wtorek, 23 grudnia 2014

Imprezy świąteczne, pytanka + pokażmy Wam Białystok, czyli bardzo świąteczny post

Juhuu!
Oto odzywa się Wasza Jess dzień przed Wigilią! (inaczej w wigilię Wigilii) Jupi. ^^
Ech, odkładałam, odkładałam i w efekcie nie wstawię teraz zdjęć prezentów mikołajkowych. :c
Tryumfy króla Niebieskiego, zstąpiły z Nieba Wysokiego! (Arka Noego wkracza do akcji - Jess słucha pastorałek)

Zacznę od Mikołajek klasowych.
A więc tak. Na matematyce (jupi!) dostawaliśmy prezenty. [Hope, kochana, podobał się? Mam nadzieję. ;*] Ja dostałam od koleżanki z klasy (naprawdę? A myślałam, że ze studiów) Gloria, gloria, glooria! (nadal Arka Noego) notes, długopis mikołajowy, książkę pt. "Vaclav i Lena" Haley Tanner oraz Ferrero. :3 Dziękuję Natalia! Jak dobrze Twoim dzieckiem być, Ojcze Nasz! Ogółem po szkole chodził Mikołaj ze śnieżynkami i rozdawali cukierki (Elfiki! *.*). No. To chyba tyle.

Wigilia klasowa.
Hm. No to tak. Początkowo szliśmy oglądać jasełka. W tym roku była pantomima. Naprawdę mi się podobało. Przybieżeli do Betlejem pasterze! Było o tym jak to ludzie po stworzeniu przez Boga Ojca (pan od religii) zgrzeszyli i odizolowali się od niego i byli zakuwani w łańcuchy i jak to Pismo Święte pomaga w uwolnieniu się. Chwała na wysokości, chwała na wysokości, a pokój na ziemi! Oczywiście był podkład muzyczny. Świeć gwiazdeczko mała, świeć! Nie, to nie ten podkład muzyczny. :P Było np. I don't care! I love it! oraz Przyznać to już czas! Aha, aha! Wina w każdym z nas! Aha, aha!
Potem był pokaz talentów, na którym występowała, m.in. nasza wschodząca gwiazda Wiktoria, która śpiewała (jak zwykle pięknie) "Gdy śliczna panna". Inni jeszcze śpiewali, tańczyli i takie tam.
Następnie poszliśmy do klas by jeść. (Moje babeczki zniknęły z miski w jakieś pięć minut! Kocham moją klasę!) Ogółem było trochę picia, żelki, chipsy, moje ciasteczka i babeczki oraz... emm? Było coś jeszcze? Hmm, pomyślmy... Naaad, dzieciąąątka, sneem. Emmm. A, i wafelki. ;) I pewnie coś jeszcze. Śpiewaliśmy sobie również kolędy klasowo. <3 Ciemna noc w jasności! Jak już wspomniałam... KOCHAM MOJĄ KLASĘ. <33333 Mimo że czasem jest wkurzająca. ;D Hej kolęda! Abyście święci byli! A, i przy okazji, nie ma to jak robienie sobie selfie. ^^ (Sylwia, Ada ;*) Ogółem przy niektórych życzeniach to aż się płakać chce. ;') Kocham Was dziewczyny! <3333 Nie, no naprawdę piękne, piękne, PIĘKNE. Dziękuję i brakuje mi słów. <3333 ;****

W sobotę miałam jeszcze Wigilię szałową. Hej kolęda! I Bogu zawierzyli! Ogółem tam najpierw były pokazy taneczne (bodajże cztery), a potem wszyscy poszli na górę jeść. Dopiero potem zjadłam sobie z cztery wafelki z czekoladą (<3), bo wcześniej nie chciało mi się pchać. :P A, no i wypiłam kubek coli. ;) Ale najlepsze było to, że spotkałam się z Sylwią! <333 Której dawno nie widziałam i ogółem ostatnimi czasy nie widuję zbyt często. :"C A, i zobaczyłam pana Marcina! ^^ Czołombitek był naszym wychowawcą na obozie. ^^ I mimo, że teraz jestem w innej grupie i tak czuję się pełnokrwistym Czołombitkiem! <3 (ma na nazwisko Czołombitko, więc nazwaliśmy się Czołombitki i nie lubi, gdy mówi się do niego per pan) A i ogromnie dziękuję Małgosi (pewnie i tak tego nie czyta) za życzenia. <3 Były one (i w sumie nadal są) dla mnie ogromnie ważne. Gdyż ponieważ życzyła mi m.in. żebym się dostała do Szału i z nimi tańczyła. <3333 Dziękuję! ;***

No, skoro już skończyłam z tym to teraz dziękuję serdecznie Poli za nominowanie (nominowała każdego kto chce) do odpowiedzi na pytanka. Takie świąteczne. ^^

1. Kiedy zaczynasz przygotowania do Bożego Narodzenia?
Emmm, szczerze? Zaczęłam je wczoraj. Jeśli nie dzisiaj. Ale jak ma się trzy klasówki w ostatnim tygodniu przed feriami...
2. Posiadasz kalendarz adwentowy?
A i owszem. :D I jestem z niego dumna. ^^ Gdyż ponieważ jest to kawał płótna (nie wiem czy wypada to tak nazywać...), na którym wiszą woreczki w liczbie 24. ^^ Nasza kochana mamusia (tak, nasza, ponieważ mam brata) zawsze je uzupełnia przed rozpoczęciem adwentu. Kiedyś były tam magnesy czy różne takie, a teraz są to słodycze. ;) Kocham to. <3


Heheh, kiedyś było tych woreczków więcej. :P

3. Jakie są Twoje ulubione filmy świąteczne?
A bo ja wiem... Hmmm. Może "Kevin..."? xD Wiem, nie jestem zbyt oryginalna. :P Ale z takich, które tak naprawdę NIE SĄ świąteczne to "Garbi: Super bryka" i "Charlie i fabryka czekolady". Już tłumaczę. Kiedyś, pamiętam, co roku był puszczany Charlie, trochę po świętach (oczywiście całą rodzinką oglądaliśmy ^^) i bodajże raz puścili Garbiego. (w tym samym czasie :/)
4. Czy masz jakieś wesołe wspomnienia świąteczne?
O tak! Podobne jak Pola. ;) Kiedyś, gdy Wigilia odbywała się u mnie w domu, rodzice (i pewnie nie tylko) uknuli plan. (jak już wspomniałam, podobnie jak u Poli) W pewnym momencie zadzwonił telefon mojej mamy. Ona "odebrała" i powiedziała coś w stylu: "Już jesteś? Nie możesz zostać? Okej, już wychodzę." W tym momencie "rozłączyła się" i poszła otworzyć (dla zmyłki) drzwi wejściowe. Potem naszym oczom ukazał się wielki karton wypełniony prezentami (zawczasu postawiony w korytarzyku, wyniesiony z piwnicy z tego co się dzisiaj dowiedziałam). Ehhh, piękne wspomnienie. :') (parę lat później dowiedziałam się, że mama miała nastawiony budzik)
5. Jak wygląda Boże Narodzenie w Twoim domu?
Ach, od paru lat Wigilia odbywa się u babci. Potem idziemy na pasterkę. A rano... prezenty!!! ^^ Najwcześniej wstaję ostatnio ja, potem mój brat, a na końcu rodzice. ;) Najczęściej idziemy na obiad do kogoś, następnego dnia również.
6. Co najbardziej lubisz w Świętach Bożego Narodzenia?
Ach, ten klimat. <3 Jest naprawdę genialny. I wszyscy się godzą... To taki piękny okres. ^^ Ogółem oprócz nastroju to również, zwyczajowo, wigilijną wieczerzę, prezenty... I takie tam ;)
7. Czy masz jakieś tradycje świąteczne?
O tak, zdecydowanie. Oprócz tych zwykłych co do Wigilii to jeszcze fragment Pisma Świętego czytam JA, a nie najstarszy członek rodziny. Tak jest odkąd nauczyłam się czytać, a wcześniej czytał mój brat. A i jeszcze jedna, szczególna, moja.... zawsze na Wigilię zabieram ze sobą lalkę. Tak, dobrze przeczytaliście. Lalkę. Ale nie jest to byle jaka lalka. Jest to Baby Born, którą dostałam kiedyś na święta. Zabieram ją, bo... bo... bo tak. Ostatnio pilnowała prezentów. :) (xD)
8. Jakie są Twoje ulubione piosenki świąteczne?
Nie będę zbyt oryginalna, gdyż ponieważ "All I want for Christmas" oraz "Jingle Bells Rock". ;) Pamiętam jak pani na angielskim dodatkowym nam puszczała piosenki świąteczne, w tym "Jingle Bells Rock". ^^ (Jupi! Dziś na angielskim też jej słuchaliśmy! ^^)





