Juhuu!
Oto odzywa się Wasza Jess dzień przed Wigilią! (inaczej w wigilię Wigilii) Jupi. ^^
Ech, odkładałam, odkładałam i w efekcie nie wstawię teraz zdjęć prezentów mikołajkowych. :c Tryumfy króla Niebieskiego, zstąpiły z Nieba Wysokiego! (Arka Noego wkracza do akcji - Jess słucha pastorałek)
Zacznę od Mikołajek klasowych.
A więc tak. Na matematyce (jupi!) dostawaliśmy prezenty. [Hope, kochana, podobał się? Mam nadzieję. ;*] Ja dostałam od koleżanki z klasy (naprawdę? A myślałam, że ze studiów) Gloria, gloria, glooria! (nadal Arka Noego) notes, długopis mikołajowy, książkę pt. "Vaclav i Lena" Haley Tanner oraz Ferrero. :3 Dziękuję Natalia! Jak dobrze Twoim dzieckiem być, Ojcze Nasz! Ogółem po szkole chodził Mikołaj ze śnieżynkami i rozdawali cukierki (Elfiki! *.*). No. To chyba tyle.
Wigilia klasowa.
Hm. No to tak. Początkowo szliśmy oglądać jasełka. W tym roku była pantomima. Naprawdę mi się podobało. Przybieżeli do Betlejem pasterze! Było o tym jak to ludzie po stworzeniu przez Boga Ojca (pan od religii) zgrzeszyli i odizolowali się od niego i byli zakuwani w łańcuchy i jak to Pismo Święte pomaga w uwolnieniu się. Chwała na wysokości, chwała na wysokości, a pokój na ziemi! Oczywiście był podkład muzyczny. Świeć gwiazdeczko mała, świeć! Nie, to nie ten podkład muzyczny. :P Było np. I don't care! I love it! oraz Przyznać to już czas! Aha, aha! Wina w każdym z nas! Aha, aha!
Potem był pokaz talentów, na którym występowała, m.in. nasza wschodząca gwiazda Wiktoria, która śpiewała (jak zwykle pięknie) "Gdy śliczna panna". Inni jeszcze śpiewali, tańczyli i takie tam.
Następnie poszliśmy do klas by jeść. (Moje babeczki zniknęły z miski w jakieś pięć minut! Kocham moją klasę!) Ogółem było trochę picia, żelki, chipsy, moje ciasteczka i babeczki oraz... emm? Było coś jeszcze? Hmm, pomyślmy... Naaad, dzieciąąątka, sneem. Emmm. A, i wafelki. ;) I pewnie coś jeszcze. Śpiewaliśmy sobie również kolędy klasowo. <3 Ciemna noc w jasności! Jak już wspomniałam... KOCHAM MOJĄ KLASĘ. <33333 Mimo że czasem jest wkurzająca. ;D Hej kolęda! Abyście święci byli! A, i przy okazji, nie ma to jak robienie sobie selfie. ^^ (Sylwia, Ada ;*) Ogółem przy niektórych życzeniach to aż się płakać chce. ;') Kocham Was dziewczyny! <3333 Nie, no naprawdę piękne, piękne, PIĘKNE. Dziękuję i brakuje mi słów. <3333 ;****
W sobotę miałam jeszcze Wigilię szałową. Hej kolęda! I Bogu zawierzyli! Ogółem tam najpierw były pokazy taneczne (bodajże cztery), a potem wszyscy poszli na górę jeść. Dopiero potem zjadłam sobie z cztery wafelki z czekoladą (<3), bo wcześniej nie chciało mi się pchać. :P A, no i wypiłam kubek coli. ;) Ale najlepsze było to, że spotkałam się z Sylwią! <333 Której dawno nie widziałam i ogółem ostatnimi czasy nie widuję zbyt często. :"C A, i zobaczyłam pana Marcina! ^^ Czołombitek był naszym wychowawcą na obozie. ^^ I mimo, że teraz jestem w innej grupie i tak czuję się pełnokrwistym Czołombitkiem! <3 (ma na nazwisko Czołombitko, więc nazwaliśmy się Czołombitki i nie lubi, gdy mówi się do niego per pan) A i ogromnie dziękuję Małgosi (pewnie i tak tego nie czyta) za życzenia. <3 Były one (i w sumie nadal są) dla mnie ogromnie ważne. Gdyż ponieważ życzyła mi m.in. żebym się dostała do Szału i z nimi tańczyła. <3333 Dziękuję! ;***
No, skoro już skończyłam z tym to teraz dziękuję serdecznie Poli za nominowanie (nominowała każdego kto chce) do odpowiedzi na pytanka. Takie świąteczne. ^^
1. Kiedy zaczynasz przygotowania do Bożego Narodzenia?
Emmm, szczerze? Zaczęłam je wczoraj. Jeśli nie dzisiaj. Ale jak ma się trzy klasówki w ostatnim tygodniu przed feriami... 2. Posiadasz kalendarz adwentowy?
A i owszem. :D I jestem z niego dumna. ^^ Gdyż ponieważ jest to kawał płótna (nie wiem czy wypada to tak nazywać...), na którym wiszą woreczki w liczbie 24. ^^ Nasza kochana mamusia (tak, nasza, ponieważ mam brata) zawsze je uzupełnia przed rozpoczęciem adwentu. Kiedyś były tam magnesy czy różne takie, a teraz są to słodycze. ;) Kocham to. <3
Heheh, kiedyś było tych woreczków więcej. :P
3. Jakie są Twoje ulubione filmy świąteczne?
A bo ja wiem... Hmmm. Może "Kevin..."? xD Wiem, nie jestem zbyt oryginalna. :P Ale z takich, które tak naprawdę NIE SĄ świąteczne to "Garbi: Super bryka" i "Charlie i fabryka czekolady". Już tłumaczę. Kiedyś, pamiętam, co roku był puszczany Charlie, trochę po świętach (oczywiście całą rodzinką oglądaliśmy ^^) i bodajże raz puścili Garbiego. (w tym samym czasie :/) 4. Czy masz jakieś wesołe wspomnienia świąteczne?
O tak! Podobne jak Pola. ;) Kiedyś, gdy Wigilia odbywała się u mnie w domu, rodzice (i pewnie nie tylko) uknuli plan. (jak już wspomniałam, podobnie jak u Poli) W pewnym momencie zadzwonił telefon mojej mamy. Ona "odebrała" i powiedziała coś w stylu: "Już jesteś? Nie możesz zostać? Okej, już wychodzę." W tym momencie "rozłączyła się" i poszła otworzyć (dla zmyłki) drzwi wejściowe. Potem naszym oczom ukazał się wielki karton wypełniony prezentami (zawczasu postawiony w korytarzyku, wyniesiony z piwnicy z tego co się dzisiaj dowiedziałam). Ehhh, piękne wspomnienie. :') (parę lat później dowiedziałam się, że mama miała nastawiony budzik) 5. Jak wygląda Boże Narodzenie w Twoim domu?
Ach, od paru lat Wigilia odbywa się u babci. Potem idziemy na pasterkę. A rano... prezenty!!! ^^ Najwcześniej wstaję ostatnio ja, potem mój brat, a na końcu rodzice. ;) Najczęściej idziemy na obiad do kogoś, następnego dnia również. 6. Co najbardziej lubisz w Świętach Bożego Narodzenia?
Ach, ten klimat. <3 Jest naprawdę genialny. I wszyscy się godzą... To taki piękny okres. ^^ Ogółem oprócz nastroju to również, zwyczajowo, wigilijną wieczerzę, prezenty... I takie tam ;) 7. Czy masz jakieś tradycje świąteczne?
O tak, zdecydowanie. Oprócz tych zwykłych co do Wigilii to jeszcze fragment Pisma Świętego czytam JA, a nie najstarszy członek rodziny. Tak jest odkąd nauczyłam się czytać, a wcześniej czytał mój brat. A i jeszcze jedna, szczególna, moja.... zawsze na Wigilię zabieram ze sobą lalkę. Tak, dobrze przeczytaliście. Lalkę. Ale nie jest to byle jaka lalka. Jest to Baby Born, którą dostałam kiedyś na święta. Zabieram ją, bo... bo... bo tak. Ostatnio pilnowała prezentów. :) (xD) 8. Jakie są Twoje ulubione piosenki świąteczne?
Nie będę zbyt oryginalna, gdyż ponieważ "All I want for Christmas" oraz "Jingle Bells Rock". ;) Pamiętam jak pani na angielskim dodatkowym nam puszczała piosenki świąteczne, w tym "Jingle Bells Rock". ^^ (Jupi! Dziś na angielskim też jej słuchaliśmy! ^^)
9. Jaką będziesz mieć choinkę w tym roku?
Żywą. ^^ Właściwie to już mam. Co z tego, że leży na podłodze w salonie, opakowana w folię? Ćśśś. Ale jest ^^ 10. Jaki jest Twój ulubiony zapach świąteczny?
Choinki. ^^ Oczywiste. ;D A, no i chyba kominka. ;) 11. Jaki kolor lampeczek choinkowych lubisz najbardziej?
Kolorowe. ^^ Takie chyba najbardziej. ;) (A jak już migają w nieskoordynowany sposób, tak jak jakieś dwa lata temu? Cudo) 12. Odliczasz dni do Świąt?
Nieee. Wtedy szybciej przyjdą. ;) 13. Ulubiony zimowy lakier do paznokci?
Nie maluję paznokci. ;) (no, może czasem) 14. Ulubiony zimowy napój?
A bo ja wiem... Może herbata? Bądź czekolada? Nawet sama nie wiem. 15. Jak wygląda Twój pokój podczas okresu świątecznego?
