czwartek, 13 czerwca 2013

Nudno O.o

Hejka.

Wybaczcie miii. Jestem na Mistrzostwach EUROPY, a nie Świata. -.-

Śpię na piętrowym łóżku. :D

A oto kłótnia Piotra z Kaspianem z Opowieści z Narnii: Książę Kaspian:

Łucja: Nie udało się?
P: Gadaj z nim.
K: Ze mną? Mogłeś odwołać atak, był jeszcze czas!
P: Przez ciebie już go nie było! Gdybyś trzymał się planu, nasi ludzie by tam nie zginęli!
K: A gdybyśmy zostali tu, w ogóle nie groziłaby im śmierć!
P: Sam nas wezwałeś, pamiętasz?
K: To był mój pierwszy błąd.
P: Nie, była nim myśl, że nadajesz się na władcę.
K: Ej! Ale to wy, nie ja, porzuciliście Narnię.
P: Nie, ty ją najechałeś! Masz do niej tyle samo praw co i Miraz! Ty, on, twój ojciec! Lepiej zostawcie ten kraj w spokoju!

I wtedy oboje przyłożyli sobie miecze do gardeł. :D

Wiem, wiem, chaotyczny ten post, ale mi się nudzi. ;D

Chcielibyście może jakiś opis postaci z Elfa? Albo jej historię? Albo może jakaś podpowiedź wydarzenia albo postaco, którą mogłabym dodać? ;D

Skończyłam "Miasto Popiołów" Cassandry Clare. ;D I będę czytać "Młodego Samuraja: Droga Wojownika", już zaczęłam. ;D

Dobra zaraz idę się myć. Na razie i dobranoc. ;*

P.S. Miałam wstaeić to przy Elfie, ale czasu zabrakło. ;D

wtorek, 11 czerwca 2013

Elf 11


   W całym mieście lało.
   Ludzie chodzili ubrani w płaszcze przeciwdeszczowe i zaopatrzeni w parasole. Niektórzy co chwila włazili w kałuże, by zaraz potem zakląć pod nosem lub pokręcić głową z rezygnacją. Samochody jeździły z dużą prędkością po ulicy rozbryzgując dookoła wodę na zdenerwowanych przechodniów. Ptaki pochowały się w koronach drzew, a psy powchodziły do bud, kryjąc się przed tą ulewą. Niektóre dzieci oglądały krajobraz za oknem, inne siedziały wpatrzone w telewizor, gdzie leciała bajka.
   Krople deszczu rozbijały się o bruk. Pod dom na ulicy Orzeszkowej podjechał czarny samochód. Otworzyły się drzwiczki od strony pasażera i wysiadł z nich mężczyzna ubrany w ciemny płaszcz podróżny jak ze średniowiecza. Rozejrzał się wokoło i naciągnął kaptur na głowę. Spojrzał na stojący przed nim dom, kierując wzrok na okno, w którym paliło się światło. Ujrzał w nim małą dziewczynkę, na oko 8-letnią. Miała blond włosy do pasa i bawiła się lalkami ze starszą kobietą.
   Mężczyzna w płaszczu uśmiechnął się złowieszczo.
   - Wreszcie cię znalazłem - powiedział.
   W tym momencie wszystkie ptaki z pobliskich drzew wzleciały do góry z głośnym okrzykiem i odleciały jak najdalej od tego miejsca.

   Kubeck zbliżał się w moją stronę, nieubłaganie. W ręce trzymał zakrwawiony nóż. Jednak ja wbiłem mu w serce własny. Ten zbladł, zamknął oczy, lecz po chwili je otworzył. Wyciągnął sztylet ze swego ciała. Krzyk uwiązł mi w gardle. Cofnąłem się pod ścianę. Kubeck zbliżył się do mnie z przerażającym uśmieszkiem. Z rany na klatce piersiowej sączyła mu się krew. Przygotował się do ciosu. Dźgnął.

   Obudziłem się zlany potem. Zamiast krzyku z mojego suchego gardła wydobyło się jedynie mdłe charknięcie. Oddychałem ciężko co chwila zerkając z niepokojem w kąty sypialni. Podciągnąłem schowane w pościel kolana pod brodę i oplotłem je rękami. Po policzkach popłynęły mi łzy. Nagle bardzo zapragnąłem być blisko rodziców. Może i teraz niewiele ich obchodziłem, jednak w przeszłości, gdy miałem złe sny, przychodziłem do nich. Mama obejmowała mnie i całowała w głowę, powtarzając, że to tylko wytwory mojej wyobraźni, a tata rozśmieszał nas opowiadając zabawne historyjki lub gestykulując.
   Pomyślałem o Ligolisie i Haldirze, jednak stwierdziłem, że do nich nie pójdę. Stwierdziłem, że lepiej nie zawracać im głowy taką sprawą. Zastanowiłem się nad ich siostrą, jednak tę myśl także odrzuciłem. "Nikt nie może mi pomóc." - pomyślałem z westchnieniem. Ciężko opadłem na poduszki. Leżałem tak, wpatrując się w baldachim. Przed oczami znowu stanął mi obraz martwego Kubecka, więc zakryłem oczy rękami, lecz to nie pomogło. Z braku sił schowałem się pod kołdrę i zacisnąłem powieki. Po raz kolejny ciężko westchnąłem. Leżałem tak, skulony i opadły z sił. Czułem jakby cała energia opuściła moje ciało. Do mojej głowy ciągle trafiały obrazy z dzisiejszej nocy.