9. Jaką będziesz mieć choinkę w tym roku?
Żywą. ^^ Właściwie to już mam. Co z tego, że leży na podłodze w salonie, opakowana w folię? Ćśśś. Ale jest ^^
10. Jaki jest Twój ulubiony zapach świąteczny?
Choinki. ^^ Oczywiste. ;D A, no i chyba kominka. ;)
11. Jaki kolor lampeczek choinkowych lubisz najbardziej?
Kolorowe. ^^ Takie chyba najbardziej. ;) (A jak już migają w nieskoordynowany sposób, tak jak jakieś dwa lata temu? Cudo)
12. Odliczasz dni do Świąt?
Nieee. Wtedy szybciej przyjdą. ;)
13. Ulubiony zimowy lakier do paznokci?
Nie maluję paznokci. ;) (no, może czasem)
14. Ulubiony zimowy napój?
A bo ja wiem... Może herbata? Bądź czekolada? Nawet sama nie wiem.
15. Jak wygląda Twój pokój podczas okresu świątecznego?
Eee. Ale tak od początku adwentu? Jak zwykle. xD (czyt. lepiej nie mówić) Dopiero potem (czyt. np. teraz) jest ładnie posprzątany. ;D A, no i mam swoją, małą, sztuczną choinkę. :D ^^

Oraz, tak jak Pola, zapraszam do odpowiedzi WSZYSTKICH, którzy chcą. ;)

*Zastrzeżenia*
Odpowiadałam na życzenia wczoraj, więc parę rzeczy się zmieniło. (czyt. choinka stoi z lampkami i jedną bombką [na razie])
Panna rodzi syna, panna rodzi syna. Boga prawdziwego, Boga prawdziwego! (pałeczkę przejęli Golec Uorkiestra)

Dzisiaj poszłam sobie po prezent dla mamy i stwierdziłam, że pofotografuję dla Was Białystok. (ledwo co potem doszłam do domu [a potem kolejne nadprogramowe chodzenie])
A więc tak. Dzisiaj nie będzie wszystkich zdjęć, bo jest ich za dużo. xD (jakoś tak wyszło...) Hejże, hejże, Panie Jezu, hejże, hejże, hoc hoc! Chodziliśmy, budziliśmy pastuszków całą noc!
Zrobili u nas piękną szopkę na rynku.





Tak, to są ŻYWE zwierzęta. :3 A jakie miękkie. *.* Osiołek i dwie owieczki. ^^ (chyba...)


A oto ratusz i plac przy nim. ;) Na rynku Kościuszki.


A oto maski, stojące niedaleko rynku. Em, a właściwie to jedna maska. Tylko z dwóch stron. ;)


A oto Kawelin. ;)







A oto park przy Pałacu Branickich. ;)

Emmm. Chciałam zrobić Wam artystyczne zdjęcia parku jeszcze bliżej Pałacu Branickich, więc weszłam sobie po schodkach, ale... emmm... coś mi nie wyszło. Gdyż ponieważ nie da się zrobić ładnych zdjęć tego:

Tam była fontanna.

Zrobiłam Wam za to zdjęcie Dionizosa inaczej Bachusa...


...oraz wazy z głowami faunów.
(piaskowiec, z tego co tam było napisane)



Oto tył Pałacu Branickich.


A oto przód.



Poszczególne elementy.

A oto brama wejściowa.


Następnie nogi mnie poniosły do parku obok Teatru. Oto choinka, która potem świeciła. (oczywiście, gdy już było ciemno)


Oto jakaś... emm, chyba rzeźba. ;)



A oto park w pobliżu Teatru. ;)
Baluj z nami, góralami! Szusuj w tańcu ósemkami!



A oto sam Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki



A oto most w parku.
(kiedyś był drewniany, lecz już się rozwalał :P)


Jak widać niektórzy pozawieszali już na nim swoje kłódki.



Przed Wami ładny budynek muzeum. (co dalej Jess, jakie to muzeum?) Muszę Wam, drodzy czytelnicy przyznać, że zbytnio nie pamiętam. Jakieś historyczne na pewno. :P



A oto wszędobylskie w tej okolicy SFC.
(to nazwa grupy break'owców w Szale)



A oto kawałek mojego kochanego Szału z zewnątrz.



Oto Kościół pw. Świętego Wojciecha



Hmmm, ciekawa wieża, nieprawdacie? Kiedyś była inna, ale, cóż, jak to powiedzieć... spłonęła. Tak, dobrze przeczytaliście, spłonęła. 15 września 2013r.


A oto pomnik upamiętniający pożar.
(ten krzyż był na czubku wieży. A że ciężki to narobił parę szkód w dachu, gdy spadł)

Na koniec Kościół Farny, pomnik św. księdza Jerzego Popiełuszki oraz dąb wolności zasadzony przez samego prezydenta RP Bronisława Marię Komorowskiego. (a przynajmniej tak jest tam napisane) [wieeeelki ;3]





Jestem DUMNA z tego posta! Bo jest dłuuugi. ^^ Kocham Was moi drodzy czytelnicy! (nie tylko tych co dotarli do końca posta ;])

*Zastrzeżenia*
Wybaczcie wszelakie błędy, ale już nie sprawdzałam tego posta. ;) 23 to trochę późna pora. ;)

Pozdrawiamy moją drogą grupę w Szale "Po Prostu Skład". Dzisiaj na zajęciach włącznie z moją kochaną trenerką (starszą ode mnie o rok) i ze mną były cztery osoby. <oklaski>
A na angielskim dodatkowym włącznie z panią pięć osób. Jupi. (xD)

Dobra kończę. Dobranoc i Wesołych świąt!!!!!!!!!!
Życzę Wam, aby te święta były bardzo rodzinne, udane, żeby wszyscy się zjednoczyli i żeby uśmiech Was nie opuścił. Żeby Sylwester był udany, a nowy rok lepszy od poprzedniego. Życzę Wam samych sukcesów i spełnienia marzeń. Dużo blogów do czytania i blogerom wielu życzliwych czytelników. Ogółem dużo miłości, przyjaźni, radości i wszystkiego co najlepsze. :) A tak egoistycznie to życzę Wam, aby nadal podobał się Wam mój blog. ;) KOCHAM WAS. <33333

Wracaj do mnie i pamiętaj, i pamiętaj, że chcę spędzić z tobą święta! (a teraz, emmm... nie wiem co to jest xD)

P.S. Do napisania kochani! ;****

środa, 17 grudnia 2014

Adrian Makar

   Witam ponownie!