Eee. Ale tak od początku adwentu? Jak zwykle. xD (czyt. lepiej nie mówić) Dopiero potem (czyt. np. teraz) jest ładnie posprzątany. ;D A, no i mam swoją, małą, sztuczną choinkę. :D ^^
Oraz, tak jak Pola, zapraszam do odpowiedzi WSZYSTKICH, którzy chcą. ;)
*Zastrzeżenia*
Odpowiadałam na życzenia wczoraj, więc parę rzeczy się zmieniło. (czyt. choinka stoi z lampkami i jedną bombką [na razie]) Panna rodzi syna, panna rodzi syna. Boga prawdziwego, Boga prawdziwego! (pałeczkę przejęli Golec Uorkiestra)
Dzisiaj poszłam sobie po prezent dla mamy i stwierdziłam, że pofotografuję dla Was Białystok. (ledwo co potem doszłam do domu [a potem kolejne nadprogramowe chodzenie])
A więc tak. Dzisiaj nie będzie wszystkich zdjęć, bo jest ich za dużo. xD (jakoś tak wyszło...) Hejże, hejże, Panie Jezu, hejże, hejże, hoc hoc! Chodziliśmy, budziliśmy pastuszków całą noc!
Zrobili u nas piękną szopkę na rynku.
Tak, to są ŻYWE zwierzęta. :3 A jakie miękkie. *.* Osiołek i dwie owieczki. ^^ (chyba...)
A oto ratusz i plac przy nim. ;) Na rynku Kościuszki.
A oto maski, stojące niedaleko rynku. Em, a właściwie to jedna maska. Tylko z dwóch stron. ;)
A oto Kawelin. ;)
A oto park przy Pałacu Branickich. ;)
Emmm. Chciałam zrobić Wam artystyczne zdjęcia parku jeszcze bliżej Pałacu Branickich, więc weszłam sobie po schodkach, ale... emmm... coś mi nie wyszło. Gdyż ponieważ nie da się zrobić ładnych zdjęć tego:
Tam była fontanna.
Zrobiłam Wam za to zdjęcie Dionizosa inaczej Bachusa...
...oraz wazy z głowami faunów.
(piaskowiec, z tego co tam było napisane)
Oto tył Pałacu Branickich.
A oto przód.
Poszczególne elementy.
A oto brama wejściowa.
Następnie nogi mnie poniosły do parku obok Teatru. Oto choinka, która potem świeciła. (oczywiście, gdy już było ciemno)
Oto jakaś... emm, chyba rzeźba. ;)
A oto park w pobliżu Teatru. ;)
Baluj z nami, góralami! Szusuj w tańcu ósemkami!
A oto sam Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki
A oto most w parku.
(kiedyś był drewniany, lecz już się rozwalał :P)
Jak widać niektórzy pozawieszali już na nim swoje kłódki.
Przed Wami ładny budynek muzeum. (co dalej Jess, jakie to muzeum?) Muszę Wam, drodzy czytelnicy przyznać, że zbytnio nie pamiętam. Jakieś historyczne na pewno. :P
A oto wszędobylskie w tej okolicy SFC.
(to nazwa grupy break'owców w Szale)
A oto kawałek mojego kochanego Szału z zewnątrz.
Oto Kościół pw. Świętego Wojciecha
Hmmm, ciekawa wieża, nieprawdacie? Kiedyś była inna, ale, cóż, jak to powiedzieć... spłonęła. Tak, dobrze przeczytaliście, spłonęła. 15 września 2013r.
A oto pomnik upamiętniający pożar.
(ten krzyż był na czubku wieży. A że ciężki to narobił parę szkód w dachu, gdy spadł)
Na koniec Kościół Farny, pomnik św. księdza Jerzego Popiełuszki oraz dąb wolności zasadzony przez samego prezydenta RP Bronisława Marię Komorowskiego. (a przynajmniej tak jest tam napisane) [wieeeelki ;3]
Jestem DUMNA z tego posta! Bo jest dłuuugi. ^^ Kocham Was moi drodzy czytelnicy! (nie tylko tych co dotarli do końca posta ;])
*Zastrzeżenia*
Wybaczcie wszelakie błędy, ale już nie sprawdzałam tego posta. ;) 23 to trochę późna pora. ;)
Pozdrawiamy moją drogą grupę w Szale "Po Prostu Skład". Dzisiaj na zajęciach włącznie z moją kochaną trenerką (starszą ode mnie o rok) i ze mną były cztery osoby. <oklaski>
A na angielskim dodatkowym włącznie z panią pięć osób. Jupi. (xD)
Dobra kończę. Dobranoc i Wesołych świąt!!!!!!!!!!
Życzę Wam, aby te święta były bardzo rodzinne, udane, żeby wszyscy się zjednoczyli i żeby uśmiech Was nie opuścił. Żeby Sylwester był udany, a nowy rok lepszy od poprzedniego. Życzę Wam samych sukcesów i spełnienia marzeń. Dużo blogów do czytania i blogerom wielu życzliwych czytelników. Ogółem dużo miłości, przyjaźni, radości i wszystkiego co najlepsze. :) A tak egoistycznie to życzę Wam, aby nadal podobał się Wam mój blog. ;) KOCHAM WAS. <33333
Wracaj do mnie i pamiętaj, i pamiętaj, że chcę spędzić z tobą święta! (a teraz, emmm... nie wiem co to jest xD)
P.S. Do napisania kochani! ;****
Oglądał ktoś Mam Talent? Jeśli tak - to wiecie o kim będzie ten post, jeśli nie - wyjaśnię. ;)
Ostatnią jak dotąd (7.) edycję Mam Talent wygrał 15-letni wychowanek Domu Dziecka (tak, Domu Dziecka) w Dubience i Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Warszawie. Ma siostrę - Natalię, która ma 18 lat. Jego talentem jest śpiew. Fakt, nie śpiewa jeszcze najlepiej na świecie, ale przecież ma dopiero 15 lat i nie miał dotąd jak profesjonalnie rozwijać swojej pasji. Gra także w grupie teatralnej: "Teatr Moralnego Niepokoju".
Niektórzy ludzie są dziwni. Po prostu. Fakt - nie ukrywajmy - gdyby Adrian nie był z Domu Dziecka to wcale nie jest takie pewne, czy by wygrał. Tak już jest - jak jest prawo dżungli, tak i jest prawo show - im masz lepszą historię, tym masz większe szanse. Ale czy to jego wina? Co, prosił się by być sierotą? Żeby mieć tyle problemów? Wybaczcie, ale w to nie uwierzę. Nie ukrywam, historia Adriana pomogła mu wygrać. Ale dlaczego go za to obrażać? Dlaczego rzucać w niego wulgaryzmami? Ludzie, błagam Was, ogarnijcie się. Nie mówię, że musi Wam się podobać fakt wygranej Adriana. Nie mówię, że musicie go lubić. Ale dlaczego go za to nie lubić? Przecież to nie jego wina! No, na pewno chciał wygrać. Jak pewnie wszyscy! Nie widzę powodu, czemu miałoby się go atakować. Jeśli już to reklamacje do TVN-u. Ale wara od Adriana. ;))) (czy uważacie, że 'wara' to niestosowne słowo?) [zresztą uważam, że nie możemy zbytnio nie lubić kogoś, kogo tak naprawdę nie znamy. Chociaż niestety często się tego nie trzymamy]
A tak podsumowując, to uważam, że ludzie, którzy obrażają Adriana, nie czynią mu większej szkody, po prostu poniżają siebie. ;)
Z tego tematu to koniec. a teraz ponarzekam na szkołę.
Ludzie! Litości! Ile można męczyć uczniów rozprawkami?! Toż potem nawet charakterystyki porównawczej nie umieją napisać! (mówię tu o sobie) Niee, no, serio. Dzisiaj na sprawdzanie mieliśmy charakterystykę porównawczą dwóch osób, które buntują się przeciwko swojemu losowi. (pozdrawiamy testy GWO <like>) Chyba wkradły się tam u mnie elementy rozprawki. O.o Ludzie! Przecież my tyle je wałkujemy, że już z miejsca chce nam się pisać rozprawkę! (chodzi mi o styl)
No dobra, skończyłam. :D
Do napisania kochani! ;*
P.S. Mam już kolejną część "Elfa" napisaną, jeszcze tylko poprawki. ;*
P.P.S. Wie ktoś może, w którym odcinku castingowym był Adrian? Bo nie mogę znaleźć. xD
P.P.P.S. Wie ktoś może, czy to aby na pewno Gandalf wypowiedział w filmie ten cytat (patrz poniżej) i w którym filmie?
"Odwaga to nie brak strachu, lecz świadomość, że jest coś ważniejszego."
(ang. "Courage is not abscence of fear but to realize that is something more important")
Wszystkiego najlepszego z okazji Mikołajek kochani! ;*
Elf 15
Popołudniu
poszedłem znowu na plac ćwiczebny. Ligolis czekał tam na mnie z łukiem. Gdy
podszedłem bliżej, zobaczyłem, że nie jest to normalny łuk. Był krótki –
wyglądał na dwie trzecie zwykłego łuku. Jego część środkową zrobiono z
nieznacznie wygiętego, grubego i ciemnego kawałka drewna. Pośrodku znajdował
się uchwyt wyściełany miękką skórą i dopasowany do kształtu ręki. Na obu
końcach zostały umieszczone dodatkowe kawałki drewna, które wygięto, w stosunku
do środkowej części łęczyska, pod kątem.
- To łuk
refleksyjny – powiedziałem.
Książę kiwnął
głową z uznaniem.
- Owszem.
Skąd wiedziałeś?
- Czytałem o
nich.
- Bardzo
dobrze. Ten jest dostosowany do ciebie – Ligolis podał mi broń. – Wiesz jak
tego używać?
Przygryzłem
wargę.
- W praktyce
nigdy nie próbowałem.
- A więc
zaczniemy od podstaw.
