pojęcia – wymamrotałem. – To rozcięcie samo się zrobiło.
Mono zmarszczył brwi.
– Jak? – spytał bardziej siebie niż mnie.
Pomógł mi usiąść na krześle.
– Jak się czujesz?
– Słabo – odparłem. – Wszystko zaczyna mnie boleć, kręci mi się w głowie i leci mi krew z kostki nie wiadomo czemu.
– Czekaj, zaraz ci to opatrzę. Niestety król nie może teraz przyjść.
Następnie zniknął w sąsiednim pomieszczeniu.
Chwilę dochodziłem do siebie i powoli przypominałem sobie, co się stało. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że gdy Mono skończył bandażować mi kostkę, czułem się już bardzo dobrze.
– Przyjęcie nadal trwa? – spytałem.
Elf kiwnął głową.
– Tak, ale nie jestem pewien czy to dobry pomysł, byś tam szedł. Może lepiej przejdź się do ogrodów?
– A jeśli nadal będę się dobrze czuć, pozwolisz mi wrócić?
– Uparciuch z ciebie. – Uśmiechnął się Mono. – Zgoda.
Odwzajemniłem uśmiech, po czym pewnym krokiem wyszedłem za elfem, który poprowadził mnie do ogrodów.
Od mojego przyjazdu byłem tam zaledwie kilka razy i nigdy nie zapuszczałem się zbyt głęboko, jednak zawsze zachwycałem się ich wyglądem. Miejscami był to labirynt z powodu licznym wysokich żywopłotów. Rosło tu wiele gatunków kwiatów, krzewów, a gdzieniegdzie również drzew. Wszystko to nadawało ogrodom magicznej aury, a unoszący się w nich zapach wprowadzał w błogie odprężenie. Spacerując pomiędzy roślinnością, oddychałem świeżym, nocnym powietrzem. Moja sielanka nie trwała jednak długo, ponieważ usłyszałem głosy. Wydawało mi się, że należały do Haldira i Caroline. Zmarszczywszy brwi, ruszyłem w ich stronę. Gdzieś z boku zamajaczyły mi sylwetki księcia i księżniczki. Gdy przesunąłem się trochę w lewo, widziałem ich bardzo dobrze. Nie słyszałem dokładnie o czym rozmawiają, lecz widziałem, że Haldira męczy ta konwersacja. W pewnym momencie ujrzałem zbliżającą się Meredith. Caroline również musiała ją zauważyć, bo obróciła Haldira do siebie, tak, żeby nie zobaczył nadchodzącej kobiety. Gdy księżniczka była już dosyć blisko, Caroline zrobiła coś, czego żadne z naszej trójki się zupełnie nie spodziewało. Przyciągnęła Haldira do siebie i pocałowała go prostu w usta.
Wytrzeszczyłem oczy, a szok odebrał mi na chwilę zdolność poruszania czymkolwiek. Gapiłem się na tę scenę całkowicie sparaliżowany i zauważyłem, że Meredith jest w podobnym stanie. Jednak ona szybciej się otrząsnęła i energicznym krokiem zaczęła przed siebie. Lecz zanim się dostatecznie zbliżyła, Haldir gwałtownym ruchem odsunął od siebie Caroline.
– Co ty wyprawiasz?! – warknął.
Caroline była nieporuszana.
– Oh, już daj spokój. – Machnęła lekceważąco ręką. – Przecież wszyscy wiedzą, że jesteś we mnie zakochany. Nie musisz już dłużej tego ukrywać.
Zanim Haldir zdążył odpowiedzieć, wtrąciła się Meredith.
– W tobie?! – wykrzyknęła. – Chyba śnisz! Nawet najgłupszy imbecyl nie zakochałby się w takiej pustej lali jak ty!
– Złościsz się, bo to ja go zdobyłam, a nie ty? To normalne, moja droga. Naucz się przegrywać – odparła niewzruszona Caroline, opierając rękę na biodrze.
– Ha, zdobyłaś! Dobre sobie! Wszyscy wiedzą, że on kocha mnie, idiotko!
– DOŚĆ! – wrzasnął Haldir, a obie księżniczki spojrzały w jego stronę. – Obie jesteście tak głupie jak Fenosil! Co wy sobie myślicie?! Jedyne co zdobyłyście to moją nienawiść! A teraz wynocha stąd! Z tych ogrodów, z tego królestwa i z mojego życia! Nie będę więcej znosił was i waszej głupoty! Wynoście się! Obie jesteście siebie warte!
Doszedłem do wniosku, że nigdy jeszcze nie widziałem tak wściekłego Haldira. Cały gotował się ze złości, a gdy udało mu się wreszcie wygonić księżniczki, podniósł rękę do czoła, zamknął oczy i zaczął głęboko oddychać.
Zdecydowałem się do niego podejść.
– Masz rację. Obie są siebie warte – stwierdziłem, a Haldir drgnął z zaskoczenia.
– Leo! Byłeś tu cały czas?
Wzruszyłem ramionami.
– Nie cały, ale wystarczający.
Milczeliśmy chwilę.
– Jak się czujesz? – spytał. Widocznie chciał odciągnąć temat od swojej osoby.
– Zaskakująco dobrze – odparłem, a po chwili westchnąłem. – To trochę męczące. W jednej chwili mam ochotę umrzeć, bo tak źle się czuję, a w drugiej jestem jak nowo narodzony.
– To pewnie przez truciznę – stwierdził książę.
Pokiwałem smutno głową.
– Haldir… – zacząłem niepewnie.
– Tak?
– Czy ja umrę?
Książę popatrzył na mnie, a jego wzrok złagodniał. Położył mi rękę na ramieniu.
– Z pewnością nie, Leo. Nie na wachcie mojego ojca.
Skinąłem głową, lecz nie byłem pewny tej odpowiedzi. Przecież król wciąż nie wiedział co to za trucizna.
– Wracajmy na przyjęcie – rzekł Haldir, a ja bez słowa podążyłem za nim.
Gdy weszliśmy do sali, przez chwilę zakręciło mi się w głowie od tych wszystkich zapachów, które mnie uderzyły. Było tam odrobinę duszno i najwidoczniej nawet uchylone gdzieniegdzie okna nie pomagały. Miałem wrażenie, że ludzi nieco ubyło, jednak ci pozostali wydawali się bardziej weseli i otwarci. Widać alkohol zrobił swoje. Haldir ruszył w stronę szczytu stołów, więc potruchtałem za nim. Nie wiadomo kiedy znalazł się przy nas jego brat.
– Witaj, Haldirze, jak się bawisz?
– Beznadziejnie – warknął starszy książę, na co Ligolis przystanął ze zdziwienia. Gdy Haldir się oddalił, młodszy książę spojrzał na mnie.
– Co mu jest? – spytał, wskazując brata kciukiem.
Rozejrzałem się czy nikt nie słucha i, nachylając się, opowiedziałem mu całą sytuację.
Ligolis w zamyśleniu potarł brodę dłonią.
– Jest jeden plus całej tej sytuacji. W końcu będziemy mieć je z głowy.
Musiałem przyznać mu rację. Nawet mi Meredith i Caroline zaczęły działać na nerwy.
– Wybacz Leo, ale wolę go poszukać. Nie chcę, by pozabijał mi gości, w końcu to moje przyjęcie. A na dodatek jest już po północy, więc dzień moich urodzin oficjalnie się zaczął. Idź do Mono, stoi niedaleko tronu. – Po tych słowach oddalił się, a ja udałem się we wspomnianym przez niego kierunku.
Znalazłem Mono u szczytu stołu, rozmawiającego z rodzicami.
– Leo! – wykrzyknął na mój widok. – Z ciebie jest naprawdę uparty elf.
Postanowiłem uznać to za komplement i uśmiechnąłem się.
– Jak się czujesz? – spytał Mono.
– Bardzo dobrze. Fizycznie.
Elf zaśmiał się i podał mi trzymaną szklankę z ponczem. Odruchowo się cofnąłem.
– Spokojnie, to bezalkoholowy.
Uspokojony, wziąłem od niego napój i wypiłem trochę. Faktycznie był bezalkoholowy. Spojrzałem na rozmówcę.
– Ominęło mnie coś ważnego?
Mono wzruszył ramionami.
– Chyba nic szczególnego. Życzenia, prezenty. Nic nowego.
Pokiwałem głową i upiłem trochę ponczu.
– Widziałeś Michaela? – spytałem po chwili.
Mono uśmiechnął się.
– Mówisz o tym chłopaku, który siedzi od pół godziny, bo nie może ustać na nogach? – to mówiąc, wskazał na jakąś postać siedzącą nieopodal przy stole.
Kiwnąłem głową.
– Dokładnie o niego.
Michael rozmawiał z jakąś dziewczyną, którą wyraźnie śmieszyło jego zachowanie. Mocno gestykulował i widać było z daleka, że bardzo wczuwa się w rozmowę.
– Leo, powiedz mi proszę – odezwała się Colleen. – Ile planujesz tu zostać?
Zmarszczyłem brwi.
– Jak to, zostać?
– Ile zamierzasz mieszkać w zamku?
Wzruszyłem niepewnie ramionami.
– No cóż… Chyba aż nie znajdzie się sposób, bym mógł wrócić.
– Czyli chcesz wrócić, tak?
– No… Tak.
Constantin i Mono patrzyli na nią ze zmarszczonymi brwiami.
– Nie bardzo wiem, co chcesz osiągnąć, mamo – stwierdził Mono. – Mogłabyś może to wyjaśnić?
– Nic, nic, tak tylko ciekawa jestem… - stwierdziła kobieta, opierając rękę na biodrze. Zapatrzyła się w jakiś nieokreślony punkt za mną, a jej wzrok stał się nieobecny.
Popatrzyliśmy po sobie zdumieni. Constantin pomachał żonie ręką przed twarzą.
– Nie machaj mi, pacanie, ręką przed nosem, bo zaraz ja tobą machnę – rzekła Colleen, nie patrząc na niego.
Spojrzeliśmy po sobie, powstrzymując śmiech.
– Ah, Leo! – krzyknęła nagle kobieta, patrząc z powrotem na mnie. Wszyscy trzej aż podskoczyliśmy. – Zapomniałam, że mamy dla ciebie prezent!
– Dla mnie? – zdziwiłem się.
– Tak, tak! Chodź Constantin, musimy po niego pójść! – Pociągnęła męża za rękaw i już po chwili zniknęli w tłumie.
Spojrzałem ze zdumieniem na Mono, na co ten rozłożył ręce w obronnym geście.
– Ja nie mam z tym nic wspólnego.