   Oglądał ktoś Mam Talent? Jeśli tak - to wiecie o kim będzie ten post, jeśli nie - wyjaśnię. ;)


   Ostatnią jak dotąd (7.) edycję Mam Talent wygrał 15-letni wychowanek Domu Dziecka (tak, Domu Dziecka) w Dubience i Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Warszawie. Ma siostrę - Natalię, która ma 18 lat. Jego talentem jest śpiew. Fakt, nie śpiewa jeszcze najlepiej na świecie, ale przecież ma dopiero 15 lat i nie miał dotąd jak profesjonalnie rozwijać swojej pasji. Gra także w grupie teatralnej: "Teatr Moralnego Niepokoju".

   Niektórzy ludzie są dziwni. Po prostu. Fakt - nie ukrywajmy - gdyby Adrian nie był z Domu Dziecka to wcale nie jest takie pewne, czy by wygrał. Tak już jest - jak jest prawo dżungli, tak i jest prawo show - im masz lepszą historię, tym masz większe szanse. Ale czy to jego wina? Co, prosił się by być sierotą? Żeby mieć tyle problemów? Wybaczcie, ale w to nie uwierzę. Nie ukrywam, historia Adriana pomogła mu wygrać. Ale dlaczego go za to obrażać? Dlaczego rzucać w niego wulgaryzmami? Ludzie, błagam Was, ogarnijcie się. Nie mówię, że musi Wam się podobać fakt wygranej Adriana. Nie mówię, że musicie go lubić. Ale dlaczego go za to nie lubić? Przecież to nie jego wina! No, na pewno chciał wygrać. Jak pewnie wszyscy! Nie widzę powodu, czemu miałoby się go atakować. Jeśli już to reklamacje do TVN-u. Ale wara od Adriana. ;)))  (czy uważacie, że 'wara' to niestosowne słowo?) [zresztą uważam, że nie możemy zbytnio nie lubić kogoś, kogo tak naprawdę nie znamy. Chociaż niestety często się tego nie trzymamy]

A tak podsumowując, to uważam, że ludzie, którzy obrażają Adriana, nie czynią mu większej szkody, po prostu poniżają siebie. ;)

Z tego tematu to koniec. a teraz ponarzekam na szkołę.

Ludzie! Litości! Ile można męczyć uczniów rozprawkami?! Toż potem nawet charakterystyki porównawczej nie umieją napisać! (mówię tu o sobie) Niee, no, serio. Dzisiaj na sprawdzanie mieliśmy charakterystykę porównawczą dwóch osób, które buntują się przeciwko swojemu losowi. (pozdrawiamy testy GWO <like>) Chyba wkradły się tam u mnie elementy rozprawki. O.o Ludzie! Przecież my tyle je wałkujemy, że już z miejsca chce nam się pisać rozprawkę! (chodzi mi o styl)

No dobra, skończyłam. :D

Do napisania kochani! ;*

P.S. Mam już kolejną część "Elfa" napisaną, jeszcze tylko poprawki. ;*

P.P.S. Wie ktoś może, w którym odcinku castingowym był Adrian? Bo nie mogę znaleźć. xD

P.P.P.S. Wie ktoś może, czy to aby na pewno Gandalf wypowiedział w filmie ten cytat (patrz poniżej) i w którym filmie?

"Odwaga to nie brak strachu, lecz świadomość, że jest coś ważniejszego."

(ang. "Courage is not abscence of fear but to realize that is something more important")






sobota, 6 grudnia 2014

Prezent mikołajkowy

Wszystkiego najlepszego z okazji Mikołajek kochani! ;*


                                                                     Elf 15


Popołudniu poszedłem znowu na plac ćwiczebny. Ligolis czekał tam na mnie z łukiem. Gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że nie jest to normalny łuk. Był krótki – wyglądał na dwie trzecie zwykłego łuku. Jego część środkową zrobiono z nieznacznie wygiętego, grubego i ciemnego kawałka drewna. Pośrodku znajdował się uchwyt wyściełany miękką skórą i dopasowany do kształtu ręki. Na obu końcach zostały umieszczone dodatkowe kawałki drewna, które wygięto, w stosunku do środkowej części łęczyska, pod kątem.
- To łuk refleksyjny – powiedziałem.
Książę kiwnął głową z uznaniem.
- Owszem. Skąd wiedziałeś?
- Czytałem o nich.
- Bardzo dobrze. Ten jest dostosowany do ciebie – Ligolis podał mi broń. – Wiesz jak tego używać?
Przygryzłem wargę.
- W praktyce nigdy nie próbowałem.
- A więc zaczniemy od podstaw.
Przez dwadzieścia minut Ligolis uczył mnie nazw poszczególnych części łuku i kazał je powtarzać. Potem musiałem naciągnąć cięciwę za pomocą napinacza. Zajęło mi to dziesięć minut, a gdy skończyłem, miałem wrażenie, iż nie zdołam zrobić nic więcej. Jednak Ligolis miał własne zdanie na ten temat.
- Teraz spróbuj wystrzelić. Ale najpierw nałóż to – po czym podał mi ochraniacz na lewe ramię. Wziąłem go od niego i nałożyłem. Następnie dał mi strzałę, która także była krótsza niż te używane przy długich łukach.
Podszedłem do narysowanej na ziemi linii wyznaczającej pozycję do strzału. Naprzeciwko mnie znajdowała się duża tarcza. Naciągnąłem strzałę na cięciwę i uniosłem łuk. Wystrzeliłem. Oczywiście, jak można się było spodziewać, nie trafiłem. Przez dalszy ciąg lekcji Ligolis tłumaczył mi co robię źle i pomagał się poprawić. Pod koniec już nawet zacząłem trafiać.
Wieczorem byłem wyczerpany i niemalże od razu zasnąłem, męczony bólami prawie całego ciała.

Znajdowałem się w zamku. Zewsząd bił chłód. Otaczały mnie ponure, kamienne mury, kryjące niezliczoną liczbę tajemnic. Rozejrzałem się. Zobaczyłem Kubecka i Baldwina wchodzących do komnaty Ligolisa i Haldira. Ruszyłem w tamtą stronę. Opryszkowie już dawno zniknęli za drzwiami, a ja nadal biegłem i ani trochę nie zbliżałem się do celu. Zacząłem panikować. Nagle poczułem jak lodowate macki łapią mnie za ręce, nogi, tułów i ciągną do tyłu. Zacząłem krzyczeć. Wołałem do Ligolisa i Haldira by uciekali. W pewnym momencie z ich komnaty wyłonili się Kubeck i Baldwin. W dłoniach trzymali noże obficie ociekające krwią. Zacząłem krzyczeć jeszcze głośniej. Wyrywałem się z uchwytów macek, lecz na próżno. Zacząłem płakać z bezradności. Nagle Kubeck rzucił nożem. Rzucałem się jeszcze mocniej, lecz nic to nie dało – nóż wbił się w moją nogę, która natychmiast zapłonęła niemiłosiernym bólem. Krzyknąłem.