Przez
dwadzieścia minut Ligolis uczył mnie nazw poszczególnych części łuku i kazał je
powtarzać. Potem musiałem naciągnąć cięciwę za pomocą napinacza. Zajęło mi to
dziesięć minut, a gdy skończyłem, miałem wrażenie, iż nie zdołam zrobić nic
więcej. Jednak Ligolis miał własne zdanie na ten temat.
- Teraz
spróbuj wystrzelić. Ale najpierw nałóż to – po czym podał mi ochraniacz na lewe
ramię. Wziąłem go od niego i nałożyłem. Następnie dał mi strzałę, która także
była krótsza niż te używane przy długich łukach.
Podszedłem do
narysowanej na ziemi linii wyznaczającej pozycję do strzału. Naprzeciwko mnie
znajdowała się duża tarcza. Naciągnąłem strzałę na cięciwę i uniosłem łuk. Wystrzeliłem.
Oczywiście, jak można się było spodziewać, nie trafiłem. Przez dalszy ciąg
lekcji Ligolis tłumaczył mi co robię źle i pomagał się poprawić. Pod koniec już
nawet zacząłem trafiać.
Wieczorem
byłem wyczerpany i niemalże od razu zasnąłem, męczony bólami prawie całego ciała.
Znajdowałem
się w zamku. Zewsząd bił chłód. Otaczały mnie ponure, kamienne mury, kryjące
niezliczoną liczbę tajemnic. Rozejrzałem się. Zobaczyłem Kubecka i Baldwina
wchodzących do komnaty Ligolisa i Haldira. Ruszyłem w tamtą stronę. Opryszkowie
już dawno zniknęli za drzwiami, a ja nadal biegłem i ani trochę nie zbliżałem
się do celu. Zacząłem panikować. Nagle poczułem jak lodowate macki łapią mnie
za ręce, nogi, tułów i ciągną do tyłu. Zacząłem krzyczeć. Wołałem do Ligolisa i
Haldira by uciekali. W pewnym momencie z ich komnaty wyłonili się Kubeck i
Baldwin. W dłoniach trzymali noże obficie ociekające krwią. Zacząłem krzyczeć
jeszcze głośniej. Wyrywałem się z uchwytów macek, lecz na próżno. Zacząłem
płakać z bezradności. Nagle Kubeck rzucił nożem. Rzucałem się jeszcze mocniej,
lecz nic to nie dało – nóż wbił się w moją nogę, która natychmiast zapłonęła
niemiłosiernym bólem. Krzyknąłem.
I wtedy się
obudziłem. Od razu jednak skuliłem się z bólu. Na szczęście wcale nie dostałem
nożem, lecz za to złapał mnie skurcz. Zacisnąłem zęby i starałem się go
przeczekać. Gdy już minął, ponownie zapadłem w sen, niestety bynajmniej nie
spokojny.
***
Siedziałem w
swojej komnacie i pisałem byle jakie zdania. Jednak zamiast liter łacińskich
używałem elfickich run. Musiałem przyznać, że coraz lepiej mi to wychodziło.
Minęły dwa tygodnie odkąd zacząłem się uczyć fechtunku, jazdy konnej,
strzelania z łuku i elfickiego. Podobało mi się w Whitemount, jednak nie mogłem
przegnać nachodzących mnie myśli o mojej rodzinie i świecie. Czasem, gdy miałem
naprawdę złe noce, śniły mi się koszmary o zniszczeniu mojego świata i rodziny,
w których uczestniczył także Kubeck. Teraz też moją głowę zaprzątały te myśli.
Westchnąłem i odłożyłem pióro. Ukryłem twarz w dłoniach, lecz to nie pomogło.
Wstałem po czym wyszedłem z komnaty. Skierowałem się w stronę donżonu. Gdy
dotarłem do celu, zapukałem w drzwi.
- Proszę! –
usłyszałem znajomy głos.
Wszedłem do
komnaty, którą odwiedzałem niemalże codziennie ostatnimi czasy. Zamknąwszy za
sobą drzwi, usiadłem niedaleko biurka.
-
Znaleźliście już coś? – zapytałem z nadzieją.
Ligolis
popatrzył na mnie współczująco.
- Jeszcze
nie, Leo. Ale pracujemy nad tym.
Westchnąłem.
- Wiem, wiem.
W tym
momencie otworzyły się drzwi prowadzące do sypialni i stanął w nich Haldir z kubkiem
w dłoni.
- O, witaj
Leo.
- Witaj
Haldirze. Co masz? – zapytałem, przechylając głowę na bok.
Starszy
książę popatrzył na swój parujący napój.
- Herbatę
ziołową. Chcesz spróbować?
- Nie, dzięki
– uśmiechnąłem się. Wszystkie posiłki były przynoszone do mojej komnaty, a
najczęstszym napojem do jedzenia była właśnie herbata ziołowa.
- Co cię tu
sprowadza? – spytał Ligolis, pochylony nad kartką, na której coś pisał.
Wzruszyłem
ramionami.
- Już ci
mówiłem.
Młodszy z braci podniósł na mnie wzrok.
- Przyszedłeś
tu tylko po to, żeby nas zapytać czy coś znaleźliśmy?
Nie
odpowiedziałem. Ligolis i Haldir obiecali mi, że poszukają sposobu, bym mógł
wrócić do domu. Niestety na razie nic nie znaleźli.
- Co robiłeś
zanim tu przyszedłeś, Leo? – spytał Haldir pomiędzy dwoma łykami herbaty.
Ponownie
wzruszyłem ramionami.
- Ćwiczyłem
runy – nagle coś mi się przypomniało. – Gdy tu szedłem zauważyłem coś dziwnego.
Bracia
spojrzeli na mnie pytająco.
- Jakby jakiś
obraz z wilkiem i gwiazdami – wyjaśniłem. W oczach książąt pojawił się błysk
zrozumienia.
- To herb, Leo
– wyjaśnił Ligolis. – Herb Whitemount.
- Herb
Whitemount? – powtórzyłem.
- Tak, Leo,
herb – potwierdził Haldir. – Każdy jego element ma określone znaczenie. Pięć
gwiazd oznacza pięć plemion elfów.
- Pięć plemion
– przerwałem mu. – Jak to?
- Tak to, że
istnieje pięć plemion elfów – pięć ras – wyjaśnił spokojnie starszy książę. –
Meilinowie, Konsisnowie, Roilanowie, Gesnoleinowie oraz Solinasowie.
- A Wy do
którego należycie? – znów się wciąłem.
- Cierpliwości.
Daj mi opisać najpierw herb. Pięć gór oznacza tereny, na których mieszkamy – my
jako plemiona. Wilk symbolizuje króla Whitemount w oparciu o pierwszego władcę
panującego przed tysiącami lat – Alamsila.
- To on
zapoczątkował nasz ród – wtrącił Ligolis znad kartki.
Haldir
pokiwał głową.
- Zgadza się.
Według legendy Alamsil przybył w to miejsce przed tysiącami lat wraz z wojskiem
i ludem. Nie wiadomo skąd się wzięli. Alamsil kazał zbudować właśnie w tym
miejscu, na tej górze miasto oraz zamek. Budowali je przez wiele lat. Alamsil
był dobrym władcą, kochanym przez podwładnych. I – jak już wspominaliśmy –
zapoczątkował ród, który rządzi do dziś.
- Ale czemu
wilk?
- Och,
widzisz, podobno Alamsil umiał zmieniać się w wilka.
- To była
jego druga natura?
Haldir
zaśmiał się.
- Nie, Leo. Zmieniał
się w wilka za pomocą magii. A uwierz, że to niełatwa sztuka, chociaż do
opanowania.
- A wy
umiecie?
- Nie.
Nastała
chwila ciszy. Przypomniałem sobie ostatni element herbu, więc zapytałem:
- A co
symbolizuje księżyc?
- Księżyc
symbolizuje Stwórcę.
- Stwórcę?
- Tak, Leo.
Księżyc symbolizuje tego kto nas wszystkich stworzył – Stwórcę.
- Według
legendy Stwórca przyszedł tu kiedy jeszcze nie było nic – włączył się Ligolis.
- I powoli tworzył nasz świat zaczynając od natury, a kończąc na stworzeniach.
Wszystkich nas stworzył – elfy, krasnoludy, czarodziejów. Wszystkich. Wszystko
co mamy zawdzięczamy Mu.
- A On nadal
żyje?
- On i s t n i e j e Leo. Jest wszędzie. Zawsze był, jest i zawsze
będzie. Tworzy nas i czuwa nad nami. Kocha nas.
- Czyli, że
jest także tutaj?
- Oczywiście
Leo. Jest także w sercu każdego stworzenia. Wie co się w nim dzieje. Pomaga
nam.
- Jej. Czyli
On może wszystko?
- Tak, Leo. Stwórca
jest wszechmogący.
- Nieźle.
Znowu nastała
chwila ciszy. Po chwili przerwałem ją.
- Ale czemu
akurat księżyc? I to na dodatek nie w pełni?
- Księżyc w
nocy dominuje na niebie – zaczął Haldir. - Nawet, kiedy nie jest w pełni.
Stwórca jest miłosierny. Chroni nas i pomaga, gdy jest z nami źle, a zło
bardziej kojarzy się z nocą.
- Aha.
Po kolejnej
chwili ciszy spytałem:
- Są jeszcze
jakieś herby tutaj?
- Jest godło –
powiedział Ligolis.
Jego brat
pokiwał głową.
- Tak. Godło
Whitemount i herb naszego rodu.
- Waszego
rodu? – ożywiłem się. – A jak on wygląda?
-
Cierpliwości Leo. Dowiesz się w swoim czasie. Skoro już jesteśmy przy
Whitemount to opiszę Ci godło, jeśli chcesz.