Rozmawialiśmy trochę do momentu powrotu rodziców Mono. Constantin trzymał w rękach sztylet i pochwę z pasem na niego. Colleen się uśmiechnęła.
– Wszystkiego najlepszego, Leo. Nie ma konkretnej okazji oprócz naszego poznania się. – Po tych słowach mnie przytuliła, a jej mąż wręczył mi prezent.
Sztylet raczej nie nadawał się do walki i pełnił funkcję ozdobną. Głownia została nieco wykrzywiona i ozdobiona delikatnym ornamentem. W tym rodzaju broni jelec zwykle jest nieduży, ale w tym wypadku postawiono na wygląd i upodobniono go nieco do jelca bezkabłąkowego. Trzon pokryty był motywem pasującym do tego na głowni. Pięknie wykończenie głowicy stanowił umieszczony w niej szafir.
– Dziękuję – rzekłem, odrobinę wzruszony tym hojnym darem.
Rodzice Mono uśmiechnęli się, a on sam pomógł mi nałożyć pas.
– A teraz powiedz mi, Leo – zagaiła Colleen. – Jak sądzisz, jaki wpływ ma jedzenie na dyplomatów?
Powstrzymując uśmiech, usłyszałem pełne rezygnacji westchnienie Constantina.
– Z pewnością bardzo duży – odparłem z kamienną twarzą, czując na sobie zdradzone spojrzenie ojca Mono.
– A widzisz! – wykrzyknęła Colleen. – Dziękuję ci bardzo, Leo. A my sobie jeszcze porozmawiamy – ostatnie zdanie skierowała do męża, który tylko ciężko westchnął.
– Leonardzie, pozwól na moment – za sobą usłyszałem głos króla i aż przeszedł mnie dreszcz.
Obróciłem się, przełknąłem ślinę i poszedłem za władcą.
– Podobno znikąd pojawiła ci się rana na kostce, tak?
Kiwnąłem głową, a monarcha zamyślił się na moment.
– To może być bardzo dobra wiadomość, Leonardzie. – Zmarszczyłem brwi, a król dokończył. – Chyba już znam truciznę, którą ci podano.
***
Otworzyłem oczy i przeciągnąłem się. Przez moment moje ciało było ogromnie zmęczone i bolały mnie wszystkie mięśnie, lecz po chwili wszystko minęło. Od jakiegoś czasu po przebudzeniu utrzymywał się u mnie taki stan i codziennie trwał odrobinę dłużej, co było bardzo niepokojące. Potrząsnąłem głową. Przecież król wie już co to za trucizna. Teraz może być już tylko lepiej.
Gdy się ubrałem, usiadłem przy stole w pokoju i zacząłem przeglądać papiery z ostatnich lekcji. Budowa miecza, techniki walki, tekst runiczny. Gdy właśnie miałem ponownie zajrzeć do notatek dotyczących galopu, usłyszałem pukanie do drzwi.
– Proszę! – krzyknąłem, a do komnaty wszedł Mono.
– Witaj, Leo, przyszedłem sprawdzić jak się miewasz.
Wzruszyłem ramionami.
– Dzień jak co dzień.
– Chyba zazwyczaj wstajesz wcześniej.
Pokazałem mu język i wróciłem do porządkowania papierów. Mono usiadł na fotelu i spojrzał przez okno.
– Chyba będzie padać – stwierdził.
Ponownie wzruszyłem ramionami.
– Nie zamierzam dziś wychodzić.
– Ty nie, ja też nie, ale Haldir do lasu pojechał.
To mi o czymś przypomniało.
– A właśnie, jak on się miewa po wczorajszym incydencie?
Mono spochmurniał.
– Nadal jest zdenerwowany. W dzień urodzin swojego brata. To trochę smutne.
– A co z Meredith i Caroline?
– Wyjechały dziś rano.
– Myślisz, że gdyby się bardziej postarały, naprawdę mógłby którąś z nich pokochać? – To pytanie nurtowało mnie od jakiegoś czasu.
Mono spojrzał przez okno.
– Chyba nie jest jeszcze zdolny do tego typu uczuć.
Zmarszczyłem brwi.
– Co oznacza, że „jeszcze nie jest”?
Mono spojrzał na mnie, a w jego oczach ujrzałem bezbrzeżny smutek.
– Haldir jest wdowcem.
Zatkało mnie.
Wybałuszyłem oczy na przyjaciela i przez moment zapomniałem o oddychaniu. Zamrugałem kilkakrotnie oczami i potrząsnąłem głową.
– Słucham? – Tylko tyle byłem w stanie z siebie wykrztusić.
– Wiem, że o tym nie wiedziałeś. To temat tabu. O tym się nie mówi. Dlatego nie wspominaj mu, że ci powiedziałem.
Kiwnąłem głową, bo na więcej nie było mnie stać.
Mono znów spojrzał przez okno, a w jego oczach przez moment dostrzegłem łzy.
– Początkowo nie było to małżeństwo z miłości, tylko sojusz pomiędzy Whitemount a Halenhill, pobliskim państwem. Haldir jest pierworodnym króla, dlatego było jasne, że to na niego wypadnie. On i Clarice bardzo się lubili i nie mieli nic przeciwko małżeństwu. Po jakimś czasie widać było, że jednak się w sobie zakochują. Przeżyli ze sobą naprawdę dobre lata. Wszyscy uwielbiali Clarice, była naprawdę ciepłą i delikatną osobą. Niestety podczas podróży do Naunarom miejscowi rabusie napadli orszak, w którym jechali Haldir i Clarice. Clarice zginęła. – Słychać było, że Mono coś ścisnęło za gardło, gdy to mówił. Przełknął ślinę i kontynuował. – Rozejm z Halenhill szlag trafił i przez wiele lat mieliśmy napięte stosunki. Dopiero niedawno się trochę złagodziły. Zarówno Haldir, jak i my wszyscy bardzo przeżyliśmy śmierć Clarice. Oczywiście Haldir najbardziej… Zwłaszcza, że… –  Mono przerwał.
– Tak?
Elf westchnął.
– Clarice była w ciąży. W czwartym miesiącu.
Łzy, które wcześniej zbierały mi się w oczach, po tych słowach spłynęły po policzkach.
– Gdzie jest pochowana? – spytałem półgłosem po długiej ciszy.
– Tutaj, w Whitemount.
– A-A kiedy to się wydarzyło?
– Za kilka miesięcy będzie czterdziesta ósma rocznica jej śmierci – odparł grobowym głosem Mono.
– A ile lat… Ile lat byli małżeństwem?
– Dwadzieścia siedem.
Potrząsnąłem głową.
– Będę potrzebował czasu, żeby to przyswoić.
– Wiem – odparł Mono. – Dlatego ja już pójdę.
Elf wstał i skierował się do wyjścia. W drzwiach przystanął i rzekł:
– Nie mów mu.
Kiwnąłem głową, po czym zostałem sam z własnymi myślami.
***
Wiał porywisty wiatr, a ja szczelniej opatuliłem się płaszczem. Dygotałem z zimna. Na ziemię zaczęły spadać pojedyncze krople. Świetnie. Niech jeszcze zacznie padać. Dzięki Stwórco.
Gdy doszedłem do małego budynku z wyglądu przypominającego kapliczkę, odetchnąłem z ulgą. Budowla była cała biała, a u wejścia stały dwie wysokie kolumny. Portyk był udekorowany wieloma zdobieniami tudzież rzeźbami. Attyka w kształcie spłaszczonego trójkąta była przyozdobiona licznymi scenami batalistycznymi. Wszedłem po schodach i przyjrzałem się drzwiom. Dwuskrzydłowe, ze złotymi ornamentami i wyrzeźbionymi w nich rysunkami. Pchnąłem je mocno – na szczęście ustąpiły.
We wnętrzu mauzoleum panował lekki półmrok. Podłoga z terakoty układała się w zawiłe wzory. Gdy wchodziło się głębiej, można było zauważyć kolorowe witraże, które wpuszczały nieco światła. Niemalże cały sufit zajmowały freski. „Sklepienie krzyżowo-żebrowe” – pomyślałem. – „Czasem jednak warto uważać na plastyce.” Znajdowały się tu liczne kolumny, a pomiędzy nimi zauważyłem sarkofagi. Ruszyłem w głąb, podziwiając bogactwo architektury. Gdy znalazłem ostatnią trumnę, zatrzymałem się.
Był on zrobiony z jasnego marmuru, gdzieniegdzie przyozdobionego motywami florystycznymi. Przed nim stała mała tabliczka z szarego kamienia. Patrzyłem na nią smutno, a w oczach znów zakręciły mi się łzy.
Zadrżałem i opatuliłem się szczelniej płaszczem. Chłód kamiennych ścian przenikał mnie do szpiku kości. Usiadłem pod kolumną i tępo wpatrywałem się w sarkofag Clarice. Tak się zamyśliłem, że straciłem poczucie czasu. Ocknąłem się z letargu dopiero, gdy w całym mauzoleum rozległ się odgłos kroków. Wstałem i wtedy zorientowałem się, że moje mięśnie totalnie zesztywniały i prawie nie dałem rady się ruszyć.
– Co tu robisz? – Gdy to usłyszałem, zdjęło mnie przerażenie. On był ostatnią osobą, którą chciałem tu spotkać.
Spojrzałem na Haldira.
– A ty? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
– Byłem pierwszy.
– Ale ja tu byłem pierwszy.
Książę prychnął.
– Przyszedłem cię szukać. Nie mogliśmy cię nigdzie znaleźć, a to nie jest najlepsza pogoda na samotne wędrówki.
– Ale skąd wiedziałeś, że będę akurat tu?
– Mono o tym pomyślał. Wiem, co ci powiedział.
Mimowolnie mój wzrok powędrował ku sarkofagowi Clarice.
– Przykro mi – wyrwało mi się.
– Wiem – odparł cicho Haldir. – Jak każdemu. Ale i tak nikt nic nie może zrobić.
– Mi zmarł tylko pies.
Haldir spojrzał na mnie, po czym zaczął się śmiać, a jego śmiech odbił się echem od kamiennych ścian.
– Mi też. – Książę poklepał mnie po ramieniu. – Chodźmy stąd.
Ruszyliśmy do wyjścia. Gdy schodziliśmy po schodach, kątem oka ujrzałem jak Haldir ociera pojedynczą łzę, która spłynęła mu po policzku.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Elf 27