   Zabiłem żywego człowieka.
   A można zabić martwego człowieka?
   Jeśli jest wampirem to pewnie tak.
   Ale to wtedy nie jest człowiek, głupku.
   Kim ty w ogóle jesteś?
   Tobą.
   Co? Czyli rozmawiam z samym sobą?
   Dokładnie.
   Co? A jak to niby możliwe?
   To proste. Elfy tak mają. Czasami ujawnia im się drugie ja.
   A skąd ty to wiesz, skoro jesteś mną, a ja tego nie wiem?
   Bo jestem twoim drugim ja. A poza tym już wiesz.
   Spostrzegawczy jesteś.
   Wiem.
   Coś wredne to moje drugie ja.
   Dziękuję.
   To była ironia.
   Najwyraźniej spostrzegawczość mam po tobie. Zresztą masz przepiękny ton odkrywcy.
   Śmieszne. Skoro jesteś mną, ale nie mną, to jakie jest twoje imię?
   Monton.
   Co?
   Żartowałem. Nazywam się Kustosz.
   To też był żart.
   Przecież wiem.
   To powiesz mi wreszcie jak się nazywasz?!
   Spokojnie, bez nerwów. A w ogóle to skąd wiesz, że mam inne imię niż ty?
   Bo wiem. Mów.
   No dobrze, już dobrze.
   Więc?
   Lucas.
   Serio?
   Powiedzmy. Zdradzę ci tajemnicę.
   Jaką?
   Masz drugie imię.
   Co? Niby jakie.
   Flynn.
   Co? Skąd to wiesz?
   Zgaduję, że 'co' to miłość twojego życia. Bo wiem. Zresztą sam je sobie w dzieciństwie wymyśliłeś.
   Zabawne.
   Zdaję sobie z tego sprawę inaczej bym tych słów nie wypowiedział. A poza tym taka jest prawda.
   A ty masz jakieś drugie imię?
   Tak.
   A jakie?
   Sean.
   Ładnie.
   Wiem.
   Widzę, że masz bardzo niskie mniemanie o sobie.
   Mistrz Ironii.
   Dziękuję. Wiesz może coś jeszcze czego ja nie wiem?
   Niezbyt wiele.
   Szkoda.
   Nie jestem wszechwiedzący.
   Zauważyłem.

   Leżałem tak sobie, rozmawiając z własną podświadomością. Nawet nie zauważyłem, kiedy zapadłem w niespokojny sen.

   Kubeck zbliżający się w moją stronę z nożem w ręce. Jego oczy tracące blask. Martwe ciało na podłodze w kałuży krwi. Uczucie strachu i grozy.

   Kiedy się obudziłem, znów zlany potem i ciężko dyszący, świtało. Opadłem wyczerpany na poduszki. Leżałem, a przed oczami przelatywały mi niemiłe obrazy z wczorajszej nocy. Zacisnąłem mocno powieki , próbując się ich pozbyć. Niestety, bez skutku.
   Nagle przypomniałem sobie o moim drugim ja i o naszych nocnych rozmowach. Zastanowiłem się czy to mi się przypadkiem tylko nie przyśniło. Postanowiłem to sprawdzić.

   Hej, jesteś?
   Od dnia twoich narodzin.
   Cieszę się, że cię słyszę.
   To wyjaśnia twoje westchnięcie ulgi.
   Zapewne.
   Chciałeś porozmawiać?
   Jasne. Ostatnim razem to mnie odciągnęło od złych myśli.
   Jesteś szczery. To nie ironia, której jesteś mistrzem.
   Einstein z ciebie. Oczywiście, że jestem szczery. Jak ty byś się czuł na moim miejscu?
   Jestem na twoim miejscu.
   Ups. To jak się czujesz?
   Tak samo jak ty.
   Aha, współczuję.
   Nawzajem.
   Dzięki.
   Może jednak wstaniesz? Już po wschodzie słońca.
   No i?
   Tutaj chyba zazwyczaj mieszkańcy wstają o wschodzie słońca.
   A może po prostu lubią go oglądać?
   Niewykluczone.

   Mimo swej sarkastycznej uwagi posłuchałem mojego drugiego ja. Uświadomiłem sobie, że właśnie te trzy imiona kiedyś mi się bardzo podobały: Lucas, Sean i Flynn.
   Wstałem z łóżka i podszedłem do szafy. Otworzyłem ją, a następnie przejrzałem ubrania. Włożyłem na siebie materiałowe spodnie, koszulę, a na nią kubrak. Potem podszedłem do blachy służącej za lustro i się przejrzałem. Moim zdaniem wyglądałem dość głupio, jednak tak już zostawiłem.
   Wyszedłem z komnaty i ze zdziwieniem spostrzegłem, że przy moich drzwiach stoją dwaj strażnicy. Najwyraźniej się mną nie przejęli. Nagle zobaczyłem Ligolisa, idącego w moją stronę. Mimo wszystko odetchnąłem z ulgą.
   - Chodź - powiedział bez żadnego powitania brat Haldira. Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą.
   Przez cały czas zastanawiałem się czy coś się stało.

   Może trup Kubecka odżył.
   Bardzo zabawne.
   No co, a nie mogłoby tak być?
   Nie w tym świecie.
   Nie? Przecież widziałeś jakie stwory tu są.
   Przymknij się.

   Lucas posłuchał.
   Zerknąłem na Ligolisa, jednak ten chyba nie zdawał sobie sprawy, że właśnie odbyłem rozmowę z własną podświadomością. Zastanowiłem się czy on też tak ma. Jednak nie dane mi było się długo nad tym zastanawiać, gdyż znaleźliśmy się już na podwórku. Poczułem na swej twarzy podmuch świeżego powietrza. Nie wiem czemu, ale spodziewałem się ujrzeć teren ogrodzony taśmą, wozy policyjne i zbiorowisko ludzi.

   Może jeszcze ufo i gadający dzbanek?
   Wolałbym gadającą szafę. Może poradziłaby mi w co mam się ubrać.
   Prędzej nakrzyczałaby na ciebie, dlaczego wyjmujesz jej wnętrzności.
   Mistrz Ciętej Riposty.
   Dziękuję Mistrzu Ironii.

   Nagle ujrzałem stojącego nieopodal Ozzy'ego. Znowu mi ulżyło. Pewnie byłem podenerwowany przez te sny.
   Gdy do niego podeszliśmy, spojrzał na nas i się uśmiechnął.
   - Cześć wam - powiedział.
   Ligolis w końcu mnie puścił.
   - Witaj, Ozzy. Twoich rodziców jeszcze nie ma?
   Mój przyjaciel pokręcił przecząco głową.
   - Jeszcze nie - w jego głosie słychać było zdenerwowanie.
   - Spokojnie - rzekł Ligolis, klepiąc go przyjaźnie po ramieniu.
   - A ktoś chce mi powiedzieć po co ja tu? - w końcu nie wytrzymałem.
   - Żeby pomóc wyjaśnić rodzicom Ozzy'ego co zrobił tej nocy - wyjaśnił brat Haldira, nie patrząc na mnie.
   - Aha - nic innego nie przyszło mi do głowy.
   W pewnym momencie zobaczyłem dwie postaci, które przykuły moją uwagę, ponieważ zbliżały się w naszą stronę. Nagle usłyszałem głos Lucasa w swojej głowie.

   O rany. Ich miny mnie przerażają.
   Nie tylko ciebie.
   Szczególnie mnie.
   Wątpię.
   Wyglądają jakby zaraz mieli zmienić się w potwory z czterema głowami i tysiącem ostrych zębów.
   Przesadzasz.
   Możliwe. Jednak i tak mnie przerażają.
   To pewnie rodzice Ozzy'ego.
   I założę się, że przywitają swojego syna-bohatera pożarciem przez swe dwugłowe macki.
   Zamknij się, idioto.