Pokiwałem
głową.
Haldir podszedł do jednej z szafek, otworzył szufladę
i wyjął kartkę pergaminu. Następnie wrócił i podał mi ją. Zacząłem uważnie
studiować szkic. Na pergaminie widniało drzewo w okręgu. W koronie były
narysowane owoce: banan, truskawka, winogrona, cytryna, jabłko, wiśnia i gruszka, a na ziemi leżały warzywa: marchew, pomidor, ogórek, papryka, ziemniak
i rzodkiewka.
Zmarszczyłem brwi.
- To ma być godło?
Haldir i Ligolis spojrzeli po sobie.
- A czego się spodziewałeś? – spytał ten drugi.
- Noo, nie wiem, ale… jakoś tak… to… - zaciąłem się.
- Taaak? – drążył lekko rozbawiony Ligolis.
Westchnąłem.
- No nie wiem. A tak w ogóle, czy nie powinno być
odwrotnie?
Bracia spojrzeli na mnie zdziwieni.
- Jak to? – nie zrozumieli.
- Herb i godło. Jako nazwy. Nie powinno być odwrotnie?
W oczach moich rozmówców pojawił się błysk
zrozumienia.
- Widzisz, Leo, my jesteśmy wyjątkowi – uśmiechnął się
Haldir.
- Jak to? – zapytałem z uniesioną brwią.
- U nas jest odwrotnie. Tak… po prostu. Jest i już –
wyjaśnił.
Na chwilę zapadła cisza.
- A… to co w końcu symbolizuje to drzewo? – spytałem.
- Ach, no tak – przypomniał sobie Haldir. – Drzewo
symbolizuje nasze królestwo. Owoce – różne rasy – krasnoludy, czarodziejów,
gnomy. Oczywiście elfy też. Jesteśmy otwarci na innych. U nas każdy może
znaleźć schronienie i pomoc.
- Prawie – wtrącił Ligolis ponownie pochylony nad
kartką.
- Faktycznie. Prawie – przytaknął Haldir. – Warzywa
symbolizują złe istoty. Między innymi Morduków. Morduków nie wpuszczamy.
- Morduków? – spytałem.
- Tak. Są to złe istoty. Wyglądają okropnie i są
okropne. Nie chciałbyś żadnego spotkać, uwierz mi – opowiadał starszy książę z
odrazą.
- A, tak – przypomniałem sobie. – Słyszałem o nich.
Haldir spojrzał na mnie ze zdziwieniem, a Ligolis
rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie znad kartki. Poczułem, że popełniłem
głupstwo.
- Słyszałeś? Gdzie?
- A, tak jakoś… gdzieś… coś tam… obiło mi się o uszy –
zacząłem się jąkać pod ostrzegawczym spojrzeniem Ligolisa i podejrzliwym
Haldira. – A kogoś jeszcze symbolizują te warzywa?
Starszy książę nadal dziwnie na mnie patrzył, lecz
odpowiedział:
- Mniej więcej. Ogółem złe istoty.
- Aha, ciekawe – po tym jakże błyskotliwym
stwierdzeniu zapatrzyłem się w sufit, który w tym momencie wydał mi się
nadzwyczaj interesujący. Haldir chyba jednak nie podzielał mojego zdania, bo
tylko zmarszczył brwi i nadal wpatrywał się we mnie, jakbym nałożył strój
clowna. W ciszy, która zapadła dało się słyszeć chrobot pióra. Ligolis powrócił
do pracy, lecz wciąż był spięty. Przez parę minut sytuacja wyglądała właśnie
tak. Co rusz znajdowałem nowy ciekawy fragment sufitu, który nadzwyczaj
szczegółowo studiowałem, Haldir patrzył na mnie i sprawdzał, czy przypadkiem
nie zmienię się w biegającego wieloryba, a Ligolis znalazł upodobanie w maczaniu
co chwila pióra w atramencie.
W pewnym momencie spojrzałem z powrotem na Haldira i
zapytałem:
- A wasz herb?
- Co nasz herb? – zdziwił się książę.
- No, wasz herb.
- Ale co nasz herb?
- No, wasz herb, no. Słowo mi wyleciało z głowy.
- I gdzie poleciało? – spytał niewinnie Ligolis.
Spiorunowałem go wzrokiem, po czym odpowiedziałem:
- Nie mam pojęcia. Pewnie na wakacje.
- O, a gdzie? To też bym się może wybrał.
- A skąd mi to wiedzieć? Jestem tylko miłym, biednym
chłopcem, którego właśnie zdradziło słowo, bo poleciało bez niego na wycieczkę
krajoznawczą.
- To w końcu na wycieczkę czy wakacje? – zainteresował
się Ligolis.
- A jest jakaś różnica? A poza tym skupiasz się na
nieistotnych szczegółach. Sednem mojej jakże wzruszającej historii jest
doświadczona zdrada.
W tym momencie Haldir nie wytrzymał i wybuchnął
śmiechem. Spojrzałem na niego z udawanym oburzeniem.
- Jak możesz się teraz śmiać? – pokręciłem
zrezygnowany głową. – Jesteście bez serca – dodałem załamanym głosem.
Teraz i Ligolis dołączył do brata, nie mogąc się już
dłużej powstrzymać. Spojrzałem na nich rozbawiony.
- No wiecie?
Zerknęli na mnie, krztusząc się ze śmiechu i chwilę im
zajęło opanowanie się.
- To mówiłeś – Haldir odkaszlnął. – że co robiłeś,
zanim tu przyszedłeś, Leo? – znowu odkaszlnął.
Spojrzałem na niego, unosząc brew i odpowiedziałem:
- Ćwiczyłem runy.
Nagle coś mnie tchnęło. Stwierdziłem jednak, że może
zaczekać.
- Ach, ciekawe, ciekawe, nie powiem – stwierdził Ligolis.
- To nie mów – wtrącił jego brat, za co został
spiorunowany spojrzeniem.
- A może tak chciałbyś coś porobić? No nie wiem, poćwiczyć?
- Hmmm – zastanowiłem się chwilkę. – Może. A co proponujesz?
- Jazda konna?
Rozpromieniłem się.
- Zgoda.
- Za dziesięć minut na dole?
- Zgoda.
Po tych słowach pożegnałem się i wyszedłem z pokoju
braci.
Poszedłem do siebie i od razu dopadłem do szafki.
Zacząłem wyrzucać jej zawartość, czyli kartki, w poszukiwaniu jednej
konkretnej. W końcu ją znalazłem i położyłem na stole. Potem szybko przejrzałem
resztę, a gdy zobaczyłem tę, o którą mi chodziło, dołączyła do poprzedniej na
blacie. Wodząc palcem po kartce szukałem odpowiedników dziwnych znaków
widniejących na papierze. Pierwsza litera: „X”. Druga: „A”. Trzecia… „Chwila,
jest taka w ogóle? A, jest, już widzę. Chwila, chwila…” Czułem jak oblewa mnie
zimny pot. Drżącym palcem wodziłem po kartce i niemalże niesłyszalnym szeptem
wypowiedziałem odpowiednik czwartego znaku. Gdy znalazłem piąty, odwróciłem się
od stołu i oparłem o niego, a ręką dotknąłem czoła. Moje usta układały się to w
słowo. Słowo, które napisałem podczas pierwszej lekcji elfickiego z Ligolisem.
Na kartce widniało słowo „Xalit”.
Naprawdę Was przepraszam kochani! Jeśli chcecie mogę Wam dać streszczenie poprzednich części. :P Tylko napiszcie w komentarzu. ;) I spokojnie: nie będę zła! Wiem, że to moja wina, a nie Wasza. ;D Niedługo pewnie znowu coś napiszę. ;)
Do napisania kochani i obfitych w prezenty Mikołajek! <3
Oto herb Whitemount (tak mniej więcej oczywiście XD):
(P.S. Prześwitują tam inne kartki, dlatego tak dziwnie wygląda :P)
A oto godło Whitemount (mniej więcej oczywiście + powinno być w kółku :P)
No, a teraz kończę. ;D Macie te blogi do poczytania w rekompensacie. :3
Jeśli o kimś zapomniałam - reklamujcie się. :P (a i jeśli u kogoś się pomyliłam w nazwie to poprawiajcie mnie i z góry przepraszam! Polu (jeśli to w ogóle czytasz) przepraszam Cię za odmianę ;])
Do napisania kochani! ;*
Miłego i błogosławionego tygodnia. <3
P.S. Nie przeszłam z żadnego konkursu, haha. XD A Wy? ;D Pochwalcie się. ^^
JEJCIUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! JEST ZWIASTUN!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
...
Wybaczcie. :) Poniosły mnie emocje. ;D Tutaj macie filmik:
Nie wytrzymie. T.T Masakra jakaś, tyle emooocji. ;'(
A tutaj parę cytacików. :D
"Everything I did, I did for them" ~ Thorin
"You started this. You will forgive me, if I finish it." ~ Thranduil (do Gandalfa)
"Now, we defend it." ~ Thorin
"You brought upon them only ruin and death." ~ Bard
"This bats are bread for one purpose - for war." ~ Legolas
"Leave Sauron to me." ~ Saruman
"You cannot see what you have become." ~ Dwalin (do Thorina)
" I will not hide, when others fight our battles for us!!!" ~ Kili <3 (do Thorina <3)
Postawiłabym serduszka przy większości, ale po prostu cytat Kiliego jest moim ulubionym (i najbardziej poruszającym) z całego zwiatunu. *.* W ogóle chyba to jest najlepszy zwiastun ze wszystkich, jeśli chodzi o "Hobbita", najbardziej poruszający zresztą (tak samo jak film podobno).