Włożyłem ten sam strój, który miałem na sobie na balu, czyli bordowy surdut z pozłacanymi klamrami. Spróbowałem doprowadzić się do względnego porządku, lecz po kilku minutach z głębokim westchnięciem z tego zrezygnowałem. Rzuciłem swojemu odbiciu zrozpaczone spojrzenie, po czym wyszedłem z komnaty.
Rozejrzałem się, a następnie ruszyłem przed siebie, wypatrując Mono, który miał po mnie przyjść. Gdy usłyszałem głośny okrzyk „Do boju Whitemount!” od razu wiedziałem, kto się zbliża.
– Witaj, Mono – powiedziałem, odwracając się w jego stronę.
– Witaj, dzielny rycerzu! Gotowy do boju?
Spojrzałem na niego z politowaniem i kiwnąłem głową. Elf odwrócił się i żwawym krokiem ruszył w stronę sali balowej, a ja z pośpiechem potruchtałem za nim. Gdy dotarliśmy na miejsce, ujrzałem mnóstwo osób siedzących przy stołach.
– Kameralnie czyż nie? – mruknąłem do Mono.
– Idzie się przyzwyczaić – odparł elf z lekkim uśmiechem.
Byłem pod wrażeniem wystroju sali balowej. Wyglądała zupełnie inaczej niż poprzednio. Pod sufitem kołysały się liczne kandelabry, a zwieszające się z nich wisiorki z kryształowego szkła rozszczepiały światło, co dawało niesamowity efekt. Na środku sali stało pięć stołów zastawionych jedzeniem, z dostojnymi nakryciami ze srebra. Tym razem nie pozostawiono miejsca na parkiet, za to orkiestra znajdowała się w tym samym miejscu co poprzednio. Na stołach stały świeczniki, a na ścianach wisiały kinkiety, dzięki czemu sala była dobrze oświetlona. Tron pozostał  na swoim miejscu, a parę metrów przed nim zaczynał się środkowy stół, u którego szczytu ustawiono dwa nieco wyższe i dostojniejsze krzesła dla pary królewskiej, a po bokach odrobinę niższe dla książąt. Na ścianach wisiały liczne girlandy z różnokolorowych kwiatów, które oświetlane złotawym blaskiem świec, wyglądały niesamowicie. Przy ścianach w równych odstępach ustawione zostały donice z przeróżnymi roślinami. Jedne były wysokie na kilka metrów, a inne niemalże niewidoczne obok swych wielkich kolegów. Po bokach tronu stały sztandary z różnymi herbami i godłami. Zasłony w oknach zmieniono z błękitnych na czerwone, lecz tak samo jak poprzednio, okna były zasłonięte. Po ścianach porozwieszane zostały kolorowe chorągiewki, w niektórych miejscach lekko drgające, z powodu uchylonych gdzieniegdzie okien.
Gdy już skończyłem przyglądać się wystrojowi sali, rozejrzałem się, szukając znajomych twarzy. Przy jednym z okien ujrzałem Ligolisa rozmawiającego z dwoma mężczyznami. Miał na sobie błękitny kaftan z licznymi haftami, klamrami oraz ogromną ilością złotych guzików. Czarne spodnie wetknięte były w wysokie buty tego samego koloru. Jego włosy zostały zaczesane do tyłu, a na głowie miał delikatny srebrny diadem z błękitnym klejnotem pośrodku. Nieco dalej zauważyłem jego brata, który wyglądał bardzo podobnie, z tą różnicą, że jego kaftan był granatowy. Rozmawiał z królem, który miał na sobie to samo, co na balu, czyli fioletowy płaszcz z gronostajów. Mono poprowadził mnie w ich stronę, a mnie zmroziło, gdyż zrozumiałem, że będę siedział niemalże u szczytu środkowego stołu. Podeszliśmy do kobiety w pięknej jasnozielonej sukni i mężczyzny, który miał na sobie fioletowy surdut.
– Ależ Constantin, przecież wiesz, że tak nie można. Nie możesz być dobrym dyplomatą, jeśli nie chcesz jeść.
– Kochanie, czy naprawdę uważasz, że jedzenie jest niezbędne do bycia dobrym dyplomatą?
– Ależ oczywiście. Składniki odżywcze zawarte w jedzeniu dobrze wpływają na mózg, co powodu…
– Mamo, tato – przerwał im Mono. – Chciałbym wam kogoś przedstawić.
Jego rodzice jednocześnie spojrzeli na niego, po czym przenieśli swój wzrok na mnie.
– Mono, nie mów tego tak oficjalnie, bo zawsze mam nadzieję, że w końcu zamierzasz nam przedstawić swoją narzeczoną – rzekła kobieta.
Mono westchnął, lecz nic na to nie odpowiedział.
– To jest Leo – oznajmił, po czym odwrócił się do mnie. – Leo, to moi rodzice – Colleen i Constantin.
– Witaj Leonardzie. – Ojciec Mono uścisnął mi dłoń na powitanie. – Miło mi cię poznać.
– Mi pana również. – Uśmiechnąłem się.
– Cieszę się Leo, że wreszcie cię spotkałam – rzekła matka Mono, po czym podeszła i mnie przytuliła.
– O, jest i nasz solenizant – zawołała po chwili. – Chodź Haldirze, chodź.
Starszy książę podszedł do nas z uśmiechem, a ja zorientowałem się dopiero teraz, że klejnot w jego diademie był granatowy. Nie wiem czemu, ale myślałem, że będzie tego samego koloru co u Ligolisa.
– Witajcie. Jak nastroje? – zapytał.
– Wyśmienicie – odparł Constantin.
 Colleen prychnęła.
– Wyśmienicie. Oczywiście. Ale jeść to nie chcesz.
– To wcale nie tak – odparł jej mąż. – Po prostu nie chcę jeść tego co ty mi nałożysz na talerz, ponieważ wiem, iż będzie tego za dużo.
– Ale za to będzie to dla ciebie najlepsze, mój drogi.
– Apolilise, kochana, miło cię widzieć! – zawołał nagle Constantin, odwracając się od żony, na co ta tylko ciężko westchnęła.
Mono zaśmiał się, a ja spojrzałem na królową. Miała na sobie szeroką białą suknię z licznymi falbankami i haftami. Korona na jej głowie lekko połyskiwała w blasku świec.
Wszyscy zaczęli rozmawiać, a ja miałem ochotę uciec do mojej komnaty i przesiedzieć w niej cały wieczór. Niestety wiedziałem, że nie było mi to dane, więc postanowiłem się czymś zająć. Odszukałem wzrokiem Ligolisa i ujrzałem, że rozmawia ze swoją siostrą. Liliami również wyglądała zjawiskowo – miała na sobie długą ciemnozieloną suknię z licznymi zdobieniami, na ramionach jasnoróżowy szal, a na głowie diadem z klejnotem tego samego koloru co chusta.
Nagle poczułem czyjąś dłoń na ramieniu, a gdy się odwróciłem, ujrzałem Haldira.
– Jak się czujesz? – zapytał.
– Ja? Ależ wyśmienicie. – Gdy Haldir uniósł z powątpiewaniem brwi, ciężko westchnąłem. – Totalnie nie wiem co robić.
– Spokojnie, odnajdziesz się.
– Szczerze w to wątpię – mruknąłem.
– Muszę cię na chwilę opuścić – rzekł starszy książę.
– Ale jesteś pewien, że musisz? – W towarzystwie znajomych osób czułem się znacznie pewniej.
Haldir niestety pokiwał głową i odszedł. Westchnąłem. Po kilku minutach tuż obok mnie pojawił się jego brat, a ja zupełnie nie wiedziałem skąd się tam wziął.
– Chodź ze mną, musisz kogoś poznać – rzekł, a następnie pociągnął mnie za rękaw.
Siłą woli zdusiłem jęk i bez słowa poszedłem za nim. Zatrzymaliśmy się przy jego ojcu i jakimś mężczyźnie, którzy od razu nas zauważyli.
– O, jest i Leonard. Świetnie – stwierdził król, po czym zwrócił się do mężczyzny obok. – Siliornie oto Leonard, o którym ci mówiłem. – Odwróciwszy się do mnie, dodał: – Leonardzie oto mój dobry przyjaciel Siliorn, pan na zamku Siletis..