I wtedy się obudziłem. Od razu jednak skuliłem się z bólu. Na szczęście wcale nie dostałem nożem, lecz za to złapał mnie skurcz. Zacisnąłem zęby i starałem się go przeczekać. Gdy już minął, ponownie zapadłem w sen, niestety bynajmniej nie spokojny.

***

Siedziałem w swojej komnacie i pisałem byle jakie zdania. Jednak zamiast liter łacińskich używałem elfickich run. Musiałem przyznać, że coraz lepiej mi to wychodziło. Minęły dwa tygodnie odkąd zacząłem się uczyć fechtunku, jazdy konnej, strzelania z łuku i elfickiego. Podobało mi się w Whitemount, jednak nie mogłem przegnać nachodzących mnie myśli o mojej rodzinie i świecie. Czasem, gdy miałem naprawdę złe noce, śniły mi się koszmary o zniszczeniu mojego świata i rodziny, w których uczestniczył także Kubeck. Teraz też moją głowę zaprzątały te myśli. Westchnąłem i odłożyłem pióro. Ukryłem twarz w dłoniach, lecz to nie pomogło. Wstałem po czym wyszedłem z komnaty. Skierowałem się w stronę donżonu. Gdy dotarłem do celu, zapukałem w drzwi.
- Proszę! – usłyszałem znajomy głos.
Wszedłem do komnaty, którą odwiedzałem niemalże codziennie ostatnimi czasy. Zamknąwszy za sobą drzwi, usiadłem niedaleko biurka.
- Znaleźliście już coś? – zapytałem z nadzieją.
Ligolis popatrzył na mnie współczująco.
- Jeszcze nie, Leo. Ale pracujemy nad tym.
Westchnąłem.
- Wiem, wiem.
W tym momencie otworzyły się drzwi prowadzące do sypialni i stanął w nich Haldir z kubkiem w dłoni.
- O, witaj Leo.
- Witaj Haldirze. Co masz? – zapytałem, przechylając głowę na bok.
Starszy książę popatrzył na swój parujący napój.
- Herbatę ziołową. Chcesz spróbować?
- Nie, dzięki – uśmiechnąłem się. Wszystkie posiłki były przynoszone do mojej komnaty, a najczęstszym napojem do jedzenia była właśnie herbata ziołowa.
- Co cię tu sprowadza? – spytał Ligolis, pochylony nad kartką, na której coś pisał.
Wzruszyłem ramionami.
- Już ci mówiłem.
Młodszy z braci podniósł na mnie wzrok.
- Przyszedłeś tu tylko po to, żeby nas zapytać czy coś znaleźliśmy?
Nie odpowiedziałem. Ligolis i Haldir obiecali mi, że poszukają sposobu, bym mógł wrócić do domu. Niestety na razie nic nie znaleźli.
- Co robiłeś zanim tu przyszedłeś, Leo? – spytał Haldir pomiędzy dwoma łykami herbaty.
Ponownie wzruszyłem ramionami.
- Ćwiczyłem runy – nagle coś mi się przypomniało. – Gdy tu szedłem zauważyłem coś dziwnego.
Bracia spojrzeli na mnie pytająco.
- Jakby jakiś obraz z wilkiem i gwiazdami – wyjaśniłem. W oczach książąt pojawił się błysk zrozumienia.
- To herb, Leo – wyjaśnił Ligolis. – Herb Whitemount.
- Herb Whitemount? – powtórzyłem.
- Tak, Leo, herb – potwierdził Haldir. – Każdy jego element ma określone znaczenie. Pięć gwiazd oznacza pięć plemion elfów.
- Pięć plemion – przerwałem mu. – Jak to?
- Tak to, że istnieje pięć plemion elfów – pięć ras – wyjaśnił spokojnie starszy książę. – Meilinowie, Konsisnowie, Roilanowie, Gesnoleinowie oraz Solinasowie.
- A Wy do którego należycie? – znów się wciąłem.
- Cierpliwości. Daj mi opisać najpierw herb. Pięć gór oznacza tereny, na których mieszkamy – my jako plemiona. Wilk symbolizuje króla Whitemount w oparciu o pierwszego władcę panującego przed tysiącami lat – Alamsila.
- To on zapoczątkował nasz ród – wtrącił Ligolis znad kartki.
Haldir pokiwał głową.
- Zgadza się. Według legendy Alamsil przybył w to miejsce przed tysiącami lat wraz z wojskiem i ludem. Nie wiadomo skąd się wzięli. Alamsil kazał zbudować właśnie w tym miejscu, na tej górze miasto oraz zamek. Budowali je przez wiele lat. Alamsil był dobrym władcą, kochanym przez podwładnych. I – jak już wspominaliśmy – zapoczątkował ród, który rządzi do dziś.
- Ale czemu wilk?
- Och, widzisz, podobno Alamsil umiał zmieniać się w wilka.
- To była jego druga natura?
Haldir zaśmiał się.
- Nie, Leo. Zmieniał się w wilka za pomocą magii. A uwierz, że to niełatwa sztuka, chociaż do opanowania.
- A wy umiecie?
- Nie.
Nastała chwila ciszy. Przypomniałem sobie ostatni element herbu, więc zapytałem:
- A co symbolizuje księżyc?
- Księżyc symbolizuje Stwórcę.
- Stwórcę?
- Tak, Leo. Księżyc symbolizuje tego kto nas wszystkich stworzył – Stwórcę.
- Według legendy Stwórca przyszedł tu kiedy jeszcze nie było nic – włączył się Ligolis. - I powoli tworzył nasz świat zaczynając od natury, a kończąc na stworzeniach. Wszystkich nas stworzył – elfy, krasnoludy, czarodziejów. Wszystkich. Wszystko co mamy zawdzięczamy Mu.
- A On nadal żyje?
- On  i s t n i e j e  Leo. Jest wszędzie. Zawsze był, jest i zawsze będzie. Tworzy nas i czuwa nad nami. Kocha nas.
- Czyli, że jest także tutaj?
- Oczywiście Leo. Jest także w sercu każdego stworzenia. Wie co się w nim dzieje. Pomaga nam.
- Jej. Czyli On może wszystko?
- Tak, Leo. Stwórca jest wszechmogący.
- Nieźle.
Znowu nastała chwila ciszy. Po chwili przerwałem ją.
- Ale czemu akurat księżyc? I to na dodatek nie w pełni?
- Księżyc w nocy dominuje na niebie – zaczął Haldir. - Nawet, kiedy nie jest w pełni. Stwórca jest miłosierny. Chroni nas i pomaga, gdy jest z nami źle, a zło bardziej kojarzy się z nocą.
- Aha.
Po kolejnej chwili ciszy spytałem:
- Są jeszcze jakieś herby tutaj?
- Jest godło – powiedział Ligolis.
Jego brat pokiwał głową.
- Tak. Godło Whitemount i herb naszego rodu.
- Waszego rodu? – ożywiłem się. – A jak on wygląda?
- Cierpliwości Leo. Dowiesz się w swoim czasie. Skoro już jesteśmy przy Whitemount to opiszę Ci godło, jeśli chcesz.
Pokiwałem głową.