[moment z Kilim krzyczącym do Thorina w filmie będzie perełką, tak myślę *.*]
No, a teraz właściwa treść posta - opowiadanko. :D
Tutaj macie 22. odcinek pierwszej serii "Galactik Football" pt. "Brakujące ogniwo". To opowiadanie zaczęłam jakieś 3-4 tygodnie temu, ale jakos nie mogłam go skończyć. Do dzisiaj. :D ^^ :3 W odcinku, który wstawiam poniżej D'jok został porwany. Wyszło mi, że był w więzieniu około dobę. I tak ostatnio myslałam, że szkoda, że tego nie rozwinięto. Byłem dobę w więzieniu, nie do końca wiedziałem dlaczego - nieee, no co wy, dlaczego miałoby się to odbić na mojej psychice, skąd ten pomysł. -.-
W każdym razie, rozwijam tu ten wątek, a pod spodem odcinek, z którego fragment (w sumie łącznie trzy) jest w opowiadaniu. :)
D’jok obudził się ze
straszliwym bólem głowy. Jęknął i przez chwilę nie otwierał oczu. Bał się co
mógłby zobaczyć. Powoli wszystko sobie przypominał. Micro Ice’a śpiewającego
pod prysznicem. Dzwonek do drzwi. Robota, który go zaatakował. Potworny ból
głowy. D’jok mocniej zacisnął powieki. Po chwili wahania lekko uchylił jedną z
nich. Zobaczył sufit i słabe światło. Otworzył także drugie oko. Wtedy ujrzał w
pełni miejsce, w którym się znajdował. Było to nieduże pomieszczenie z
mrugającą co jakiś czas świetlówką. D’jok podniósł się na łokciach i ostrożnie
rozejrzał. Pomieszczenie rzeczywiście nie było duże, miało także nieregularny kształt. Naprzeciwko
znajdowały się drzwi. D’jok delikatnie wstał, jednak wtedy powrócił potworny
ból głowy i chłopak z jękiem upadł na kolano. Odczekał chwilę, po czym podjął
próbę wstania. Na chwiejnych nogach podszedł do drzwi i spróbował je otworzyć.
Oczywiście były zamknięte. D’jok naparł na nie całym ciałem, jednak te nie
ustąpiły. Wtedy począł w nie walić. Na początku słabo, potem coraz mocniej. Po
jakimś czasie dołączył również krzyk. W każde uderzenie dawał całą swoją
frustrację, swój strach, swoją niepewność. Jednak drzwi nie ustąpiły. Po paru
minutach D’jok zaprzestał daremnych prób wydostania się i opadł na ziemię.
Oparł się plecami o drzwi i zaczął płakać z bezradności. Całe jego ciało
przenikał strach, który był wyczuwalny niemalże w całym pomieszczeniu. Serce D’joka
było przepełnione bólem, wywołanym przez niepewność i frustrację, które z każdą
minutą coraz bardziej rozrastały się w jego umyśle. Był sparaliżowany przez
nieprzychylne emocje, nad którymi nie był w stanie zapanować. Nie wiedział,
która godzina, lecz powoli ogarniało go zmęczenie. Mimo to nie mógł zasnąć.
D’jok wstał i chwiejnym krokiem podszedł do ściany naprzeciwko. Położył się na
ziemi, zwijając w kłębek. Nadal było słychać cichy szloch. Chłopak stwierdził,
że musi przemyśleć całą tę sytuację. Został porwany – to nie ulegało
wątpliwości. Ale przez kogo? D’jok musiał się chwilę zastanowić. Przez robota.
A robot został wysłany przez… Bleylock. To imię pojawiło się w umyśle D’joka
nagle, jak błyskawica, i przeszyło całe jego ciało niczym prąd. Głośno jęknął i
mocniej zaszlochał. Skoro Bleylock go porwał to znaczy, że będzie chciał dopaść
Sonny’ego… „Tatę” – poprawił się w myślach D’jok. – „On jest twoim ojcem”.
Bleylock będzie chciał dopaść tatę,
a skoro chce go dopaść to znaczy, że… będzie chciał odebrać mu metafluxa.
Dochodzenie do prawdy było dla D’joka bolesne, jednak stwierdził, że musi to
zrobić, by lepiej zrozumieć sytuację. Bleylock go porwał, bo chciał zwabić
Sonny’ego z metafluxem do siebie. Na pewno będzie go szantażował… Ale jak?
D’jok wiedział, że Sonny wyleciał z metafluxem, jeszcze w czasie trwania ich
półfinałowego meczu. Jak Bleylock miał zamiar przekazać mu wiadomość, że więzi
jego syna? D’jok nie miał pojęcia, lecz wiedział, że ktoś taki jak Bleylock
znajdzie sposób. Chłopak stwierdził, że musi przestać o tym myśleć. Spróbował
pomyśleć o meczu. Niestety pierwsza połowa przyćmiewała drugą. Do umysłu D’joka
wkradały się obrazy zderzających się Snow Kids, piłki w siatce za Ahito,
zmęczonych i zrezygnowanych twarzy kolegów z drużyny. Zacisnął mocniej powieki.
Przed oczami pojawił mu się obraz Micro Ice’a. Mimowolnie się uśmiechnął. Znał
Micro Ice’a od dziecka, wychowywali się razem, chodzili razem do przedszkola,
do szkoły. Wszędzie. Zaraz pojawił się kolejny miły obraz. Mei. Początkowo nią gardził,
ponieważ widział jak ona gardziła Micro Icem. Potem go oczarowała. Dopiero
poniewczasie zorientował się, że był tylko narzędziem w jej rękach, narzędziem,
dzięki któremu miała zostać napastniczką. Jednak potem zauważył jak się
zmieniła. Zaczęło jej zależeć na dobru drużyny, stała się miła i pomocna. D’jok
stwierdził, że już nie żywi wobec niej złych uczuć. Wręcz przeciwnie. Gdy wtedy
zemdlała… naprawdę się o nią martwił. Na szczęście wyzdrowiała. Nagle przed
oczami D’joka znowu pojawił się Micro Ice, tym razem z twarzą wykrzywioną
złością. „Twoja dobra passa się skończyła. Straciłeś najlepszego przyjaciela!”
– krzyknął. D'jok po raz kolejny głośno jęknął i ukrył twarz w dłoniach. Po chwili
je opuścił, otworzył oczy, a po chwili znowu je zamknął. Zaczął głęboko
oddychać. Jego oddech stał się urywany, gdy znów zaczął płakać. Pomyślał o
tacie. Ciekawe, czy już dostał wiadomość? A jeśli tak, to co robi? Leci po
niego? Olewa całą tę sprawę? A może nadal nie zdecydował co robić? D'jok przez
chwilę zastanawiał się czy chce, żeby ojciec przyleciał po niego. Jeśli to
zrobi siłą rzeczy odda Bleylockowi metaflux. A to z kolei najpewniej by
oznaczało zagładę całej galaktyki. Za to jeśli Sonny nie przyleci i zapewni
Bleylocka, że tego nie zrobi, wtedy... D'jokowi zmroziła się krew w żyłach na
myśl co wtedy mogłoby nastąpić – D'jok przestałby mu być potrzebny. A skoro tak
to... Chłopak zadrżał. Jednak chce, mimo wszystko chce, by ojciec po niego
przyleciał.
- Tato – wyszeptał D'jok ochrypłym głosem. - Tato, proszę. Przyleć
po mnie. Błagam cię przyleć. Przyleć po mnie...
D'jok cicho zaszlochał. Znowu ogarnęło go znużenie. Początkowo
chłopak opierał się, gdyż bał się zasnąć. Jednak potem stwierdził, że to nie ma
sensu. Sen powoli wziął go w swoje ramiona.
Oczywiście nie był to spokojny sen. Chłopaka cały czas dręczyły
koszmary. Rzucał się na podłodze, krzycząc przeraźliwie. Widział tatę
podającego sobie dłoń z Bleylockiem, a następnie rzucającego metafluxem w
stadion Genesis i mówiącego do D'joka: „To dla ciebie synu”, a innym razem
Bleylocka rzucającego metafluxem w przerażonego śmiertelnie tatę. Czasami
przewijały się też obrazy Snow Kids: Mei rzucającą w niego metaflux z drwiącym
uśmieszkiem, mówiąca: „Ależ oczywiście, że cię kocham D'jok”, Micro Ice'a
rzucającego metafluxem w Mei, która woła o pomoc, Clampa bawiącego się
metafluxem, a następnie jedzącego go, Aarcha rzucającego metafluxem w niestarającą
się drużynę.
D'jok obudził się cały zlany potem. Policzkiem dotykał chłodnej
podłogi. Nie wiedział ile spał, nie wiedział która godzina. W jego celi cały
czas panował półmrok. D'jok ostrożnie podniósł się do pozycji siedzącej i
rozejrzał. Na podłodze, jakiś metr od niego, leżała tacka z metalowym kubkiem i
kawałkiem chleba. D'jok nie miał pojęcia jakim sposobem się tu znalazła.
Podpełzł do niej i zajrzał do naczynia. W środku znajdowała się woda. Ostrożnie
wziął kubek w drżące ręce i upił łyk. Natychmiast jednak go odstawił i
zwymiotował. Zaczął kaszleć. Woda smakowała jak ścieki. D'jok wprawdzie nigdy
ich nie próbował, ale był przekonany, że tak właśnie smakują. Sięgnął po chleb
w nadziei zatuszowania okropnego smaku. Na próżno jednak. Pieczywo było twarde
jak kostka brukowa, a gdy chłopak spróbował je ugryźć, aż zabolała go szczęka.
Zrezygnowany odłożył chleb, odczołgał się od tacki i oparł plecami o ścianę. Po
policzku spłynęła mu pojedyncza łza. Powróciły strach, niepewność i
zrezygnowanie z dnia poprzedniego. A może to był ten sam dzień? D'jok nie miał
pojęcia. Jednak wiedział, że jeszcze trochę i psychicznie nie wytrzyma.