Siliorn wyciągnął dłoń w moją stronę, a ja ją uścisnąłem.
– Miło mi cię poznać, chłopcze.
– Mi pana również. – Uśmiechnąłem się.
Następnie przedstawiono mi również władców innych pobliskich, jak i dalszych, krain, dyplomatów, przyjaciół rodziny, szermierzy, rycerzy, nauczycieli i sam nie wiem kogo jeszcze. Od tych wszystkich nazwisk i słów „Miło mi cię poznać” tak zakręciło mi się w głowie, że aż musiałem usiąść. Zostałem przedstawiony jako „zagubiony chłopiec, który być może zostanie w naszej rodzinie na dłużej”. Doszedłem do wniosku, że większej głupoty wymyślić nie mogli.
Po tym, iż większość gości już siedziała, poznałem, że zbliża się rozpoczęcie.
Nie myliłem się. Niedługo potem król stanął na podeście i, gdy wszyscy ucichli, przemówił.
– Witam was wszystkich bardzo serdecznie! Dziękujemy wam za tak liczne przybycie. Jak wszyscy wiecie, zebraliśmy się tu po to, by świętować urodziny moich dzieci. W tym roku mój najmłodszy syn Ligolis kończy tysiąc dwieście lat! Z tej okazji przygotowaliśmy dla was małe podarunki, mamy nadzieję, że się wam spodobały.
Spojrzałem pytająco na Mono, siedzącego obok mnie.
– A, jakieś tam bibeloty. Król to wymyślił, żeby zyskać w oczach innych i uczcić jeszcze bardziej urodziny Ligolisa – szepnął.
Tymczasem król kontynuował:
– Zapewniam, iż ucztę przygotowali najlepsi kucharze w całym królestwie. Życzę wszystkim smacznego i zapraszam do ucztowania na cześć moich dzieci!
Rozległy się oklaski, a tuż po nich gwar rozmów. Następnie wszyscy zaczęli robić to, na co najbardziej czekałem – jeść.
Długo nie działo się nic szczególnego, tylko rozmawialiśmy, kosztowaliśmy potraw i śmialiśmy się. Po pewnym czasie przyjęcie zaczęło się trochę rozkręcać z powodu ponczu, który stał na stole. Ja się delektowałem tym trunkiem w wersji bezalkoholowej, co dawało mi jasny podgląd na obecną sytuację. Po jakimś czasie rozochocone towarzystwo powstawało z krzeseł, pozamieniało się miejscami, a niektórzy nawet zaczęli chodzić po sali. Ja natomiast grzecznie siedziałem przy stole i jadłem przepyszną potrawy, w tym tartę warzywną.
Do czasu.
Gdy właśnie miałem nałożyć sobie na talerz kolejny kawałek wyśmienitego ciasta z jabłkami, zauważyłem zbliżającego się Michaela. Wstałem więc od stołu i wyszedłem mu na spotkanie.
– Witaj Michaelu, jak ci się podoba uczta? – przywitałem się.
– Niesamowita! – wykrzyknął chłopak, a ja miałem wrażenie, że zrobił to ciut za głośno. Na ostatniej prostej zatoczył się i, by nie upaść, otoczył mnie ramieniem. No tak. Jest pijany.
– Wiesz co, Leo? – zaczął Michael.
– Tak?
– Jak ja cię spotkałem… To odzyskałem nadzieję.
– A straciłeś ją kiedyś?
Chłopak potrząsnął głową.
– Nie. Nigdy.
W ciul pijany.
– Miło mi – odparłem i posadziłem go na pobliskim krześle.
– Widzisz tamtą dziewczynę, Leo? – spytał Michael, wskazując ręką bliżej nieokreślony kierunek. Na wszelki wypadek kiwnąłem głową. – Jest bardzo ładna. Podoba mi się.
– To do niej zagadaj.
– Ależ już to zrobiłem. Ale ona ma chłopaka.
– No, to niestety nie możesz rozwalić ich związku. – Wzruszyłem ramionami.
– Właśnie chodzi o to, że mogę, ale nie chcę.
Przygryzłem wargę, powstrzymując uśmiech.
– Jestem rycerzem, szlachetnym rycerzem. Nigdy bym nie skrzywdził niewinnego obywatela.
– Cieszę się – odparłem, starając się utrzymać kamienny wyraz twarzy.
– Więc co mam teraz zrobić? – Michael spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.
– Myślę, że powinieneś poszukać innej. Tu jest naprawdę sporo ładnych dziewczyn.
Michael powoli pokiwał głową, analizując otrzymane informacje.
– A więc ruszam na łowy! – wykrzyknął, wstał gwałtownie i chwiejąc się, powędrował w tłum.
Przytrzymałem krzesło, by nie upadło i uśmiechnąłem się. Usiadłem z powrotem do stołu i zjadłem kawałek wspomnianego wcześniej ciasta. Delektowałem się entym kawałkiem, gdy zobaczyłem, że Michael wraca. Zawczasu przygotowałem mu siedzenie, na które teraz ciężko opadł. Westchnął.
– Wiesz co, Leo? Mam wrażenie, że nigdy mi się nie uda znaleźć tej jedynej.
Widziałem w jego oczach głęboki smutek i zrobiło mi się go żal. Poklepałem go po ramieniu.
– Nie martw się, jestem pewien, że kiedyś ją znajdziesz. A tymczasem delektuj się pysznym jedzeniem – mówiąc to, podsunąłem mu pod nos ciasto z truskawek, na co Michael zareagował bardzo entuzjastycznie i natychmiast zaczął pałaszować. Uśmiechnąłem się.
– I myślę, że powinieneś wytrzeźwieć.
– Ja nie piłem już od jakichś trzech godzin!
– Przyjęcie trwa od półtorej.
Michael spojrzał na mnie skonsternowany.
– No co ty gadasz!
Pokiwałem głową.
– Bzdury – burknął rycerz, zatapiając zęby w serniczku.
Uśmiechnąłem się.
Po jakimś czasie Michael znów się oddalił, a ja postanowiłem poszukać kogoś znajomego. Po zręcznym lawirowaniu między istotami, wpadłem na Ligolisa.
– Witaj, Ligolisie! Gdziekolwiek idziesz, idę z tobą.
Książę zaśmiał się.
– Proszę cię bardzo.
Idąc, przyjrzałem się przedmiotowi, który trzymał w ręce. Był cały z brylantów i odbijało się w nim światło świec.
– Czy to naszyjnik?
Ligolis kiwnął głową.
– Dla Liliami.
Po kilku minutach odnaleźliśmy ją w tłumie. Stała z kieliszkiem w ręce, wyraźnie zamyślona.
- Witaj, siostro – rzekł Ligolis.
Księżniczka zamrugała oczami, po czym się uśmiechnęła.
– Witaj, Ligolisie.
– Chciałbym ci złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji twoich dzisiejszych urodzin, księżniczko – powiedział z uśmiechem, wyciągając naszyjnik w jej stronę.
Kobieta westchnęła z zaskoczenia i spojrzała na brata.
- Dziękuję. Chociaż to ty tutaj jesteś w centrum uwagi.
Ligolis potrząsnął głową.
– Dziś są twoje urodziny – odparł z naciskiem.
Kobieta spojrzała na niego z uczuciem, po czym obróciła się, by mógł założyć jej naszyjnik. Gdy skończył, wzięła do ręki największy z brylantów i przyjrzała się mu.
– Są piękne – stwierdziła.
Następnie przytuliła brata i powiedziała mu coś na ucho.
Przyglądałem się tej scenie oczarowany. Zachwyciło mnie z jakim szacunkiem i elegancją ci dwoje się traktują.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że Liliami coś do mnie powiedziała.
– Przepraszam, możesz powtórzyć?
– Pytam jak się bawisz.
– Wyśmienicie – odparłem i w tym samym momencie poczułem jak nogi mi miękną. Zachwiałem się, a obraz zaczął mi się rozmazywać. Próbowałem utrzymać równowagę, lecz świat zaczął wirować. Ostatnim co zarejestrowałem przed zapadnięciem się w ciemność, był przeszywający ból w klatce piersiowej.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Internetowe znajomości