Haldir podszedł do jednej z szafek, otworzył szufladę i wyjął kartkę pergaminu. Następnie wrócił i podał mi ją. Zacząłem uważnie studiować szkic. Na pergaminie widniało drzewo w okręgu. W koronie były narysowane owoce: banan, truskawka, winogrona, cytryna, jabłko, wiśnia i gruszka, a na ziemi leżały warzywa: marchew, pomidor, ogórek, papryka, ziemniak i rzodkiewka.
Zmarszczyłem brwi.
- To ma być godło?
Haldir i Ligolis spojrzeli po sobie.
- A czego się spodziewałeś? – spytał ten drugi.
- Noo, nie wiem, ale… jakoś tak… to… - zaciąłem się.
- Taaak? – drążył lekko rozbawiony Ligolis.
Westchnąłem.
- No nie wiem. A tak w ogóle, czy nie powinno być odwrotnie?
Bracia spojrzeli na mnie zdziwieni.
- Jak to? – nie zrozumieli.
- Herb i godło. Jako nazwy. Nie powinno być odwrotnie?
W oczach moich rozmówców pojawił się błysk zrozumienia.
- Widzisz, Leo, my jesteśmy wyjątkowi – uśmiechnął się Haldir.
- Jak to? – zapytałem z uniesioną brwią.
- U nas jest odwrotnie. Tak… po prostu. Jest i już – wyjaśnił.
Na chwilę zapadła cisza.
- A… to co w końcu symbolizuje to drzewo? – spytałem.
- Ach, no tak – przypomniał sobie Haldir. – Drzewo symbolizuje nasze królestwo. Owoce – różne rasy – krasnoludy, czarodziejów, gnomy. Oczywiście elfy też. Jesteśmy otwarci na innych. U nas każdy może znaleźć schronienie i pomoc.
- Prawie – wtrącił Ligolis ponownie pochylony nad kartką.
- Faktycznie. Prawie – przytaknął Haldir. – Warzywa symbolizują złe istoty. Między innymi Morduków. Morduków nie wpuszczamy.
- Morduków? – spytałem.
- Tak. Są to złe istoty. Wyglądają okropnie i są okropne. Nie chciałbyś żadnego spotkać, uwierz mi – opowiadał starszy książę z odrazą.
- A, tak – przypomniałem sobie. – Słyszałem o nich.
Haldir spojrzał na mnie ze zdziwieniem, a Ligolis rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie znad kartki. Poczułem, że popełniłem głupstwo.
- Słyszałeś? Gdzie?
- A, tak jakoś… gdzieś… coś tam… obiło mi się o uszy – zacząłem się jąkać pod ostrzegawczym spojrzeniem Ligolisa i podejrzliwym Haldira. – A kogoś jeszcze symbolizują te warzywa?
Starszy książę nadal dziwnie na mnie patrzył, lecz odpowiedział:
- Mniej więcej. Ogółem złe istoty.
- Aha, ciekawe – po tym jakże błyskotliwym stwierdzeniu zapatrzyłem się w sufit, który w tym momencie wydał mi się nadzwyczaj interesujący. Haldir chyba jednak nie podzielał mojego zdania, bo tylko zmarszczył brwi i nadal wpatrywał się we mnie, jakbym nałożył strój clowna. W ciszy, która zapadła dało się słyszeć chrobot pióra. Ligolis powrócił do pracy, lecz wciąż był spięty. Przez parę minut sytuacja wyglądała właśnie tak. Co rusz znajdowałem nowy ciekawy fragment sufitu, który nadzwyczaj szczegółowo studiowałem, Haldir patrzył na mnie i sprawdzał, czy przypadkiem nie zmienię się w biegającego wieloryba, a Ligolis znalazł upodobanie w maczaniu co chwila pióra w atramencie.
W pewnym momencie spojrzałem z powrotem na Haldira i zapytałem:
- A wasz herb?
- Co nasz herb? – zdziwił się książę.
- No, wasz herb.
- Ale co nasz herb?
- No, wasz herb, no. Słowo mi wyleciało z głowy.
- I gdzie poleciało? – spytał niewinnie Ligolis.
Spiorunowałem go wzrokiem, po czym odpowiedziałem:
- Nie mam pojęcia. Pewnie na wakacje.
- O, a gdzie? To też bym się może wybrał.
- A skąd mi to wiedzieć? Jestem tylko miłym, biednym chłopcem, którego właśnie zdradziło słowo, bo poleciało bez niego na wycieczkę krajoznawczą.
- To w końcu na wycieczkę czy wakacje? – zainteresował się Ligolis.
- A jest jakaś różnica? A poza tym skupiasz się na nieistotnych szczegółach. Sednem mojej jakże wzruszającej historii jest doświadczona zdrada.
W tym momencie Haldir nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Spojrzałem na niego z udawanym oburzeniem.
- Jak możesz się teraz śmiać? – pokręciłem zrezygnowany głową. – Jesteście bez serca – dodałem załamanym głosem.
Teraz i Ligolis dołączył do brata, nie mogąc się już dłużej powstrzymać. Spojrzałem na nich rozbawiony.
- No wiecie?
Zerknęli na mnie, krztusząc się ze śmiechu i chwilę im zajęło opanowanie się.
- To mówiłeś – Haldir odkaszlnął. – że co robiłeś, zanim tu przyszedłeś, Leo? – znowu odkaszlnął.
Spojrzałem na niego, unosząc brew i odpowiedziałem:
- Ćwiczyłem runy.
Nagle coś mnie tchnęło. Stwierdziłem jednak, że może zaczekać.
- Ach, ciekawe, ciekawe, nie powiem – stwierdził Ligolis.
- To nie mów – wtrącił jego brat, za co został spiorunowany spojrzeniem.
- A może tak chciałbyś coś porobić? No nie wiem, poćwiczyć?
- Hmmm – zastanowiłem się chwilkę. – Może. A co proponujesz?
- Jazda konna?
Rozpromieniłem się.
- Zgoda.
- Za dziesięć minut na dole?
- Zgoda.
Po tych słowach pożegnałem się i wyszedłem z pokoju braci.

Poszedłem do siebie i od razu dopadłem do szafki. Zacząłem wyrzucać jej zawartość, czyli kartki, w poszukiwaniu jednej konkretnej. W końcu ją znalazłem i położyłem na stole. Potem szybko przejrzałem resztę, a gdy zobaczyłem tę, o którą mi chodziło, dołączyła do poprzedniej na blacie. Wodząc palcem po kartce szukałem odpowiedników dziwnych znaków widniejących na papierze. Pierwsza litera: „X”. Druga: „A”. Trzecia… „Chwila, jest taka w ogóle? A, jest, już widzę. Chwila, chwila…” Czułem jak oblewa mnie zimny pot. Drżącym palcem wodziłem po kartce i niemalże niesłyszalnym szeptem wypowiedziałem odpowiednik czwartego znaku. Gdy znalazłem piąty, odwróciłem się od stołu i oparłem o niego, a ręką dotknąłem czoła. Moje usta układały się to w słowo. Słowo, które napisałem podczas pierwszej lekcji elfickiego z Ligolisem. Na kartce widniało słowo „Xalit”.