Pomyślał o ojcu. Fala sprzecznych uczuć uderzyła w niego z taką mocą, że aż
zgiął się wpół. Po policzkach pociekły mu łzy. Czy Sonny został już
poinformowany? Jeśli tak, to co zrobi? Zostawi go, porzuci? Czy może zaryzykuje
bezpieczeństwo całej galaktyki by go ratować?
"Nie myśl o tym, nie myśl o tym głupi..." - powtarzał sobie D'jok,
lecz bez skutku. Niepewność przeniknęła całe jego ciało, wędrując przez żyły,
by dotrzeć aż do głębi serca. Po co jego ojciec miałby po niego przychodzić?
Przecież dopiero niedawno się poznali. I w tym czasie miałby pokochać go tak
bardzo, by zaryzykować jego bezpieczeństwo za bezpieczeństwo całej galaktyki? Niemożliwe. Tylko takie słowo pasowało
D'jokowi jako odpowiedź na te wszystkie pytania. Zaczął płakać. Ponownie.
Wielkie łzy toczyły się po jego policzkach. Położył się na ziemi i zwinął w
kłębek. „Znajdź sobie inne zajęcie głupi!” - krzyczał na siebie w myślach. Po
paru minutach wstał i podszedł do tacki z „jedzeniem”. Wziął chleb i przyjrzał
mu się. Ostrożnie podniósł się z klęczek i podszedł do ściany. Przejechał po
niej pieczywem, zostawiając rysę. Uśmiechnął się nieznacznie. Zaczął rysować
plątaniny kresek i kółek. Wychodziły mu różne dziwne wzory. „Wyglądają jak
rysunki ześwirowanego więźnia” - pomyślał z przekąsem. Jednak nie przestał
rysować. Po jakimś czasie zaczęły mu wychodzić twory coraz bardziej
przypominające konkretne rzeczy, jak na przykład: piłkę, puchar, bransoletkę.
Zanim D'jok się obejrzał, cała ściana w zasięgu jego ręki była już zarysowana.
Chłopak odsunął się na odległość kilku kroków, by podziwiać swoje dzieło. Widok
by go z lekka przeraził, gdyby był w normalnej sytuacji. Jednak teraz wiedział,
że to co ma przed sobą to nic innego jak jego emocje. Rysując, dał im upust.
„No proszę, może powinienem zrezygnować z kariery piłkarza i zostać malarzem?”
- pomyślał z przekąsem. Zaśmiał się ze swojego żartu. Niestety, mimo wszystko
złe emocje go nie opuszczały. Spojrzał na chleb, który trzymał w ręku. „Cóż za
przydatną cegiełkę mi dali. Jaki miło, że oni o mnie myślą.” D'jok zamachnął
się i z całej siły rzucił pieczywem o przeciwległą ścianę. Chleb odbił się i z
głuchym uderzeniem upadł na podłogę. Piłkarz zaśmiał się nerwowo i usiadł pod
ścianą naprzeciwko drzwi. Zaczął bębnić palcami po kolanach, potem po podłodze.
Położył się, następnie podniósł. Wstał, przeszedł się w tę i z powrotem. Usiadł
po turecku pod ścianą. Spojrzał w górę, potem w dół. Położył się na plecach,
podniósł nogi do góry i zrobił rowerek. Zaśmiał się nerwowo, po czym zgiął
kolana, a stopy postawił na ziemi. Przewrócił się na bok, potem znowu.
Przeturlał się pod drzwi, a następnie wrócił. Znów się nerwowo zaśmiał. Usiadł
z powrotem, oparł się plecami o ścianę i odchylił głowę do tyłu. Po chwili
jednak ją opuścił.
Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Zaskoczony uniósł głowę i
zobaczył robota. Przez moment był tak zdziwiony, że zastygł w bezruchu. Po
chwili robot bezpardonowo podniósł
chłopaka do pionu i brutalnie pociągnął za sobą. Piłkarz, zdezorientowany, nie
protestował. Wciąż oszołomiony patrzył jak robot zakuwa mu ręce na plecach w
kajdanki, wyprowadza z celi i ciągnie korytarzami. Po jakimś czasie wyszli na
most, gdzie czekał na nich Bleylock, obok którego stał kolejny robot. D'jok na
widok największego wroga swojego ojca wzdrygnął się, a jego ciało przeszył
promień strachu, który zagnieździł się w sercu i umyśle. „Nie myśl o tym, nie
myśl o tym” - skarcił się w myślach i próbował zachować obojętny wyraz twarzy.
Robot podprowadził go do Bleylocka, który powitał go złowrogim uśmieszkiem.
D'jok zaś odpowiedział mu hardym spojrzeniem. Jednak nie mógł długo wytrzymać
patrzenia na swojego wroga, więc przeniósł wzrok na budynek przed sobą.
Bleylock zrobił to samo. D'jok zastanawiał się po co wróg jego ojca kazał go tu
sprowadzić. Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Po jakichś pięciu minutach
czekania z budynku naprzeciwko wyłonił się Sonny z opaską na oczach i pudełkiem
w ręku, które były połączone kajdankami. Tuż za nim postępował Baldwin. Współpracownik
Bleylocka zdjął piratowi opaskę z oczu, a Sonny wycelował palec w swojego wroga
i powiedział:
- Masz mnie Bleylock, puść mojego syna!
- Chwileczkę Blackbones,
chwileczkę… - powiedział generał Technoidu. – Najpierw chcę zobaczyć metafluxa.
Sonny podszedł do przodu, za nim
krok w krok postępował Baldwin. Pirat przyklęknął na prawe kolano, odpiął
kajdanki, po czym uniósł pudełko, wcisnął odpowiednie przyciski na bokach i
pokrywa zniknęła. Ukazał się metaflux, a Sonny wyciągnął ręce w stronę
Bleylocka, który nie czekając ani chwili przywłaszczył sobie wynalazek.
- Nareszcie – powiedział,
zapatrzony w swoją zdobycz.
W tym momencie D’jok nie
wytrzymał:
- Dlaczego wróciłeś? Nie musiałeś…
– te słowa skierowane były do Sonny’ego.
- Dopiero cię odnalazłem. Nie
mogę cię stracić. Tak jak twoją matkę.
D’jok poczuł jak robi mu się
ciepło na sercu i mimowolnie uśmiechnął się lekko. Lecz zaraz to uczucie
zniszczył Bleylock.
- Proszę, wzruszające – rzekł z
ironią.
- Puść nas Bleylock! Masz czego
chciałeś – nie wytrzymał przywódca Piratów.
- Spokojnie Blackbones – generał uśmiechnął
się chytrze. Sonny zmarszczył brwi. – Jesteś mi bardziej potrzebny niż myślisz.
Brać go! – rozkazał Bleylock, wskazując palcem w stronę pirata. Jeden z robotów
ruszył w jego stronę.
D’jok poczuł jak zaczyna się w
nim gotować, a jednocześnie oblewa go zimny pot.
- Zdrajca! – zwrócił się wściekły
do Bleylocka. – Obiecałeś!
- Obiecałem cię puścić i właśnie
to robię – odpowiedział niewzruszony generał. – Jednakże – spojrzał na D’joka z
błyskiem w oku. – Jeśli chcesz jeszcze zobaczyć swojego ojca, musisz być
lojalny – rzekł z naciskiem na ostatnie słowo, pochylając się lekko.
- Nie słuchaj go D’jok! –
krzyknął Sonny, odprowadzany już przez robota. D’jok spojrzał w jego stronę i
poczuł jak serce mu się kraja. – Nie martw się o mnie. Wydostanę się stąd!
Chłopak spuścił głowę, żeby
Bleylock nie zobaczył łez, które napłynęły mu do oczu. Smutnym wzrokiem patrzył
za odprowadzanym ojcem. Po chwili podjął decyzję.
- Co mam zrobić? – spytał
pokonany spuszczając mocniej głowę.
- Zupełnie nic, spraw tylko, żeby
Snow Kidsi przegrali w finale.
D’joka aż zamurowało. Odwrócił
się do Bleylocka.
- Ale… - zaczął.
- Jesteś najlepszy. Jeżeli
zagrasz źle – stwierdził generał unosząc palec wskazujący do góry. - nie pokonacie Shadowsów.
- Ale… to moi przyjaciele, liczą
na mnie. Nie zrobię tego! – rzekł zacięcie D’jok.
- W takim razie stracisz swojego
ojca – Bleylock postawił sprawę jasno. – Wybór należy do ciebie.
Chłopak otworzył szerzej oczy ze
zdumienia i strachu. Jednak Bleylock przestał już się nim interesować, tylko
machnął na robota, który po raz kolejny bezpardonowo pociągnął D’joka za sobą. Chłopak
zamknął oczy, a gdy je znowu otworzył ujrzał ciemność, co go na chwilę
zdezorientowało, po czym uświadomił sobie, że po prostu Baldwin zawiązał mu
opaskę na oczach. Okazało się, że to było zbędne, gdyż D’jok całą drogę był
jakby nieobecny duchem. Jego umysł był otępiały z nadmiaru wrażeń. Po jakimś
czasie robot rzucił nim o ziemię i chłopak zaliczył mocne zderzenie z gruntem.