   Za dwoma postaciami ze zdenerwowanymi minami ujrzałem Brandona. Jego twarz była bez wyrazu.
   W końcu wszyscy troje się do nas zbliżyli.
   - A teraz się tłumacz! - zażądała wściekła kobieta o młodym wyglądzie. Miała jasne brązowe włosy i piwne oczy, teraz zionące gniewem. - Dlaczego wyszedłeś w środku nocy?! I dlaczego wziąłeś tyle rzeczy?! Gdzie one teraz są?!
   - W-W komnacie. Ale nie wszystkie. Niektóre są u niego - speszony Ozzy wskazał głową na mnie.
   - Co?! - wykrzyczał mężczyzna o ciemnobrązowych włosach, granatowych oczach i bródce. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego Ozzy ma blond włosy. - Zostawiłeś część naszego dobytku w domu tego niskiego idioty?!
   Zacząłem aż kipieć ze złości, jednak nic nie powiedziałem. Zacisnąłem tylko dłonie w pięści.
   - On jest tego samego wzrostu co ja - zaprotestował Ozzy. - I nie jest idiotą. Jest moim przyjacielem.
   - Przyjaźnisz się z takimi nieudacznikami?! - wrzasnął mężczyzna.
   - Ten nieudacznik i państwa syn uratowali tej nocy życie rodzinie królewskiej - wtrącił opanowanym głosem Ligolis. - A całe Whitemount przed objęciem władzy przez jakichś złodzieji.
   - A co mnie obchodzi co ten łamaga zrobił?! - ojciec Ozzy'ego chyba miał problem z nerwami. - Obchodzi mnie tylko, do czego zmusiliście mojego syna!
   Brat Haldira wyprostował się gwałtownie.
   - Do niczego go nie zmusiliśmy - powiedział dziwnie spokojnym głosem.
   - Och, ależ oczywiście - syknęła kobieta. - Nasz syn został doskonale wychowany. Nigdy z własnej woli nie zrobiłby czegoś takiego.
   Zachciało mi się śmiać, jednak się powstrzymałem. Przypomniałem sobie jak w dzień mojego przyjazdu Ozzy mówił, że jego rodzice na pewno się zgodzą, żebym do niego przyszedł. Ciekawe czy to było prawdą.
   Spojrzałem na Ligolisa. Widziałem gniew w jego oczach. W mojej głowie ponownie rozbrzmiał głos Lucasa.

   A teraz zmienią się w potwory.
   Och, zamknij się, idioto.
   No co? Wkurzyli mnie.
   Nie tylko ciebie.
   Oni nas obrazili.
   Wiem.
   Musimy coś zrobić!
   Niby co? Mam ich walnąć i powiedzieć, że nie mają prawa nikogo obrażać?
   Wiesz, dobry pomysł.
   Bardzo zabawne. Przecież tego nie zrobię. Jedyne co możemy zrobić to słuchać i siedzieć cicho.
   Drugie wyjście: pójść stąd.
   Nie mogę. Ozzy może potrzebować mojej pomocy. Muszę tu zostać.
   Ale jeśli się wkurzysz i ich zaatakujesz to nie miej do mnie pretensji.
   Jasne.

   - Nie wierzę wam! - z zamyślenia związanego z rozmową z Lucasem, wyrwał mnie donośny wrzask mężczyzny.
   - Ale tato! On mówi prawdę! - probował przekonać go Ozzy.
   - Zapewne sam się z nimi zgadałeś, żeby przynieść sobie chwałę!
   Zapadła niezręczna cisza, podczas której zrozumiałem o co teraz poszło.
   - Jak możesz posądzać mnie o coś takiego, ojcze - rzekł Ozzy ze łzami w oczach.
   - Po prostu stwierdzam fakty, synu - mężczyzna wydawał się nie wzruszony.
   - To najpierw zdobądź poprawne informacje! - po tych słowach mój przyjaciel odwrócił się i pobiegł. Domyśliłem się, że jego celem jest baza.
   Wszyscy patrzyliśmy na niego ze zdzwieniem. Ligolis również chciał odejść, jednak kobieta złapała go mocno za ramię i wysyczała do ucha:
   - Nie będziecie nim manipulować. Nie uda wam się to. Go nie użyjecie do swoich celów, nie pozwolimy wam na to. Aż żal mi kolejnych waszych ofiar. Między innymi tego chłopca.
   Dostrzegłem błysk zrozumienia w oczach Ligolisa. Pewnie żadne z nich nie wiedziało, że usłyszałem słowa kobiety, ponieważ mówiła bardzo cicho, aż musiałem wytężać słuch. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że ostatnie zdanie było o mnie.
   Matka Ozzy'ego puściła Ligolisa, a ten odszedł bez słowa. Szybko ruszyłem za nim. Wolałem mu nie mówić, że wszystko słyszałem, martwiłem się tylko znaczeniem tych słów.
   Nigdzie nie mogłem wypatrzyć Ozzy'ego, więc doszedłem do wniosku, że jest już w schronie. Zerknąłem na Ligolisa. Na jego twarzy malował się gniew, jednak w oczach dostrzegłem lekki strach, co mnie zdziwiło. Dłonie miał zaciśnięte w pięści. Szedł prosto, patrząc przed siebie. W pewnym momencie musiałem zacząć truchtać, żeby za nim nadążyć.
   Skręciliśmy w dobrze mi znaną uliczkę i doszliśmy do uchylonych drzwi. Ligolis pchnął je, a następnie weszliśmy do środka. Wszystkie spojrzenia skierowały się na nas. Wewnątrz panował półmrok, który rozpraszał jedynie nikły blask lampy oliwnej, stojącej na stole.
   Ujrzałem Ozzy'ego skulonego naprzeciw nas pod ścianą, tak jak ja wczoraj, reszta siedziała po prawej stronie na ziemi. Grono z poprzedniego dnia powiększyło się o trzy osoby: Rose i dwie inne dziewczyny. Panowała niezręczna cisza, którą przerwał Ross.
   - Co tu robicie? - zapytał.
   Ligolis nie odpowiedział. Wszedł do pomieszczenia i stanął pośrodku wpatrując się w Ozzy'ego, który zapewne czuł na sobie jego wzrok, jednak nie odwzajemnił spojrzenia. Zrobiłem parę kroków w głąb pokoju i cicho zamknąłem za sobą drzwi. Rozśmieszały mnie trochę zdezorientowane twarze przyjaciół, jednak nie okazałem tego. Spojrzałem w stronę Ligolisa i Ozzy'ego, jednak żaden z nich nie zmienił swej dotychczasowej pozy. Podszedłem do krzesła, znajdującego się po lewej stronie pomieszczenia i opadłem na nie. Kątem oka widziałem nikłe światło lampy oliwnej, stojącej obok na stole. Stwierdziłem, że nikt nie jest mną zainteresowany, więc zająłem się rozmową z Lucasem. Przez cały czas, jednak obserwowałem uważnie Ligolisa i Ozzy'ego.