_______________________________________________________________________________________________________

Naprawdę Was przepraszam kochani! Jeśli chcecie mogę Wam dać streszczenie poprzednich części. :P Tylko napiszcie w komentarzu. ;) I spokojnie: nie będę zła! Wiem, że to moja wina, a nie Wasza. ;D Niedługo pewnie znowu coś napiszę. ;)

Do napisania kochani i obfitych w prezenty Mikołajek! <3

Oto herb Whitemount (tak mniej więcej oczywiście XD):


(P.S. Prześwitują tam inne kartki, dlatego tak dziwnie wygląda :P)

A oto godło Whitemount (mniej więcej oczywiście + powinno być w kółku :P)


niedziela, 23 listopada 2014

Reklama blogów

Witam witam.

Dziś krótko, tak jakoś wyszło. Odkryłam ostatnio parę ciekawych blogów (opłaca się wchodzić profile różnych osób ;P) i chciałabym je polecić:

- Znalezieni Marcina Guzika (jeszcze raz dziękuję za dedykację! <3)
- Mei Galactik Football Starhorse,
- Zapomniana Biblioteczka Kanany Black,
- Podróż do Ennorath Marii Jurgielewicz,
- Give me love... Branuriel Elli,
- Nothing happens without a reason. Sandreuus1409,
- Night Stories Davirii,
I te, które pewnie już znacie:
- Only experiences Tutti,
- Taki zwyczajny blog Poli,
- Otchłań internetu Bukwy,
I jeśli ktokolwiek by jeszcze nie znał blogów Fobosa to tutaj macie linki:
- Moje przemyślenia...
- Books are window to world

No, a teraz kończę. ;D Macie te blogi do poczytania w rekompensacie. :3
Jeśli o kimś zapomniałam - reklamujcie się. :P (a i jeśli u kogoś się pomyliłam w nazwie to poprawiajcie mnie i z góry przepraszam! Polu (jeśli to w ogóle czytasz) przepraszam Cię za odmianę ;])

Do napisania kochani! ;*
Miłego i błogosławionego tygodnia. <3

P.S. Nie przeszłam z żadnego konkursu, haha. XD A Wy? ;D Pochwalcie się. ^^

sobota, 8 listopada 2014

Porwany

Witaaaaaaam. :D



JEJCIUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! JEST ZWIASTUN!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

...

Wybaczcie. :) Poniosły mnie emocje. ;D Tutaj macie filmik:


Nie wytrzymie. T.T Masakra jakaś, tyle emooocji. ;'(

A tutaj parę cytacików. :D

"Everything I did, I did for them" ~ Thorin
"You started this. You will forgive me, if I finish it." ~ Thranduil (do Gandalfa)
"Now, we defend it." ~ Thorin
"You brought upon  them only ruin and death." ~ Bard
"This bats are bread for one purpose - for war." ~ Legolas
"Leave Sauron to me." ~ Saruman
"You cannot see what you have become." ~ Dwalin (do Thorina)
" I will not hide, when others fight our battles for us!!!" ~ Kili <3 (do Thorina <3)

Postawiłabym serduszka przy większości, ale po prostu cytat Kiliego jest moim ulubionym (i najbardziej poruszającym) z całego zwiatunu. *.* W ogóle chyba to jest najlepszy zwiastun ze wszystkich, jeśli chodzi o "Hobbita", najbardziej poruszający zresztą (tak samo jak film podobno).

[moment z Kilim krzyczącym do Thorina w filmie będzie perełką, tak myślę *.*]

No, a teraz właściwa treść posta - opowiadanko. :D

Tutaj macie 22. odcinek pierwszej serii "Galactik Football" pt. "Brakujące ogniwo". To opowiadanie zaczęłam jakieś 3-4 tygodnie temu, ale jakos nie mogłam go skończyć. Do dzisiaj. :D ^^ :3 W odcinku, który wstawiam poniżej D'jok został porwany. Wyszło mi, że był w więzieniu około dobę. I tak ostatnio myslałam, że szkoda, że tego nie rozwinięto. Byłem dobę w więzieniu, nie do końca wiedziałem dlaczego - nieee, no co wy, dlaczego miałoby się to odbić na mojej psychice, skąd ten pomysł. -.-
W każdym razie, rozwijam tu ten wątek, a pod spodem odcinek, z którego fragment (w sumie łącznie trzy) jest w opowiadaniu. :)



Miłego czytania kochani! ;*

___________________________________________________________________________________________________________________________________________