Robot rozkuł go i odszedł. D’jok chwilę leżał w bardzo niewygodnej pozycji, po
czym przewrócił się na plecy i zdjął opaskę. Zamrugał od nadmiaru światła i
jęknął. Gdy już się przyzwyczaił, patrzył tępo w górę i nie miał zamiaru
wstawać. Po paru minutach jednak zmienił zdanie i ostrożnie się podniósł. Przez
chwilę chwiał się na nogach, a gdy się już ustabilizował, podszedł parę kroków
do przodu i spróbował zorientować się gdzie jest. Rozejrzał się i stwierdził,
że znajduje się w jakiejś uliczce. Ruszył do przodu, na wszelki wypadek wodząc
ręką po ścianie. Wszystko dopiero powoli do niego docierało. Po jakimś czasie w
pełni uświadomił sobie co się stało i upadł na kolana. Ukrył twarz w dłoniach i
zaczął płakać. On został uwolniony, tak, to prawda. Za to jego ojciec,
poświęciwszy się dla niego, został pojmany. Czy gdyby o tym wiedział i tak by
przyszedł? „Przestań!” – krzyknął na siebie w myślach D’jok. Uniósł głowę i
podświadomie cieszył się, że nie widzi w tej chwili swojego odbicia. Ostrożnie
wstał i ruszył dalej, nadal trzymając się ściany. „Co ja narobiłem?” – myślał. –
„To wszystko moja wina! Gdybym nie… gdybym nie…” D’jok właściwie nie wiedział
czego nie powinien był robić, by tak się nie stało, jednak to nie przeszkadzało
mu się obwiniać. Znowu zaczął rzewnie płakać, lecz tym razem nadal idąc.
Spojrzał przed siebie rozmazanym przez łzy wzrokiem. „To moja wina” – te słowa
odbijały się echem po jego czaszce, wysyłając do serca impuls z wiadomością „cierpisz”.
Ból psychiczny znowu zamienił się w ból fizyczny, przenikając każdy zakątek
jego ciała. Najbardziej cierpiało jednak jego serce. Każde uderzenie wywoływało
u D’joka ból, który rozchodził się po ciele, trafiając zarówno do mięśni jak i
do mózgu oraz wyciskał łzy. D’jok przystanął. „Chłopie, co ty wyprawiasz?” –
pomyślał. – „Nie możesz w takim stanie pokazać się drużynie!” Chłopak przełknął
ślinę i otarł łzy wierzchem dłoni. Wziął głęboki oddech i wyprostował się. Uniósłszy
głowę do góry, zaczął iść do przodu. Wykorzystując swój umysł próbował
zmniejszyć ból fizyczny, który po jakimś czasie powrócił do swojego pierwotnego
stanu: bólu psychicznego. D’jokowi było to na rękę, bo stwierdził, że ból
psychiczny łatwiej ukryć. Przygotowywał się przecież na spotkanie z drużyną. „Którą
masz zdradzić” – przemknęło mu przez myśl. D’jok zacisnął szczęki i pięści, ale
nie stanął. Po chwili wyjrzał zza rogu jednej z bocznych uliczek, którymi szedł
i stwierdził, że jest już stosunkowo niedaleko hotelu. Wziął parę głębokich wdechów
i kontynuował podróż. Szedł sztywno, usiłując zdusić rewolucję w swoim umyśle.
Czasem mu się udawało, lecz już po chwili wybuchały powstania, które wbrew pozorom
nie tak łatwo było uciszyć. D’jok przeżywał istny szok, gdy słyszał niedaleko
siebie śmiechy. „Jacy oni są szczęśliwi” – pomyślał z niedowierzaniem. Mu
niestety to szczęście zostało przedwcześnie zabrane. Mógł nadal cieszyć się z
gry, śmiać się wraz z przyjaciółmi, być
szczęśliwym. Ale nie, Bleylock musiał oczywiście wszystko zniszczyć. Musiał
zdusić radość z odnalezienia ojca, więżąc go. D’jok wiedział, że teraz nawet
piłka nie da mu szczęścia – będzie mu za to przypominała o zdradzie, której
niedługo miał zamiar dokonać, w próbie ratowania ojca. Wiedział, że tylko on
może mu pomóc. On i nikt inny. D’jok poczuł jak wilgotnieją mu oczy, więc
szybko przełknął ślinę i wziął kolejny głęboki oddech. Nie, nie da się. Nie
pokaże jak bardzo cierpi. D’jok nagle przystanął i zadarł głowę do góry.
Otworzył szerzej oczy ze zdumienia. Stał przed hotelem Snow Kids. Jak on tam
doszedł tak szybko? D’jok nie miał pojęcia. Pomyślał, że pewnie zrobił to podświadomie.
Chłopak spojrzał przed siebie na wejście. Wreszcie, na miękkich nogach, wszedł.
Lekko zdezorientowany szedł przed siebie, wsiadł do windy i dotarł na piętro
Snow Kids. Odetchnął parę razy głęboko i ruszył w kierunku świetlicy. Był
pewien, że tam ich znajdzie. Kto jak kto, ale Micro Ice na pewno się
zorientował, że go nie ma. Gdy był już niedaleko, usłyszał głos Thrana i poczuł,
jak nogi się pod nim uginają. Jednak teraz nie było już odwrotu. Szedł hardo
dalej, a gdy był już blisko usłyszał głos Mei:
- … Micro Ice ma coś do
powiedzenia.
- Już mówię. D’jok zniknął – syn
przywódcy Piratów usłyszał głos przyjaciela. W tym momencie był już u wejścia,
więc oparł się o framugę, włożył ręce do kieszeni i spróbował przywołać wesoły
wyraz twarzy.
- Co?! – zawołała reszta unisono,
nie zauważywszy jeszcze obecności D’joka.
- Prawdopodobnie został porwany –
kontynuował Micro Ice. D’jok stwierdził, że w tym momencie może zareagować.
- To bardzo ciekawe co mówisz
Micro Ice – rzekł, starając się brzmieć wesoło.
Wszyscy spojrzeli w jego stronę,
niektórzy z lekka zdezorientowani. Mei i Micro Ice, którzy do tej pory stali do
niego plecami, również się obrócili.
- D’jok? – Micro Ice także się
zdziwił. - Ale… gdzie byłeś? – w jego głosie wyczuwało się ulgę.
- Nie mogę ruszyć się bez ciebie?
O ile wiem, nie jesteśmy małżeństwem – zażartował D’jok.
- Jesteśmy zgodni w tym temacie –
stwierdził rozbawiony Thran.
- Hahaha, bardzo śmieszne – Micro
Ice, który obrócił się do Thrana, widocznie nie docenił takiego poczucia
humoru.
D’jok jeszcze przez chwilę, szczęśliwy,
przyglądał się przyjaciołom. „Za parę dni ich zdradzisz” – zabrzmiało w jego
umyśle. Chłopak spuścił głowę.
- Pójdę do siebie – powiedział,
mrugając do nich. Następnie, z dłońmi w kieszeniach, ruszył w stronę swojego
pokoju.
Gdy wreszcie doszedł, położył się
na łóżku z dłońmi pod głową. Rozmyślał nad ostatnimi wydarzeniami, co sprawiło,
że łzy napłynęły mu do oczu. Patrzył tępo w sufit, wspominając. Po jakimś
czasie zamknął oczy. Wiedział, że te wydarzenia będą go prześladowały przez
bardzo długi czas. Z tą myślą zasnął.
Przepraszam, że nie pisałam, ale mam urwanie głowy. ;/ Trzecia klasa i konkursy... Mam nadzieję, że zrozumiecie. :)
Taaa-daaaaaaaam!!! Oto setny (opublikowany) post na tym blogu! To dzięki Wam! Dziękuję kochani!!! Kocham Was!!!!!! <3 <3 <3 <3 <3
A teraz do rzeczy. :D
Oto opowiadanie o GF-ie (Galactik Football). Nie jest jednym z tego fanfiku, o którym mówiłam - to twór niezależny. Chociaż będę do niego nawiązywać w tym głównym. Napisane pod wpływem chwili, a dokładniej - dnia. Zresztą zobaczycie w opowiadaniu. ;) Nietrudno się domyślić, z czym związany, patrząc na dzisiejszą datę. XD
A teraz przejdźmy do opowiadania. W sumie jestem zadowolona z tego tekstu. Myślę, że mi dobrze wyszedł, a jaka jest Wasza opinia? Piszcie w komentarzach. :D
(chociaż w sumie końcówka mogłaby być lepsza, tak myślę...)
Był chłodny, jesienny dzień. Słońce
wyglądało co jakiś czas zza chmur, oświetlając kamienne płyty. Ptaki latały od
drzewa do drzewa, zachowując jednak ciszę, powszechną w tym miejscu. Powiał chłodny
wiatr, zabierając ze sobą liście, walające się na ziemi. Tia opatuliła się
szczelniej płaszczem i rozejrzała dookoła. Policzki miała już zaróżowione, a
włosy potargane od wiatru. Szła powoli, przysłuchując się cichej rozmowie
rodziców, idących lekko z przodu.
- To teraz
jeszcze do moich dziadków, twojej babci i mojego wujka… - mówiła Vanessa.
Collin tylko
przytaknął i obejrzał się na córkę. Tia szła zamyślona za rodzicami,
rozglądając się na boki. Lubiła odwiedzać cmentarz, chociaż przez to miejsce
wpadała w melancholię. Najgorsze dla Tii było patrzenie na groby dzieci oraz jeśli
na nagrobku data śmierci była zbliżona do dzisiejszej. To miejsce skłaniało do
refleksji, nad własnym życiem i nie tylko. Cmentarz był miejscem, w którym…
można coś przemyśleć. Cisza na nim panująca bardzo w tym pomagała.
- Ojej. Tam
siedzi jakiś chłopak. I… on chyba rozmawia z grobem – głos mamy wyrwał Tię z
zamyślenia. Dziewczyna spojrzała w kierunku, w którym patrzyła jej matka i
zmrużyła oczy. Faktycznie, siedziała tam jakaś postać, i chyba coś mówiła. Ta postać
miała rude włosy…
- Masz rację,
kochanie – lekko zmartwiony głos taty, jakby do niej nie dotarł.