   Ej, nudzi mi się.
   Zauważyłem. Jednak, jeśli masz zamiar się wyżalać to trafiłeś pod niewłaściwy adres.
   Bardzo zabawne.
   Powtarzasz się.
   Wiem.
   To specjalnie?
   Cóż za niedowierzanie. Tak, specjalnie. Zresztą zbytnio nic innego nie przychodzi mi wtedy do głowy.
   Ej, chodź zagramy w zagadki.
   Nigdzie się stąd nie ruszam, mogę najwyżej siedzieć. Jeszcze czego. Będziemy jak Gollum i Bilbo.* Ich zagadek żadnych nie zgadłem.
   Przecież wiem. To może zróbmy prostsze?
   No dobra. Zaczynaj.
   Okej. Co to jest: niskie, głupie i na biało owłosione?
   Ty?
   Prawidłowa odpowiedź to 'Leo', ale z niechecią mogę ci tę zaliczyć. Twoja kolej.
   Dobra. Co to jest: brązowe, lubi banany i kracze?
   Hmmm. Może małpa na lekcji języka wroniastego?
   Jakiego? Ja bym raczej powiedział 'obcego', ale ogólnie to zgadłeś.
   Teraz ja. Czy drzewa piją wodę?
   Hmm. Nie?
   Tak, idioto jeden. Na przyrodzie miałeś.
   Serio? A jak niby piją?
   Przez korzenie, matole.
   Aaa, no tak.
   Matoł.
   Powtarzasz się.
   Spostrzegawczość to dobra rzecz.
   Hahaha, ale śmieszne.
   Twoja kolej.
   Okej. Czy mózg można wyjąć?
   Moim zdaniem nie.
   A właśnie, że tak! Nie pamiętasz lekcji historii? Przy mumifikacji wyjmowali jakimś narzędziem mózg przez nos.
   O fuj!
   Zgadzam się.
   Okej, teraz ja...
   Poczekaj! Coś się dzieje.

   - Nie możesz tu spędzić całego życia - powiedział Ligolis do Ozzy'ego.
   - A niby czemu nie? - warknął mój przyjaciel. W oczach lśniły mu łzy.
   - Ozzy, proszę cię! Musisz znowu z nimi porozmawiać!
   - Po co? Żeby mnie oskarżyli, że żadnych opryszków nie było i to wszystko wymyśliłem z waszą pomocą?! - zdenerwował się Ozzy. - Sam przyznaj, Ligolisie. Jak myslisz, nie zrobiliby tego?
   - Byliby do tego zdolni - rzekł po chwili milczenia brat Haldira. W jego oczach znów dostrzegłem błysk strachu, jakby wywołanego wspomnieniem. Stał bokiem do mnie, jednak i tak widziałem wyraz jego twarzy.
   - No widzisz. Więc po co miałbym tam wra... - w tym momencie drzwi się otworzyły i stanął w nich Brandon. Popatrzył na brata ze współczuciem.
   - Chodź.
   - Nie! - wrzasnął Ozzy, wstając. - Nie mam zamiaru nigdzie iść! Zostaję tutaj!
   Brandon już otworzył usta, aby coś powiedzieć, lecz wtedy drzwi ponownie stanęły otworem.



   Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Wybaczcie mi, że taki koniec, że wypowiedzi Lucasa nie są pochyłym drukiem, ale nie miałam czasu, a dzisiaj o 18 wyjeżdżam na Mistrzostwa Świata w tańcu do Amsterdamu. :D Pozdrawiam Was i mam nadzieję, że mi wybaczycie. ;*****

niedziela, 26 maja 2013

Elf 10




Skradaliśmy się na palcach, ocierając plecami o zimne ściany zamku. Panowała niezmierna cisza, wydawało się, że nasze przyspieszone oddechy słychać aż na wieży strażniczej. Dochodząc do następnych schodów, zatrzymaliśmy się i ponownie rozwinęliśmy mapę. Kiedy tak na nią patrzyliśmy, zastanawiając się co dalej, usłyszałem leciutki odgłos. Jakby dźwięk wysuwanego ostrza.

- Słyszałeś to? - zapytałem szeptem przyjaciela. Wydawało się, że mój głos odbił się echem po ścianach.

- Niby co? - odpowiedział ze zdziwieniem Ozzy.

- No, ten dźwięk.

- Jaki dźwięk?

- Jakby wysuwanego ostrza...

- Ostrza? Dobrze się czujesz? Niby kto o tej porze miałby wysuwać ostrze w uśpionym zamku? - odpowiedź sama się nasuwała, ale żadne z nas nie chciało tego mówić. - W każdym razie ja nic nie słyszałem.

Na tym skończyliśmy szeptaną rozmowę. Patrzyliśmy się znów tępo na mapę, próbując coś wymyślić.

Nagle do głowy wpadł mi pomysł.

- Hej, mam pomysł. Rozdzielmy się - zanim Ozzy zdążył zaprotestować, już mówiłem dalej. - Nie wiemy dokąd poszli ci czterej kolesie. Może też się rozdzielili. Będziemy mieli większe szanse, żeby zapobiec nieszczęściu na jakie się zapowiada. Ty pójdź do króla, a ja do Ligolisa i Haldira. Zgoda?

Mój przyjaciel otworzył usta, jednak po chwili je zamknął. Chyba dotarła do niego logika mojego pomysłu.

Ozzy westchnął.

- Zgoda. Tylko uważaj na siebie - szepnął zrezygnowany.

Kąciki moich ust uniosły się nieznacznie ku górze.

- Tak, ty też.

Po czym schowałem mapę i ruszyliśmy po schodach. Na ich szczycie uścisnęliśmy sobie dłonie, na dodanie otuchy, a następnie skierowaliśmy się w inne strony, tak, że idąc tworzyliśmy literę "V". Po chwili Ozzy zniknął mi z oczu, więc już się nie oglądałem. Szedłem przed siebie, starając się stąpać bezgłośnie i od razu zbliżyłem się do ściany. Poruszałem się pochylony, raz po raz ściskając rękojeść noża. Rozglądałem się na wszystkie strony, czasami stawałem, nasłuchując. Gdy żaden dźwięk, prócz mojego przyspieszonego oddechu i bicia serca, nie dotarł do mych uszu, ruszałem dalej.