Gdy byłam mała dorośli często ostrzegali przed nieznajomymi. Gdy internet stawał się coraz bardziej popularny wśród dzieci i młodzieży, zaczęto zwracać również uwagę na znajomości internetowe. Były komiksy, filmiki, opowieści o tym, jak to ktoś, kogo poznało się przez internet, w rzeczywistości był kimś zupełnie innym - gorszym.
Czy nadal myślimy tak stereotypowo o znajomościach internetowych? W czasach, gdy w sieci udostępnia się tyle zdjęć, filmów, informacji na swój temat? Teraz, gdy poznajemy kogoś przez internet łatwiej jest nam czegoś się o tej osobie dowiedzieć. Kiedyś nie udostępniało się tylu informacji o sobie, jak dzisiaj. I trudniej jest żyć w takich czasach internetowym naciągaczom. Mało kiedy spotykamy się z przestrogami na temat spotkań z nieznajomymi. Dlaczego? Moim zdaniem coraz mniej ludzi decyduje się na takie spotkania.
Dlaczego w ogóle poznajemy ludzi przez internet?
Często jest to uwarunkowane poszukiwaniem osób o takich samych zainteresowaniach. Dużo łatwiej znaleźć takich ludzi w sieci niż wokół siebie. W realnym życiu nie wpiszemy szukanych haseł w wyszukiwarkę.
Często trafiamy na różne grupy czy fora, gdzie możemy porozmawiać popisać z innymi o tym, co nas kręci. Czasami skutkuje to przeniesieniem się na czaty, z jedną osobą, kilkoma bądź kilkunastoma. Zaczyna się te osoby poznawać, nie tyle przez typowe przedstawianie się, o ile przez zwykłe rozmowy. Zazwyczaj przy przedstawianiu się nie przychodzą nam do głowy rzeczy typu "Fascynują mnie relacje międzyludzkie" lub "Jestem dumna, że moje liceum jest imienia Powstańców Wielkopolskich". Takie rzeczy wychodzą w trakcie, a dzięki nim głębiej poznajemy osobę niż poprzez typowe "Mam 17 lat" czy "Mieszkam w Warszawie".
Naturalne jest, że po pewnym czasie pragniemy spotkać tę osobę na żywo. Gdy jesteśmy z tego samego miasta z pewnością przychodzi to łatwiej niż gdy mieszkamy po dwóch różnych stronach Wisły. Jednak, gdy bardzo nam na tym zależy/sprzyja nam szczęście, nawet gdy dzieli nas 497km, udaje nam się spotkać. Czasem jest to prawie przypadkowe spotkanie, graniczące z cudem, a zarazem chwilowe, lecz innym razem jest ono dłuższe i zaplanowane.
Co wtedy?
Czy potrafimy z taką osobą rozmawiać? Przecież dotychczas tylko pisaliśmy ze sobą, a teraz mamy porozmawiać twarzą w twarz?