Tia
przyjrzała się jeszcze raz postaci. Wyglądała jakoś znajomo… Dziewczyna
pobladła. Ona znała tego chłopaka.
- No cóż,
nie mamy wyjścia, musimy tam podejść. Może się zorientuje…
- Mamo – Tia
przerwała wywód Vanessy, która od razu na nią spojrzała. – Ja znam tego
chłopaka – dodała ciszej.
- Znasz? –
Collin niedowierzał. - To kto to jest?
- D’jok –
powiedziała niemal szeptem Tia.
Jej rodzice spojrzeli
po sobie. Tak, znali D’joka. Prawie tylko z widzenia, może ze dwa razy z nim
rozmawiali, ale znali. Tia za to wiedziała o nim więcej, może i nie była z nim
zbyt blisko, ale zobaczenie go rozmawiającego z grobem z pewnością musiało być dla
niej swego rodzaju szokiem. Collin podszedł do swojej córki i położył jej rękę
na ramieniu.
- Musimy tam
podejść, Tia – powiedział cicho.
Dziewczyna
przytaknęła. Powoli ruszyli w stronę D’joka. Chłopak chyba zorientował się, że
idą, bo zamilkł i tylko patrzył się na nagrobek. Cicho przeszli obok niego i
zaczęli krzątać się przy grobie dziadków Vanessy. Wyjęli dwa znicze, zapalili
je i postawili po obu stronach grobu. Odmówili wspólnie modlitwę za zmarłych i
Collin pochylił się by sprzątnąć zużyte wkłady. Tia przez prawie cały czas
miała oczy utkwione w D’joku. Cokolwiek robili jej rodzice, ona patrzyła na
chłopaka i zastanawiała się co on tu robi. W końcu odważyła się spojrzeć na
nagrobek.
Delphina Blackstone
Żyła lat 25
Zm. 23 V 3005
Pokój jej duszy
Tii zabrało
na chwilę oddech, a w oczach pojawiły się łzy. „To pewnie jego matka” –
pomyślała. Kątem oka zauważyła, że jej rodzice zbierają się do odejścia. I w tym
momencie D’jok ją zauważył. Ich spojrzenia spotkały się i rudowłosy uśmiechnął
się do niej ciepło. Niepewnie odwzajemniła uśmiech. Wtedy właśnie coś ją
tchnęło i zanim zdążyła się powstrzymać, podeszła do kolegi.
- H-Hej D’jok
– przywitała się drżącym głosem i skrępowana odgarnęła kosmyk białych włosów za
ucho.
-Witaj Tia –
odpowiedział miękko rudowłosy. – Co tutaj robisz?
- A,
przyszłam z rodzicami odwiedzić groby…
- Rozumiem.
Chyba musisz już iść? – stwierdził D’jok, zerknąwszy za jej plecami na
czekających rodziców.
Tia
odwróciła się na chwilę i przytaknęła:
- Ch-Chyba
tak. To… do zobaczenia.
- Do
zobaczenia na treningu! – D’jok kolejnym ciepłym uśmiechem pożegnał Tię i
wrócił do patrzenia na nagrobek.
Dziewczyna uniosła
lekko kąciki ust, po czym odwróciła się i na miękkich nogach podeszła do
rodziców. Przez chwilę szli w ciszy, aż w końcu Vanessa przemówiła:
- Ehm, tak,
no cóż. To teraz jeszcze do babci i wujka…
Tia jednak
nie słuchała już matki. Do końca dnia myślała o D’joku.
***
Następnego
dnia Tia, około południa, wyszła z domu. Zamyślona szła tą samą drogą, którą
wczoraj przemierzała z rodzicami. Była zdeterminowana, by pójść tam jeszcze
raz. Nie była pewna czy go tam zastanie, jednak wiedziała, że jeśli nie
spróbuje, to będzie ją to męczyć przez bardzo długi czas. Obawiała się tego
spotkania. Jednak mimo wszystko przeszła przez bramę cmentarza i skręciła w
kierunku bocznej alejki. Po chwili przystanęła. Jednego nie przemyślała – jak ona
tam trafi? Stwierdziła, że spróbuje powtórzyć trasę, którą wczoraj przemierzyła
z rodzicami. Poszła w kierunku pierwszego grobu, rozglądając się na boki. „Niee,
chyba przeszłam” – stwierdziła i zawróciła się. Po jakimś czasie zauważyła
znajome nazwisko. Podeszła tam i przez chwilę stała przy grobie. Potem
rozejrzała się i ruszyła w kierunku kolejnej „pozycji”. Tym razem trafiła bez
problemu. Jednak do następnych grobów już nie było jej tak łatwo dotrzeć.
Błądziła z dobre pół godziny. W końcu wyruszyła w stronę grobu pradziadków.
Rozglądała się w poszukiwaniu rudej czupryny. „Niee, to bez sensu. Przecież
może go tam nie być” – skarciła się w myślach. Chodziła w kółko jakieś dziesięć
minut, po czym zrezygnowała.
- Widać
szczęście mi dziś nie dopisało – mruknęła.
Rozejrzała
się jeszcze raz dookoła i ruszyła w drogę powrotną. Na głównej drodze obróciła
się ponownie i… wtedy go zauważyła. Tak, to z pewnością ta ruda czupryna. Na
miękkich nogach Tia zaczęła powoli iść w jego stronę. Już z tej odległości
słyszała jego cichy głos. Zbliżała się coraz bardziej, a on nadal jej nie
zauważył. „Nie słuchaj go, nie słuchaj go” – powtarzała sobie w myślach Tia.
Rudowłosy zamilkł na chwilę i pogrążył się najpewniej w kontemplacji. Tia
przystanęła obok niego.
- Cz-Cześć D’jok
– powiedziała cicho, niepewnie.
D’jok
podniósł na nią swój lekko zdziwiony wzrok.
- Tia. Co ty
tu robisz?
- J-Ja… -
zaczęła dziewczyna. – No, ten, tego. Przyszłam, bo… zastanawiałam się, czy…
dlaczego… po co… Zastanawiałam się, czy tu będziesz – zdołała w końcu wyjąkać.
Rudowłosy
przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu, wprawiając ją tym w zakłopotanie.
Po chwili podsunął się na ławce i klepiąc miejsce obok siebie, powiedział:
- Chodź,
usiądź.
Tia
posłusznie usiadła obok kolegi i razem zaczęli wpatrywać się w nagrobek. Po
jakimś czasie Tia niepewnie przerwała milczenie.
- To… To
twoja matka, prawda? – spytała cicho.
D’jok
przytaknął.
- Często tu
przychodzę odkąd Maia pokazała mi, gdzie leży. Wcześniej jej nie odwiedzaliśmy,
Maia przychodziła sama. Nie chciała, żebym wiedział…
- Maia nie
powiedziała ci, gdzie leży twoja matka? – zdziwiła się Tia.
D’jok
pokręcił przecząco głową.
- Nie
powiedziała mi nic o moich rodzicach. Zrobiła to dopiero niedawno – trochę przed
pucharem.
Tia zdziwiona
milczała. Tym razem to D’jok przerwał milczenie.
- Często z
nią rozmawiam. Jednak staram się nie obarczać jej moimi problemami – nie potrzebuje
ich. Gdzieś czytałem, żeby tak nie robić. Moimi problemami obarczam Maię, jeśli
już – cicho się zaśmiał. – Ona mi doradzi, a moja mama, no cóż, chyba z lekka
nie może.
Przez chwilę
panowało pomiędzy nimi milczenie.
- Nawet ich
nie znałam – powiedziała nagle Tia. D’jok spojrzał na nią, a potem podążył za
jej wzrokiem – patrzyła na nagrobek swoich pradziadków. – Nawet nie wiem, czy
to dobrze, czy to źle.
- To dobrze –
stwierdził D’jok, a gdy dziewczyna spojrzała na niego pytającym wzrokiem,
wyjaśnił. – Maia mi kiedyś tak powiedziała, gdy ją o to spytałem. Powiedziała
mi, że dobrze jest pamiętać, ale nie tęsknić. Pamiętać w sensie, że wiedzieć,
że byli i kim byli.
Tia pokiwała
głową, ale nic nie powiedziała. Po kolejnych minutach ciszy, stwierdziła cicho:
- Nie wiedziałam,
że twoja mama tu leży.
- Każdy ma
swoje tajemnice – odparł D’jok.
- To znaczy?
- To znaczy,
że każdy ma coś o czym nie mówi.
Tia musiała
się z nim zgodzić. Każdy miał coś, czym nie chciał się z nikim dzielić. Wolał
to zachować dla siebie i mierzyć się z tym sam. Tia zauważyła, że grób Delphiny
jest podwójny, więc spojrzała na nagrobek obok i aż drgnęła.
- Co się
stało? – zapytał D’jok.
Tia nic nie
powiedziała, tylko wskazała na nagrobek. D’jok spojrzał i zrozumiał. On też nie
lubił na to patrzeć. Na płycie było napisane:
I’son Blackstone
Żył lat
Zm.
Pokój jego duszy
- Tak, wiem.
Od razu zrobiono też grób dla niego. Na szczęście na razie jest tylko
grobowcem.
- T-Tak. Na
szczęście – odparła zszokowana Tia.
Potem oboje
pogrążyli się w kontemplacji. Rozmyślali nad własnym życiem, nad życiem swoich
bliskich i nad przemijaniem. Cmentarz naprawdę skłaniał do rozmyślań. A cisza
na nim panująca bardzo w tym pomagała.
Adnotacja: Początkowo miało być więcej o rozmowie D'joka z mamą, jednak on widocznie nie chciał się na to zgodzić, bo mi nie wyszło. xD Za to Tia stwierdziła chyba, że skoro D'jok nie chce być głównym głównym bohaterem to ona nim będzie. xD (powtórzenie celowe)