W pewnym momencie posłyszałem głosy. Ciche i stłumione, zapewne przez jakiś materiał, nie wróżyły nic dobrego. Zwłaszcza, że byłem już blisko komnaty Ligolisa i Haldira.

Podszedłem bliżej i ukryłem się za filarem.

- Bierz to i nie gadaj! - usłyszałem czyjś rozkazujący głos.

- Ale po co? I co ja mam niby z tym zrobić? - rzekł ktoś inny.

- Żeby ich zabić ofermo!

Po tych słowach serce mi stanęło.

- Dobra, dobra. Już rozumiem. Ale jak się do nich dostaniemy?

Słyszałem ciężki oddech pierwszego głosu, w którym rozpoznałem Rabocka - przywódcę opryszków.

- Wejdziemy... przez... drzwi - wściekły mężczyzna cedził każde słowo. Odetchnął głęboko, po czym kontynuował. - A dokładniej to wy wejdziecie. Ja z Minfrydem pójdziemy od razu zabrać się za króla.

- Zgoda. Ale jak to przez drzwi? - drugi głos nie był chyba mózgiem grupy.

- Normalnie. Otworzycie je, wejdziecie i zamkniecie, a następnie wykonacie swoją robotę - z udawanym spokojem wytłumaczył Rabock. - Zapomniałeś już, że w tym zamku wszystkie drzwi są zawsze otwarte?

Inny mężczyzna zarechotał.

- Właśnie. I to jest ich błąd.

- Ale dlaczego niby są otwarte? - znów nie rozumiał drugi głos.

- Bo to ma symbolizować ich otwartość na wszystkich, Baldwin - rzekł cienkim głosem trzeci mężczyzna, jakby kogoś przedrzeźniał. Reszta zarechotała.

- Tak czy siak, bierzmy się już do roboty. Mieszkańcy nie będą czekać aż skończymy - przerwał te śmiechy Rabock. - Baldwin, Kubeck wy się zajmiecie synami króla, a Minfryd i ja samym władcą. Do roboty!

Po tych słowach wszyscy czterej ruszyli po schodach na górę. Odczekałem aż zniknął mi z oczu i poszedłem ich śladem. Przechodząc, zauważyłem nad schodami dziwny obraz. Był w kształcie zaokrąglonego, wysokiego trójkąta, odwróconego do góry nogami. W ciemnościach zauważyłem jedynie wilka i chyba gwiazdy. Na ten obraz (chociaż pomyślałem, że to raczej herb) nie padało akurat światło księżyca, wpadające do zamku przez wielkie okna. Stwierdziłem jednak, że później nad tym pomyślę, bo teraz mam inne zajęcie - ratowanie Ligolisa i Haldira.

Ruszyłem w górę po schodach, starając się stąpać bezgłośnie. Wytężałem słuch, by wiedzieć gdzie są opryszkowie.
Nagle usłyszałem mrożący krew w żyłach rechot. Przestraszyłem się i przyspieszyłem kroku. Na górze ukryłem się za najbliższym filarem i nasłuchiwałem. Doszły mnie stłumione tym razem, głosy:

- Dobra, my idziemy na górę - rozpoznałem głos Rabocka.

Przesunąłem się lekko w lewo, tak, aby żaden z mężczyzn mnie nie zauważył. Słyszałem oddalające się kroki na schodach, a gdy umilkły, wyjrzałem ostrożnie zza słupa. Ujrzałem jak dwie postaci otwierają cicho drzwi i wchodzą do pomieszczenia. Serce zabiło mi mocniej. Ruszyłem za nimi, idąc na palcach. Zatrzymałem sie przy drzwiach i ostrożnie zajrzałem do środka. Moim oczom ukazały sie dwie, jakby czarne zjawy, buszujące po komnacie. W słabym świetle księżyca, wpadającym do niej przez wielkie okno po prawej stronie, zdołałem ujrzeć tylko biurko, stojące na środku i jakieś meble.

Widziałem, że postaci sa odwrócone do mnie tyłem, więc postanowiłem wejść. Tak naprawdę słowo 'postanowiłem', nie było zbyt adekwatne do zaistniałej sytuacji. Poczułem jakby moim ciałem zawładnęła jakaś dziwna siła (zazwyczaj nazywana 'strach') i pod jej wpływem, wszedłem cicho do środka pomieszczenia. Zachowywałem się jak w transie. Ścisnąłem mocniej nóż, trzymany w ręce i przyciszonym głosem, powiedziałem:

- Wyjdźcie stąd.

Obaj mężczyźni obrócili sie w moją stronę. Na ich twarzach malowało się wielkie zdumienie.

A ja zbytnio nie wiedziałem co robię ani czemu to robię.

Jedna z postaci (zapewne Kubeck) uśmiechnęła się okrutnie i zaśmiała gardłowo.

- Czy ty naprawdę myślisz, dziecinko, ze zdołasz nas powstrzymać?

- Tak - odpowiedziałem. - Tak właśnie myślę.

- A na jakiej to podstawie, jeśli wolno spytać?

- Bo trzymam nóż.

Mężczyzna o mało co nie pękł ze śmiechu, który musiał powstrzymywać, żeby nie obudzić lokatorów. Po opanowaniu tego, zaczął zbliżać się w moją stronę, w jego potężnej dłoni lśnił nóż, od którego odbijało się mdłe światło księżyca.

A ja nawet się nie cofnąłem.

- Radziłbym ci na przyszlość nie wtrącać się w nie swoje sprawy, mały - rzekł mężczyzna nieubłaganie sie zbliżając. - Chociaż twoja przyszlość nie jest za długa.

Patrzyłem na niego, lecz w moich oczach widać było strach, co bardzo podobało się przeciwnikowi.

- Zabij ich - rzucił Kubeck do swego towarzysza (zapewne Baldwina). Ten posłusznie skinął głową i zaczął iść w stronę kolejnych drzwi.

Mężczyzna z nożem, tymczasem, zbliżył się już do mnie i wykorzystując moją chwilową nieuwagę, dźgnął ostrzem. Uchyliłem się. Przeszedłem tym samym w prawą stronę, co było moją zguba, gdyż trafiłem na ścianę. Kubeck patrzył na mnie z pogardą wypisaną na twarzy. Zbliżył sie do mej osoby tak, że miedzy nami była odleglość zaledwie paru centymetrów. Widziałem w jego oczach, że szykuje się do następnego dźgnięcia.