   D’jok obudził się ze straszliwym bólem głowy. Jęknął i przez chwilę nie otwierał oczu. Bał się co mógłby zobaczyć. Powoli wszystko sobie przypominał. Micro Ice’a śpiewającego pod prysznicem. Dzwonek do drzwi. Robota, który go zaatakował. Potworny ból głowy. D’jok mocniej zacisnął powieki. Po chwili wahania lekko uchylił jedną z nich. Zobaczył sufit i słabe światło. Otworzył także drugie oko. Wtedy ujrzał w pełni miejsce, w którym się znajdował. Było to nieduże pomieszczenie z mrugającą co jakiś czas świetlówką. D’jok podniósł się na łokciach i ostrożnie rozejrzał. Pomieszczenie rzeczywiście nie było duże,  miało także nieregularny kształt. Naprzeciwko znajdowały się drzwi. D’jok delikatnie wstał, jednak wtedy powrócił potworny ból głowy i chłopak z jękiem upadł na kolano. Odczekał chwilę, po czym podjął próbę wstania. Na chwiejnych nogach podszedł do drzwi i spróbował je otworzyć. Oczywiście były zamknięte. D’jok naparł na nie całym ciałem, jednak te nie ustąpiły. Wtedy począł w nie walić. Na początku słabo, potem coraz mocniej. Po jakimś czasie dołączył również krzyk. W każde uderzenie dawał całą swoją frustrację, swój strach, swoją niepewność. Jednak drzwi nie ustąpiły. Po paru minutach D’jok zaprzestał daremnych prób wydostania się i opadł na ziemię. Oparł się plecami o drzwi i zaczął płakać z bezradności. Całe jego ciało przenikał strach, który był wyczuwalny niemalże w całym pomieszczeniu. Serce D’joka było przepełnione bólem, wywołanym przez niepewność i frustrację, które z każdą minutą coraz bardziej rozrastały się w jego umyśle. Był sparaliżowany przez nieprzychylne emocje, nad którymi nie był w stanie zapanować. Nie wiedział, która godzina, lecz powoli ogarniało go zmęczenie. Mimo to nie mógł zasnąć. D’jok wstał i chwiejnym krokiem podszedł do ściany naprzeciwko. Położył się na ziemi, zwijając w kłębek. Nadal było słychać cichy szloch. Chłopak stwierdził, że musi przemyśleć całą tę sytuację. Został porwany – to nie ulegało wątpliwości. Ale przez kogo? D’jok musiał się chwilę zastanowić. Przez robota. A robot został wysłany przez… Bleylock. To imię pojawiło się w umyśle D’joka nagle, jak błyskawica, i przeszyło całe jego ciało niczym prąd. Głośno jęknął i mocniej zaszlochał. Skoro Bleylock go porwał to znaczy, że będzie chciał dopaść Sonny’ego… „Tatę” – poprawił się w myślach D’jok. – „On jest twoim ojcem”. Bleylock będzie chciał dopaść tatę, a skoro chce go dopaść to znaczy, że… będzie chciał odebrać mu metafluxa. Dochodzenie do prawdy było dla D’joka bolesne, jednak stwierdził, że musi to zrobić, by lepiej zrozumieć sytuację. Bleylock go porwał, bo chciał zwabić Sonny’ego z metafluxem do siebie. Na pewno będzie go szantażował… Ale jak? D’jok wiedział, że Sonny wyleciał z metafluxem, jeszcze w czasie trwania ich półfinałowego meczu. Jak Bleylock miał zamiar przekazać mu wiadomość, że więzi jego syna? D’jok nie miał pojęcia, lecz wiedział, że ktoś taki jak Bleylock znajdzie sposób. Chłopak stwierdził, że musi przestać o tym myśleć. Spróbował pomyśleć o meczu. Niestety pierwsza połowa przyćmiewała drugą. Do umysłu D’joka wkradały się obrazy zderzających się Snow Kids, piłki w siatce za Ahito, zmęczonych i zrezygnowanych twarzy kolegów z drużyny. Zacisnął mocniej powieki. Przed oczami pojawił mu się obraz Micro Ice’a. Mimowolnie się uśmiechnął. Znał Micro Ice’a od dziecka, wychowywali się razem, chodzili razem do przedszkola, do szkoły. Wszędzie. Zaraz pojawił się kolejny miły obraz. Mei. Początkowo nią gardził, ponieważ widział jak ona gardziła Micro Icem. Potem go oczarowała. Dopiero poniewczasie zorientował się, że był tylko narzędziem w jej rękach, narzędziem, dzięki któremu miała zostać napastniczką. Jednak potem zauważył jak się zmieniła. Zaczęło jej zależeć na dobru drużyny, stała się miła i pomocna. D’jok stwierdził, że już nie żywi wobec niej złych uczuć. Wręcz przeciwnie. Gdy wtedy zemdlała… naprawdę się o nią martwił. Na szczęście wyzdrowiała. Nagle przed oczami D’joka znowu pojawił się Micro Ice, tym razem z twarzą wykrzywioną złością. „Twoja dobra passa się skończyła. Straciłeś najlepszego przyjaciela!” – krzyknął. D'jok po raz kolejny głośno jęknął i ukrył twarz w dłoniach. Po chwili je opuścił, otworzył oczy, a po chwili znowu je zamknął. Zaczął głęboko oddychać. Jego oddech stał się urywany, gdy znów zaczął płakać. Pomyślał o tacie. Ciekawe, czy już dostał wiadomość? A jeśli tak, to co robi? Leci po niego? Olewa całą tę sprawę? A może nadal nie zdecydował co robić? D'jok przez chwilę zastanawiał się czy chce, żeby ojciec przyleciał po niego. Jeśli to zrobi siłą rzeczy odda Bleylockowi metaflux. A to z kolei najpewniej by oznaczało zagładę całej galaktyki. Za to jeśli Sonny nie przyleci i zapewni Bleylocka, że tego nie zrobi, wtedy... D'jokowi zmroziła się krew w żyłach na myśl co wtedy mogłoby nastąpić – D'jok przestałby mu być potrzebny. A skoro tak to... Chłopak zadrżał. Jednak chce, mimo wszystko chce, by ojciec po niego przyleciał.
- Tato – wyszeptał D'jok ochrypłym głosem. - Tato, proszę. Przyleć po mnie. Błagam cię przyleć. Przyleć po mnie...
D'jok cicho zaszlochał. Znowu ogarnęło go znużenie. Początkowo chłopak opierał się, gdyż bał się zasnąć. Jednak potem stwierdził, że to nie ma sensu. Sen powoli wziął go w swoje ramiona.
Oczywiście nie był to spokojny sen. Chłopaka cały czas dręczyły koszmary. Rzucał się na podłodze, krzycząc przeraźliwie. Widział tatę podającego sobie dłoń z Bleylockiem, a następnie rzucającego metafluxem w stadion Genesis i mówiącego do D'joka: „To dla ciebie synu”, a innym razem Bleylocka rzucającego metafluxem w przerażonego śmiertelnie tatę. Czasami przewijały się też obrazy Snow Kids: Mei rzucającą w niego metaflux z drwiącym uśmieszkiem, mówiąca: „Ależ oczywiście, że cię kocham D'jok”, Micro Ice'a rzucającego metafluxem w Mei, która woła o pomoc, Clampa bawiącego się metafluxem, a następnie jedzącego go, Aarcha rzucającego metafluxem w niestarającą się drużynę.
D'jok obudził się cały zlany potem. Policzkiem dotykał chłodnej podłogi. Nie wiedział ile spał, nie wiedział która godzina. W jego celi cały czas panował półmrok. D'jok ostrożnie podniósł się do pozycji siedzącej i rozejrzał. Na podłodze, jakiś metr od niego, leżała tacka z metalowym kubkiem i kawałkiem chleba. D'jok nie miał pojęcia jakim sposobem się tu znalazła. Podpełzł do niej i zajrzał do naczynia. W środku znajdowała się woda. Ostrożnie wziął kubek w drżące ręce i upił łyk. Natychmiast jednak go odstawił i zwymiotował. Zaczął kaszleć. Woda smakowała jak ścieki. D'jok wprawdzie nigdy ich nie próbował, ale był przekonany, że tak właśnie smakują. Sięgnął po chleb w nadziei zatuszowania okropnego smaku. Na próżno jednak. Pieczywo było twarde jak kostka brukowa, a gdy chłopak spróbował je ugryźć, aż zabolała go szczęka. Zrezygnowany odłożył chleb, odczołgał się od tacki i oparł plecami o ścianę. Po policzku spłynęła mu pojedyncza łza. Powróciły strach, niepewność i zrezygnowanie z dnia poprzedniego. A może to był ten sam dzień? D'jok nie miał pojęcia. Jednak wiedział, że jeszcze trochę i psychicznie nie wytrzyma. Pomyślał o ojcu. Fala sprzecznych uczuć uderzyła w niego z taką mocą, że aż zgiął się wpół. Po policzkach pociekły mu łzy. Czy Sonny został już poinformowany? Jeśli tak, to co zrobi? Zostawi go, porzuci? Czy może zaryzykuje bezpieczeństwo całej galaktyki by go ratować?