Często na początku ciężko nam dobrać słowa, nie wiemy o czym rozmawiać, wszystkie wspólne tematy gdzieś wyparowały.
I co w takiej sytuacji zrobić? Poczekać. Aż coś do głowy przyjdzie. Druga osoba zrozumie ciszę, ma przecież takie same problemy. Ciekawym sposobem jest również powtarzanie "Ładna pogoda". Zawsze coś z tego wyjdzie.
Czy później jest jakaś różnica w rozmowie internetowej? Nie. Zazwyczaj nie ma. No bo jaka miałaby być?
Z każdym kolejnym spotkaniem czujemy się coraz lepiej w swoim towarzystwie, coraz swobodniej i pewniej. Możemy godzinami rozmawiać, a i tak czasu będzie za mało. I tak każde spotkanie, choćby trwało kilka godzin, jest za krótkie. Bo żegnając się, wiesz, że nie zobaczysz tej osoby na żywo prawdopodobnie przez kilka kolejnych miesięcy. Bo mimo wszystko rozmowa przez internet to nie to samo.
Jakie może być jedno z wielu następstw takiej znajomości?
Wspólne wakacje.
Co jeśli postanowicie spotkać się razem w wakacje? Co jeśli uda Wam się to zorganizować? Co jeśli siedząc razem na łóżku, będziecie zastanawiać się, jakim cudem Wasze drogi poprowadziły Was takimi ścieżkami, że wszyscy doszliście do tego momentu?
Wtedy pozostaje się tylko cieszyć i jak najlepiej wykorzystać wspólny czas.