Jednak ja byłem pierwszy.

Wbiłem swój nóż w jego lewą część brzucha, czułem jak ostrze zanurza się w ciele. Wyraz twarzy Kubecka diametralnie się zmienił: jeszcze przed chwilą patrzył na mnie z pogardą, lecz teraz ze zdziwieniem pomieszanym ze strachem. Widziałem jak jego oczy tracą blask. W następnej chwili bezwładne ciało Kubecka runęło na podłogę.

Patrzyłem na nie przez chwilę, po czym dotarło do mnie co zrobiłem.

Zabiłem.

Tak, zabiłem człowieka.

Wpatrywałem się wytrzeszczonymi oczyma na kałużę krwi, rozlewającą się po podłodze. Jednak zaraz sie otrząsnąłem, wyjąłem z martwego ciała nóż, który nieopatrznie puściłem i poszedłem sztywno w stronę następnych drzwi, za którymi niedawno zniknął drugi mężczyzna. Uchyliłem je lekko i moim oczom ukazał się straszny widok: Baldwin trzymał sztylet nad gardłem Ligolisa. Nagle mnie zobaczył. Spojrzał na moj nóż, trzymany w ręce i jego oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia i strachu, gdy zobaczył na nim krew. Domyślił się rozwoju wypadków i o mało co nie wypuścil swojego ostrza z dłoni. W tym samym momencie moim ciałem znów zawładnęła ta sama siła, co wcześniej i ruszyłem do przodu, wytrącając Baldwinowi nóż z ręki, a jego samego odpychając na bok. Broń z łoskotem upadła na ziemię.

Mężczyzna, zaskoczony nagłym uderzeniem, odsunął się na podłodze do tyłu, a następnie wstał. Cofnął się o krok, z niepokojem patrząc na mój zakrawawiony nóż. Zacząłem iść w jego stronę, a on przylgnął do ściany.

Nagle, poczułem czyjąś rękę na swym ramieniu. Obejrzałem się i zobaczyłem Ligolisa ubranego w płócienne spodnie i koszulę . Odetchnąłem z ulgą, a on, nie patrząc na mnie, podszedł dwa kroki do przodu. Kątem oka ujrzałem sylwetkę przymierzającą się do ciosu. Zamknąłem oczy. Nie zamierzałem znowu tego oglądać.

- Stój - uslyszałem głos Ligolisa. - Może być ich więcej, a jeśli go zabijesz nie dowiemy się tego.

Z lękiem otworzyłem oczy, lecz na szczęście nie ujrzałem żadnej przerażającej sceny.

- Jest - powiedziałem. Bracia spojrzeli na mnie równocześnie. - Dwaj są u waszego ojca - oznajmilłem trzęsącym się głosem.

Oczy obojga elfów rozszerzyły się. Haldir szybko podszedł do szafki nocnej, stojącej przy łóżku, otworzył szufladę i wyjął z niej kawałek liny, dwa długie rzemyki oraz knebel. Następnie wrócił do Baldwina, walnął go trzymanym już wcześniej mieczem w brzuch i rękami powalił na ziemię. Nadgarstki obwiązał z tyłu pleców mężczyzny jednym z rzemyków, po czym związał mu nogi liną, a na koniec drugim rzemykiem oplótł mu kostki i wsadził knebel do ust. Skończywszy wstał, skinął głową i podniósł swój miecz. Podszedł do drugiej szafki nocnej, wziął broń opartą o nią i skierował się w stronę wyjścia. Ligolis ruszył jego śladem, a ja wraz z nim.

Przechodząc przez pokój, bracia zatrzymali się na chwilę, wpatrując w martwe ciało, lecz nie zadawali zbędnych pytań, za co byłem im wdzięczny. Wyszliśmy na zewnątrz i ruszyliśmy w stronę schodów. Podczas marszu Haldir podał bratu jeden z mieczy. Wchodząc po schodach zauważyłem, że nie prowadzą one na następne piętro, lecz są kręcone i wiodą w górę. 
Spostrzegłem, że Ligolis i Haldir przyspieszyli i ledwie dotrzymywałem im kroku. Gdy znaleźliśmy się już na szerszej przestrzeni, zobaczyłem Ozzy'ego stojącego pod ścianą i przypatrującemu sie czemuś. Odetchnąłem z ulgą. Żył.

Kiedy mnie zobaczył od razu ruszył w moją stronę. Ligolis i Haldir nie zwrócili na niego uwagi, od razu podeszli do osób, wyglądających na strażników.

- Cieszę się, że żyjesz - rzekł Ozzy.

Spojrzałem na niego udręczonym wzrokiem.

- Nawzajem.

- Co ci? - zapytał niepewnie przyjaciel.

Obrzuciłem go naburmuszonym spojrzeniem.

-Och, nic takiego. Tylko przed chwilą musiałem powstrzymać dwóch wrednych typków, z czego jeden próbował mnie zabić. Ale nie przejmuj się, u mnie to normalka - powiedziałem z mocno wyczuwalną ironią w głosie. Ozzy wyszczerzył się do mnie w odpowiedzi. - Co tu się właściwie stało? - zapytałem.

- Przyszedłem wcześniej niż tamci, więc powiedziałem o tym strażnikom. Z początku nie chcieli mi uwierzyć, jednak gdy Rabock i ten drugi się tu znaleźli, zrobili co trzeba. Więc ja miałem łatwą robotę -  przyjaciel pokazał swoje białe zęby.

Zdobyłem się na uśmiech.

Spojrzałem w stronę braci i zobaczyłem wysokiego mężczyznę o długich, brązowych włosach, z którym rozmawiali. Miał na sobie ubranie do snu. Domyśliłem się, że to król. Następnie przeniosłem wzrok na strażnika pilnującego dwóch związanych mężczyzn, którzy patrzyli wokół z nienawiścią. Nagle, drugi wartownik, wcześniej przysłuchujący się rozmowie króla i jego synów, zasalutował i ruszył w stronę mnie i Ozzy'ego. Przesunęliśmy się w prawo, gdyż domyśliliśmy się, że chce zejść na dół. Tak też było. Wsłuchiwałem się w cichnący odgłos jego kroków. Nagle znów zaczęły narastać, więc odwróciłem się w stronę schodów, żeby zobaczyć o co chodzi. Jednak zamiast strażnika ujrzałem wysoką dziewczynę o długich, falowanych i ciemnobrązowych włosach. Rozpoznałem ją - to ją widziałem rano, rozmawiającą z Ligolisem i Haldirem. Dziewczyna nie zwróciła uwagi na mnie i Ozzy'ego. Bracia i król także ją zauważyli.

- Liliami - odezwał się Ligolis.

Dziewczyna spojrzała w jego stronę i natychmiast tam podeszła. Znów zaczęli rozmawiać, a ja podziwiałem z nudów ciemnie sklepienie nad moją głową. Przez brak poważnego zajęcia powróciły wspomnienia. I to bynajmniej nie te dobre.

Przed oczami stanął mi obraz Kubecka zbliżającego się w moją stronę z nożem w ręce. Potem zobaczyłem jego oczy tracące blask, a następnie martwe ciało w kałuży krwi.

Otrząsnąłem się z tego, jednak teraz przyszła kolej na moją rodzinę. Zobaczyłem przed sobą Pauline i oczy zaszły mi łzami. Przełknąłem je, a następnym obrazem przed moimi oczami byli rodzice. Przypomniało mi się ich czułe pożegnanie przed snem. A może to nie było pożegnanie przed snem tylko przed... Właśnie przed czym? Przed końcem? Ale jeśli tak to końcem czego? Świata? Tamtego świata? Mojego dawnego? Czy to miało by oznaczać, że Polski już nie ma? A ja jako ostatni człowiek z niej pochodzący, zostałem przeniesiony do innego świata, gdzie sprawianie, że ludzie mdleją to rutyna? Czy to znaczy, że już nigdy nie zobaczę mojej rodziny? Czy to znaczy, że mojej rodziny już... Nie ma?

Z okropnych rozmyślań wyrwały mnie kroki zbliżające się w moją stronę. Obróciłem się i zobaczyłem dziewczynę, Ligolisa i Haldira idących do mnie, z królem na czele. Pochód zatrzymał się tuż przede mną i Ozzym. Król popatrzył na nas.

- Dziękuję wam - rzekł. - Gdyby nie wy, bylibyśmy teraz martwi.

- N-Nie ma za co wasza wysokość - powiedział mój przyjaciel, speszony. Cieszyłem się, że to on zaczął mówić. Ja byłem zbyt zmęczony. - To był dla nas zaszczyt.

Czułem na sobie uważny wzrok Ligolisa.

- A zaszczytem dla mnie będzie uścisnąć wam dłonie w podziękowaniu - po tych słowach król wyciągnął rękę w stronę Ozzy'ego, a ten odwzajemnił uścisk i oblał się rumieńcem. Mężczyzna po uściśnięciu także mojej dłoni, zapytał. - A co mógłbym jeszcze dla was zrobić?

- Nic, wasza wysokość. Sama pomoc to było dla nas wynagrodzenie - rzekł uroczyście mój przyjaciel.

Król przyjrzał mu się uważnie, a następnie mi. Widząc moją zmęczoną minę, zaśmiał się.

- Ach, no tak. Zapomniałem. Jest środek nocy, więc na pewno jesteście zmęczeni. Haldir, Liliami zaprowadźcie ich proszę do jakichś luksusowych komnat. Ligolis ty zostaniesz.

- A-Ależ wasza wysokość, naprawdę nie trzeba - zaczął protestować Ozzy, jednak król tylko machnął ręką.

- Ach tak, a gdzie będziesz spał? Chyba nie myślisz, że pozwolę  ci o tej porze wrócić do domu - powiedział, po czym odwrócił się i wraz z Ligolisem odeszli.

- Chodźcie - rzekła Liliami i zaczęła schodzić po schodach. Razem z Ozzym ruszyliśmy jej śladem, Haldir szedł za nami.

Zeszliśmy aż na pierwsze piętro, gdzie się rozdzieliliśmy: Ozzy poszedł z Liliami, a ja z Haldirem. Powiedzieliśmy sobie jeszcze dobranoc po czym udaliśmy się w dwie różne strony.

Szliśmy z Haldirem w całkowitym milczeniu. Słychać było tylko stukot naszych butów o posadzkę. Gdy doszliśmy do mojej komnaty, brat Ligolisa powiedział:

- Dobranoc Leo. Trzymaj się.

- Dzięki i nawzajem - odpowiedziałem.

Haldir kiwnął głową w podziękowaniu, poczekał aż wejdę do środka, po czym odszedł.

Przeszedłem przez pokój i pchnąłem drzwi do sypialni. W środku było chłodno. Przebrałem się w strój do spania i wślizgnąłem pod kołdrę. Skuliłem się, gdyż była zimna, jednak po krótkim czasie ogrzałem ją własnym ciałem.

Było mi miło, że Haldir życzył mi dobrej nocy. Problem w tym, że ona wcale taka nie była.




Wybaczcie, że wyśrodkowane, ale były małe problemu. ;) Mój spóźniony prezent urodzinowy dla Was z okazji moich urodzin. ^^ Mam nadzieję, że się podoba. ;D
Pozdrawiam. ;*


Moja własna przeróbka. XD :D

sobota, 18 maja 2013

18 maja - moje urodziny.

Każdy z nas zawsze będzie dzieckiem. Kiedyś trzeba dorosnąć, ale zawsze będziemy mieli gdzieś w sobie coś z dziecka. Kocham być dzieckiem. Będę się starała nigdy o tym nie zapominać. Nikt nie może. Jeśli ktoś zapomni o tym, że gdzieś w głębi jest dzieckiem nie będzie już potrafił odpowiednio cieszyć się wszystkim. Dzieci nie mają takich problemów jak dorośli. Dzieci bardziej przeżywają różne rzeczy, bardziej cieszą z różnych rzeczy, zwłaszcza pierwsze rzeczy, które zobaczą, przeżyją po raz pierwszy. Kocham być dzieckiem. Nie chcę za szybko dorosnąć. Nigdy nie dorastajmy do końca. Zawsze miejmy, i będziemy mieć w sobie coś z dziecka. Czyli z siebie.

Moje urodziny. :) I moje przemyślenia. :D Mam nadzieję, że Wam się podobają. ;D

Pozdrawiam. ;*

sobota, 11 maja 2013

Wszystkie chwyty dozwolone

Heja. Dzisiaj postaram się napisać Wam recenzję. :D

A więc tak. Tytuł książki w tytule posta. :D

   Książka ta została napisana przez Janette Rallinson. Opowiada o nastoletniej Samancie uczęszczającej do liceum. Zawaliła maturę, więc kandyduje na przewodniczącą samorządu, żeby chociaż trochę się poprawić. zresztą jej były chłopak Logan wplątał ją w zakład: zero złośliwości adresowanych do kogokolwiek przez 14 dni. Zresztą niedawno rzucił ją chłopak i nie ma z kim iść na bal maturalny. Podczas tych dwóch tygodni Samantha mocno się zmieniła. I za wszelką cenę chce osiągnąć swoje cele: wygrać w wyborach, wygrać zakład i znaleźć chłopaka. Czy jej się uda? Przeczytajcie sami!