Post trochę nieskładny, ale to wina godziny. (ta, jasne)

Post ten dedykuję pięciu wyjątkowym osobom: Siu, Zią, Apy, Ciapciakowi oraz Empe. (jeśli to czytacie to wow, ja w szoke) Po trochu także innym osobom, które poznałam w sieci, a z którymi jakiś tam kontakt nadal utrzymuję.

Strucle, wiedzcie, że włączenie się w tamtą rozmowę w komentarzach było jedną z najlepszych decyzji w moim życiu. Znajomość z Wami sprawiła, że moje życie stało się piękniejsze, pełniejsze i przede wszystkim - o wiele ciekawsze. Jesteście osobami, do których zawsze mogę napisać i najpewniej ktoś z Was będzie (ta, łudź się dalej). Dziękuję za ŚDM, dziękuję za Targi w Krakowie oraz Warszawie, dziękuję za Lednicę, a przede wszystkim - dziękuję za te sześć dni spędzonych z Wami, Siu i Zią. Dziękuję za wspólne oglądanie, za spacery, za struclę, za Escape Room, za miód (Zią) i za wszystko inne. Nawet za te kilka spin (czy tam jedną). To był naprawdę wspaniały, niezapomniany i niesamowity czas.

Do reszty - musimy nadrobić spotkania (Apy!).

Siu i Zią - do zobaczenia w listopadzie. To będzie naprawdę niezwykły koncert - nie dość, że Accantus Symfonicznie to jeszcze z Wami u boku.

Do zobaczenia, kiedyś na pewno!

Na koniec pozdrawiam serdecznie również Fobosa z bloga http://maskazycia.blogspot.com/, z którą jakiś tam kontakt utrzymuję już od ponad pięciu lat.

Do napisania!

P.S. Znikam na 14 dni na obóz harcerski, także brak postów w tym okresie jest usprawiedliwiony.

piątek, 4 sierpnia 2017

Jak ten czas mija, czyli piąte urodziny bloga.

Juhu!

Byłam na obozie tanecznym, także szczerze przyznam nawet zapomniałam o tych urodzinach. Ale oto 27 lipca 2017 roku mój kochany blog skończył już pięć lat! Happy birthday!

Jeju, jak ten czas mija. Chociaż fakt, że czasy, gdy zakładałam tego bloga, gdy jeszcze utrzymywałam kontakt z osobami z vj wydają mi się tak odległe.

W ciągu tych kilku lat wydarzyło się tyle rzeczy, a moje życie zmieniło się niewyobrażalnie. Czasami trudno mi uwierzyć, jak ten czas mija i ile może się zdarzyć w ciągu zaledwie jednego roku. Tęsknię za niektórymi czasami, osobami. I powiem Wam, że gdybym mogła wróciłabym tam. Mimo tylu rzeczy, które wydarzyły się o teraz.

Czuję, że z tych zmieszanych różnych emocji, których nawet nie potrafię nazwać, piszę jakiś bełkot, także już skończę. Na razie żegnam się z Wami, a jutro łapcie konkretniejszego posta.

I życzę Wam, byście nie żałowali niektórych chwil, momentów, decyzji tak jak ja.

A tymczasem łapcie Klaudię Antos. <3


piątek, 30 czerwca 2017

Elf 26

- Żądam wizyty z królem! – zdenerwował się Haldir.
- Zabronił nam kogokolwiek wpuszczać – zaprotestował strażnik po raz trzeci.
- A co mnie to, do białej saeny, obchodzi! – krzyknął książę i gwałtownie odepchnął strażników na bok. Zdumieni jego zachowaniem nie zaprotestowali, a ja wykorzystałem sytuację i przemknąłem między nimi, by podążyć za Haldirem, który właśnie zmierzał do drzwi. Gwałtownym ruchem je otworzył i wszedł do środka. Cicho podreptałem za nim i stanąłem z boku.
Zdziwiony król uniósł na nas wzrok. Razem z żoną siedzieli przy stole, a między nimi leżał plik kartek.
- Ja rozumiem, że je… – zaczął król, lecz Haldir natychmiast mu przerwał:
- Do stu tysięcy morduków, my tu mamy poważny problem, a ty zabraniasz ludzi wpuszczać! – krzyknął, na co król zrobił zdezorientowaną minę.
Książę żwawo podszedł do stołu.
- Czy ty nie powinieneś być na zajęciach, Haldirze? – zauważyła przytomnie królowa.
- Przerwałem je. W lesie był morduk. Zaatakował nas.
- A co wy robiliście w lesie? – Król zmarszczył brwi.
- To na razie nieważne. Coś tu się dzieje niedobrego, ojcze.
- A co on tu robi? – spytała królowa, patrząc na mnie.
- To też już inna historia. Musimy zwołać naradę. Tam wszystko opowiem.
Władcy spojrzeli po sobie, po czym kiwnęli głowami. Usatysfakcjonowany Haldir rozluźnił się, kazał mi iść do komnaty, a następnie sam wyszedł i udał się w niewiadomym mi kierunku.
*
Patrzyłem w ścianę, a przez moją głowę przebiegało tysiąc myśli naraz. Miałem tyle problemów, kłębiących się w moim umyśle, że nie wiedziałem, który wykańcza mnie najbardziej. Wychodząc z komnaty, zapominałem o kłopotach, lecz gdy tylko zostawałem sam, atakowały mnie na nowo.
Aktualnie trwały przygotowania do przyjęcia z okazji urodzin rodzeństwa, więc wolałem zostać u siebie, by nikomu nie zawadzać. Po przerwaniu zajęć książąt w poprzednim tygodniu, zwołano naradę złożoną z samych wysoko postawionych ludzi. Później Haldir kazał mi nic nie mówić o tym co się wydarzyło, a najlepiej zapomnieć o całym zajściu. Zgodziłem się, choć wyrzucenie tamtego zdarzenia z pamięci było wręcz niewykonalne.
Po kilku dniach książęta skończyli wspólne zajęcia i porozjeżdżali się z powrotem do swych włości. Zostały tylko Meredith i Caroline pod pretekstem, iż chcą uczestniczyć w przyjęciu. Ostatnie dwa dni ograniczały się głównie do składania życzeń, nic nadzwyczajnego. Z tego, co zdążyłem się zorientować, prezenty nie były tutaj na porządku dziennym. Nie dziwiłem się temu jednak – elfy żyją tysiące lat, gdyby co roku dostawały prezenty, po krótkim czasie miałyby nadmiar zbędnych bibelotów.
Mono zdradził mi kilka podstawowych informacji o rodzeństwie. Różnica wieku między Ligolisem, a Liliami wynosiła dwadzieścia pięć, tak samo między Liliami a Haldirem. Oznaczało to, iż braci dzieliło pięćdziesiąt lat. W tym roku Ligolis obchodził swoje tysiąc dwusetne urodziny. Po tej rozmowie potrzebowałem czasu, by przyswoić nowe informacje, ponieważ to wszystko wydawało mi się zbyt szalone, by było prawdziwe.
W mojej komnacie rozległo się pukanie. Zdziwiony uniosłem wzrok na drzwi i podszedłem do nich, by otworzyć. Za nimi ujrzałem Mono.
- Witaj Leonardzie! – Pomachał mi wesoło. – Jak się masz? Gotowy?
Westchnąłem.
- Mentalnie bardziej nie będę. Ale to jeszcze nie teraz, prawda?
Mono pokręcił głową.
- Spokojnie, jeszcze nie. Tylko chciałem ci dyskretnie zasygnalizować, że to już niedługo.
Parsknąłem.
- Mistrz dyskrecji z ciebie.
- Wiem, mama mi to zawsze powtarzała, gdy kradłem ciastka z kuchni na jej oczach. – Po tych słowach wyminął mnie i wszedł do komnaty. Zamknąłem za nim drzwi. – Przy okazji chciałem się dowiedzieć czy nie chciałbyś o coś zapytać.
- W sumie… – zastanowiłem się chwilę. – Mam kilka pytań.
- Słucham więc – odrzekł Mono, siadając wygodnie na fotelu i biorąc do ręki ciastko ze stolika.
- Czy ktoś wie, że jestem… no wiesz…
- Z rodziny królewskiej? – dokończył za mnie elf.
Kiwnąłem głową.
- Nie. To jest na razie tajemnica, póki kilka spraw się nie wyjaśni.
- Jakich spraw?
Mono spojrzał na mnie i sięgnął po kolejne ciastko.
- Dotyczących ciebie. I twoich rodziców.
- Ale co się dokładnie stało? Moi rodzice… dlaczego uciekli?
- Sam tego do końca nie łapię, Leo. Dla mnie ta cała sprawa jest totalnie pokręcona. Pamiętam głównie to, że twoja mama w pewnym momencie pokłóciła się z królową, a jakiś czas później… po prostu zniknęli. Nie zostawili listu, nic. Nie było żadnych śladów, które mogłyby nas naprowadzić na jakikolwiek trop. Spakowali część rzeczy i… puf.
- A królowa coś mówiła na ten temat?
- Z tego co mi napomknął kiedyś Ligolis, to sama była zdezorientowana. Właściwie nie do końca wie, o co pokłóciła się z siostrą.
Zmarszczyłem brwi.
- Jak może tego nie wiedzieć?
Mono uniósł dłonie w obronnym geście.
- Mnie nie pytaj.
- A podobno przyszedłeś tu, by odpowiadać na moje pytania – zauważyłem kąśliwie.
- Ale na te, na które znam odpowiedź – odparł Mono.
- Tak? A więc co dziś jadłeś na śniadanie?
- Owsiankę.
- Bardzo pożywnie.
- I smacznie. Była tak dobra, jak u mamy. A, czekaj. Bo zrobiła mi ją moja mama.
- Twoja mama tu jest? – zdziwiłem się.
Mono pokiwał głową.
- I owszem, wrócili z tatą na czas urodzin. Dziś wieczorem ci ich przedstawię. Są bardzo sympatyczni.
- W to nie wątpię. – Uśmiechnąłem się.
- Zresztą, dużo osób dziś poznasz. Na przykład Siliorna, przyjaciela władców. Oraz innych, tych spokrewnionych i tych nie.
Na te słowa mina mi zrzedła.
- Muszę?
Mono roześmiał się.
- Tak, synu, musisz.
Spiorunowałem go wzrokiem.
- No co? Zabrzmiałeś jak dziecko, więc ci odpowiedziałem jak należy.
Westchnąłem.
- Byłbyś beznadziejnym rodzicem. I przestań wyżerać mi ciastka.
Mono zrobił minę niewiniątka i otarł okruszki z ust.
- Jakie ciastka? To tu są jakieś ciastka?
- No właśnie już nie ma, idioto, bo wszystkie zeżarłeś.
- Więc czym ty się martwić? Przecież już ci ich nie zjem.
Spiorunowałem go wzrokiem, lecz on mnie zignorował. Wstał, ziewnął i przeciągnął się.
- No, to ja już pójdę. Muszę się jeszcze przygotować.
Uniosłem brwi.
- Przygotować? Czyli?
- Ah, no wiesz. Przypudrować nosek, te sprawy.
Parsknąłem śmiechem.
- A no przecież.
Mono posłał mi uśmiech i ruszył do drzwi.
- A gdzież zniknęli nasi bracia? – spytałem, gdy już trzymał rękę na klamce.
Elf odwrócił się w moją stronę i odrzekł:
- Przeżywają istne katusze.
Gdy uniosłem brwi w niemym pytaniu, dodał:
- Musieli dać się służącym uszykować do przyjęcia.
Zaśmiałem się, a Mono wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Zamyślony opadłem na kanapę. Dziwnie się ostatnio czułem. Jakby całe moje wcześniejsze życie nie istniało. Nie wiedziałem co było prawdą, a co nie. Postacie moich rodziców, wyłaniające się z opowieści elfów, wyglądały zupełnie inaczej niż te, zapamiętane przeze mnie z dzieciństwa. Nie wiedziałem już, które były prawdziwe. Potrząsnąłem głową. Takie rozważania nic mi nie da…
Poczułem taki ucisk w klatce piersiowej, że nawet nie dokończyłem myśli. Krzyknąłem, skuliłem się z bólu i upadłem na ziemię. Atak był jednorazowy, ale tak potężny, że jeszcze chwilę leżałem na ziemi. Potem wstałem i, z odrobinę zamglonym wzrokiem, ruszyłem ku drzwiom. Musiałem udać się do króla, chociaż nie wiedziałem czy w obecnej sytuacji mi się to uda.
Idąc, odzyskiwałem powoli siły, więc wchodzenie po schodach szło mi już całkiem sprawnie. U ich szczytu napotkałem strażników.
- Mógłbym zobaczyć się z królem?
- Przykro mi, ale to niemożliwe.
- To bardzo ważne – spróbowałem.
- Każdy tak mówi – odparł strażnik.
Westchnąłem i już miałem zrezygnować, gdy usłyszałem głos:
- Coś się stało, Leo?
Podniosłem wzrok i ujrzałem królową, idącą w naszą stronę.
- Pani. – Ukłoniłem się lekko. – Chciałbym porozmawiać z królem. Czy to możliwe?
- Chodź ze mną – odparła królowa i zeszła po schodach. Ruszyłem za nią.
- O czym chciałeś z nim porozmawiać? – spytała po chwili milczenia.
- Niedawno odczułem mocny ból w klatce piersiowej. Król prosił mnie, bym go informował o każdym objawie.
Królowa zmarszczyła brwi.
- To naprawdę niedobrze – mruknęła.
„No co wasza wysokość nie powie” – pomyślałem, lecz nie powiedziałem tego na głos.
- Król ma teraz sporo spraw na głowie, ale jeśli mi się uda to załatwię ci chwilkę na rozmowę z nim.
Podziękowałem skinieniem głowy i układałem to, co powiem królowi. Nawet nie zauważyłem, gdy dotarliśmy pod drzwi sali balowej.
- Morilianor! – zawołała królowa, a jej mąż przerwał rozmowę z jakimś mężczyzną i podszedł do nas.
- Co się stało Apolilise?
- Leo ma do ciebie sprawę.
Spojrzenia pary królewskiej spoczęły na mnie, a ja przełknąłem ślinę i powiedziałem, plącząc się:
- Jakiś czas temu odczułem mocny ucisk w klatce piersiowej i uznałem, że powinienem ci o tym powiedzieć, panie.
- Jak mocny?
- Bardzo mocny.
Król milczał chwilę i w zamyśleniu kiwał głową.
- Dobrze, dziękuję – odparł i odszedł.
Stałem chwilę zdezorientowany i zestresowany, aż królowa dotknęła mojego ramienia i gestem zachęciła mnie, bym za nią podążył. Uśmiechnąłem się z wdzięcznością, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną.
Przez chwilę biłem się z myślami, po czym niepewnie zapytałem:
- Pani… czy… mogę o coś zapytać?
Królowa spojrzała na mnie bystrym wzrokiem i skinęła głową.
- Czy… – Odchrząknąłem nerwowo. – Czy pamiętasz o co się pokłóciłaś z moją matką?
Władczyni przystanęła, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.
- Wiedziałam, że o nią zapytasz. – Westchnęła. – Widzisz Leo, to dosyć skomplikowane. Pamiętam, że nasze relacje w pewnym momencie się oziębiły, choć zawsze miałyśmy ze sobą bardzo dobry kontakt. Kilka dni później pokłóciłyśmy się. Nie jestem pewna o co nam poszło. Mam… mam wrażenie, że ona… podtrzymywała tę kłótnię. Jakby… jakby chciała, byśmy się kłóciły. – Królowa westchnęła i uniosła dłoń do czoła. – Już nie wiem co jest prawdą, a co tylko wymysłem mojej pamięci. Może chcę tak myśleć, by jak najmniej mojej winy było w jej odejściu? Sama nie wiem, Leo. W każdym razie – spojrzała na mnie, a ja ujrzałem, niegdyś głęboko skrywany, ból w jej oczach. – nie myśl o tym, Leo. Bo tutaj i tak nie uzyskasz odpowiedzi.
Po tych słowach odeszła, a ja westchnąłem i w zamyśleniu wróciłem do komnaty. Usiadłem na kanapie i tępo wpatrując się przed siebie, czekałem na rozpoczęcie przyjęcia.