Najważniejsze postaci: Samantha, Logan Hansen, Chelsea, Aubrie, Rachel, Cassidy Woodruff, Josh Benson.

Przypadkowe cytaty: "Następnego dnia rano zamiast plotkować, uznałyśmy z dziewczynami, że trzeba punkt po punkcie omówić strategię kampanii wyborczej."
"-Mam nadzieję, że poszłaś do dyrektorki i złożyłaś skargę.
Wzięłam grzankę z tostera i przełożyłam na talerz, choć całkiem straciłam apetyt.
-Kto w ten sposób prowadzi kampanię wyborczą, powinien zostać skreślony z listy kandydatów."

Moja ocena: Książka wielce wciągająca i ciekawa. ;D Gorąco polecam. ^^ Dla mnie 10/10. ;D

Mam nadzieję, że się podoba. ;D

Jeśli ktoś ma ochotę na czytanie to pewnie jeszcze dzisiaj wstawię opowiadanie na manytalies.blogspot.com  Gorąco pozdrawiam! ;*

niedziela, 28 kwietnia 2013

Zambezia

   Hej.

   Przepraszam, że już od tak dawna nie dodałam żadnego posta, chociaż miałam wolne.

   Ostatnio miałam wolne bo były testy gimnazjalne. :D W czwartek (ostatni dzień testów) poszłam z mamą na zakupy. :D W H&M kupiłyśmy dwie pary spodni na przecenie, jedne szare, drugie różowe w panterkę, kupiłyśmy jeszcze kurtki przeciwdeszczowe (dla mnie i brata) i dla mnie trzy bluzki. :) Fajnie było. :D Potem jeszcze poszłyśmy do Lidla. :)

   Dzisiaj chciałabym napisać o animowanym filmie pt. "Zambezia". Jak głosi tytuł posta. ;)))

   Ten film opowiada o młodym sokole imieniem Kai, który opuszcza domowe gniazdo i ojca (po małej jakby kłótni z nim) i leci do wielkiego, ptasiego miasta Zambezia. Jego ojciec (Tendai) wyrusza za nim, jednak zostaje porwany przez legwana Budzo. Ten zawarł układ z marabutami (padlinożernymi ptakami), żeby przejąć Zambezię. Kai próbuje się dowiedzieć czegoś na temat jego ojca od Gogo (przed odlotem Kaia od ojca przyleciała ona wraz z Małą i jajkami, które zabierały do Zambezii. Wtedy przybyły marabuty, które je goniły i Tendai ich uratował, jednak jeden padlinożerca zginął. Okazało się również, że wszyscy, którzy przybyli znali ojca, a młody sokół nie wiedział skąd. Wszyscy odlecieli, Kai zaś się zorientował, że Tendai wiedział o Zambezii. Ten mu jednak powiedział, że on nigdy tam nie wróci, więc Kai poleciał sam). Ona jednak nie chce nic powiedzieć. Wtedy przylatują marabuty i porywają wszystkie wikłacze (małe, żółte ptaszki, które umieją wszystko świetnie tkać) w tym Małą. Zabierają je do Budzo, który każe im tkać most, po którym dostanie się do Zambezii. Mała mówi, że tego nie zrobią jednak legwan ją zmusza grożąc, że zje Tendaia.

   Kai wraz z przyjaciółmi musi uratować wikłacze, a następnie całą Zambezię.

   Film ma piękną fabułę. W wielu momentach prawie, że się rozpłakałam, w tym na początku, kiedy Kai odlatuje od ojca. Dla mnie ŚWIETNY. :D Kocham. <3 *.* Mogłabym oglądać ciągle. ;D Nie brak w nim smutnych momentów, jednak z pewnością nie cierpi na niedostatek humoru. ;DDD

   Przykładowa sytuacja:

   Mała (do Budzo): Jesteś potworem!
   Budzo: Dziękuję. Staram się jak mogę.

XD Albo:

   Ptak: A więc będziemy mieli uszy szeroko otwarte, a oczy... A nie, przepraszam. Oczy szeroko otwarte, a uszy...uszy... A uszy będą tam, gdzie mają być.

XD Wiem, że to trochę przekręciłam, więc się nie obraźcie. ;D

   A więc podsumowując ogromnie polecam ten cudowny film. ;D

   Przepraszam, że ta recenzja jest tak dziwnie napisana. ;/

   Na podstawie tego filmu piszę opowiadanie pt. jeszcze nie wiem jakim, ale chyba Apolitania. XD Tak wstępnie. ;D Wyczekujcie go na manytalies.blogspot.com ;DDD

   P.S. Chciałam o tym już dawno dawno temu napisać, ale ciągle zapominałam. XD Napisałam do Johna Flanagana! :D (autora serii "Zwiadowcy" i "Drużyna") Ale najlepsze jest wiecie co? To:

Yes. I've just written the 12th and final book in the series. I'm not sure when it will be released in Poland. You'd have to ask the local publisher.
John Flanagan



Jego odpowiedź. ^^

To na razie papa! ;***

P.P.S. Miałam dzisiaj jechać na działkę, ale leje. :C A wczoraj na obiad zamówiliśmy sobie pizzę. :D Smaczna była. ^.^











 

Nawet nie chce mi się liczyć ile razy zastanawiałam się jak przy tym nie płakać. :) Muzyka z Zambezii. ^.^

czwartek, 11 kwietnia 2013

Filmy

Hejo.
Jestem chora i się nudzę. Znacie jakieś dobre filmy? Polecajcie w komentarzach, błagam. Nie chce mi się ostatnio czytać. ;_; Jak już wezmę książkę to czytam ją z przyjemnością, ale ostatnio nie chce mi się brać. ;_; Polecam filmy "Zambezia" i "Jutro kiedy zaczęła wojna". Zambezia mimo, że animowana ma świetną fabułę. :) Myślałam, że będzie większą bajką dla małych dzieci, jednak polecam ją dla ludzi w każdym wieku. A Jutro to ekranizacja książki o tym samym tytule. Też świetny, ale dla małych dzieci nie polecam wcale. :) Kto oglądał "Atlas chmur", "Hotel Transylwania" lub "Małpy w kosmosie"? Ja oglądałam wszystkie te filmy i są świetne. :D Gorąco polecam. ;) Błagam, polecajcie jakieś fajne filmy.
To papa. ;*