"Nie myśl o tym, nie myśl o tym głupi..." - powtarzał sobie D'jok, lecz bez skutku. Niepewność przeniknęła całe jego ciało, wędrując przez żyły, by dotrzeć aż do głębi serca. Po co jego ojciec miałby po niego przychodzić? Przecież dopiero niedawno się poznali. I w tym czasie miałby pokochać go tak bardzo, by zaryzykować jego bezpieczeństwo za bezpieczeństwo całej galaktyki? Niemożliwe. Tylko takie słowo pasowało D'jokowi jako odpowiedź na te wszystkie pytania. Zaczął płakać. Ponownie. Wielkie łzy toczyły się po jego policzkach. Położył się na ziemi i zwinął w kłębek. „Znajdź sobie inne zajęcie głupi!” - krzyczał na siebie w myślach. Po paru minutach wstał i podszedł do tacki z „jedzeniem”. Wziął chleb i przyjrzał mu się. Ostrożnie podniósł się z klęczek i podszedł do ściany. Przejechał po niej pieczywem, zostawiając rysę. Uśmiechnął się nieznacznie. Zaczął rysować plątaniny kresek i kółek. Wychodziły mu różne dziwne wzory. „Wyglądają jak rysunki ześwirowanego więźnia” - pomyślał z przekąsem. Jednak nie przestał rysować. Po jakimś czasie zaczęły mu wychodzić twory coraz bardziej przypominające konkretne rzeczy, jak na przykład: piłkę, puchar, bransoletkę. Zanim D'jok się obejrzał, cała ściana w zasięgu jego ręki była już zarysowana. Chłopak odsunął się na odległość kilku kroków, by podziwiać swoje dzieło. Widok by go z lekka przeraził, gdyby był w normalnej sytuacji. Jednak teraz wiedział, że to co ma przed sobą to nic innego jak jego emocje. Rysując, dał im upust. „No proszę, może powinienem zrezygnować z kariery piłkarza i zostać malarzem?” - pomyślał z przekąsem. Zaśmiał się ze swojego żartu. Niestety, mimo wszystko złe emocje go nie opuszczały. Spojrzał na chleb, który trzymał w ręku. „Cóż za przydatną cegiełkę mi dali. Jaki miło, że oni o mnie myślą.” D'jok zamachnął się i z całej siły rzucił pieczywem o przeciwległą ścianę. Chleb odbił się i z głuchym uderzeniem upadł na podłogę. Piłkarz zaśmiał się nerwowo i usiadł pod ścianą naprzeciwko drzwi. Zaczął bębnić palcami po kolanach, potem po podłodze. Położył się, następnie podniósł. Wstał, przeszedł się w tę i z powrotem. Usiadł po turecku pod ścianą. Spojrzał w górę, potem w dół. Położył się na plecach, podniósł nogi do góry i zrobił rowerek. Zaśmiał się nerwowo, po czym zgiął kolana, a stopy postawił na ziemi. Przewrócił się na bok, potem znowu. Przeturlał się pod drzwi, a następnie wrócił. Znów się nerwowo zaśmiał. Usiadł z powrotem, oparł się plecami o ścianę i odchylił głowę do tyłu. Po chwili jednak ją opuścił.
Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Zaskoczony uniósł głowę i zobaczył robota. Przez moment był tak zdziwiony, że zastygł w bezruchu. Po chwili robot  bezpardonowo podniósł chłopaka do pionu i brutalnie pociągnął za sobą. Piłkarz, zdezorientowany, nie protestował. Wciąż oszołomiony patrzył jak robot zakuwa mu ręce na plecach w kajdanki, wyprowadza z celi i ciągnie korytarzami. Po jakimś czasie wyszli na most, gdzie czekał na nich Bleylock, obok którego stał kolejny robot. D'jok na widok największego wroga swojego ojca wzdrygnął się, a jego ciało przeszył promień strachu, który zagnieździł się w sercu i umyśle. „Nie myśl o tym, nie myśl o tym” - skarcił się w myślach i próbował zachować obojętny wyraz twarzy. Robot podprowadził go do Bleylocka, który powitał go złowrogim uśmieszkiem. D'jok zaś odpowiedział mu hardym spojrzeniem. Jednak nie mógł długo wytrzymać patrzenia na swojego wroga, więc przeniósł wzrok na budynek przed sobą. Bleylock zrobił to samo. D'jok zastanawiał się po co wróg jego ojca kazał go tu sprowadzić. Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Po jakichś pięciu minutach czekania z budynku naprzeciwko wyłonił się Sonny z opaską na oczach i pudełkiem w ręku, które były połączone kajdankami. Tuż za nim postępował Baldwin. Współpracownik Bleylocka zdjął piratowi opaskę z oczu, a Sonny wycelował palec w swojego wroga i powiedział:
- Masz mnie Bleylock, puść mojego syna!
- Chwileczkę Blackbones, chwileczkę… - powiedział generał Technoidu. – Najpierw chcę zobaczyć metafluxa.
Sonny podszedł do przodu, za nim krok w krok postępował Baldwin. Pirat przyklęknął na prawe kolano, odpiął kajdanki, po czym uniósł pudełko, wcisnął odpowiednie przyciski na bokach i pokrywa zniknęła. Ukazał się metaflux, a Sonny wyciągnął ręce w stronę Bleylocka, który nie czekając ani chwili przywłaszczył sobie wynalazek.
- Nareszcie – powiedział, zapatrzony w swoją zdobycz.
W tym momencie D’jok nie wytrzymał:
- Dlaczego wróciłeś? Nie musiałeś… – te słowa skierowane były do Sonny’ego.
- Dopiero cię odnalazłem. Nie mogę cię stracić. Tak jak twoją matkę.
D’jok poczuł jak robi mu się ciepło na sercu i mimowolnie uśmiechnął się lekko. Lecz zaraz to uczucie zniszczył Bleylock.
- Proszę, wzruszające – rzekł z ironią.
- Puść nas Bleylock! Masz czego chciałeś – nie wytrzymał przywódca Piratów.
- Spokojnie Blackbones – generał uśmiechnął się chytrze. Sonny zmarszczył brwi. – Jesteś mi bardziej potrzebny niż myślisz. Brać go! – rozkazał Bleylock, wskazując palcem w stronę pirata. Jeden z robotów ruszył w jego stronę.
D’jok poczuł jak zaczyna się w nim gotować, a jednocześnie oblewa go zimny pot.
- Zdrajca! – zwrócił się wściekły do Bleylocka. – Obiecałeś!
- Obiecałem cię puścić i właśnie to robię – odpowiedział niewzruszony generał. – Jednakże – spojrzał na D’joka z błyskiem w oku. – Jeśli chcesz jeszcze zobaczyć swojego ojca, musisz być lojalny – rzekł z naciskiem na ostatnie słowo, pochylając się lekko.
- Nie słuchaj go D’jok! – krzyknął Sonny, odprowadzany już przez robota. D’jok spojrzał w jego stronę i poczuł jak serce mu się kraja. – Nie martw się o mnie. Wydostanę się stąd!
Chłopak spuścił głowę, żeby Bleylock nie zobaczył łez, które napłynęły mu do oczu. Smutnym wzrokiem patrzył za odprowadzanym ojcem. Po chwili podjął decyzję.
- Co mam zrobić? – spytał pokonany spuszczając mocniej głowę.
- Zupełnie nic, spraw tylko, żeby Snow Kidsi przegrali w finale.
D’joka aż zamurowało. Odwrócił się do Bleylocka.
- Ale… - zaczął.
- Jesteś najlepszy. Jeżeli zagrasz źle – stwierdził generał unosząc palec wskazujący do góry. -  nie pokonacie Shadowsów.
- Ale… to moi przyjaciele, liczą na mnie. Nie zrobię tego! – rzekł zacięcie D’jok.
- W takim razie stracisz swojego ojca – Bleylock postawił sprawę jasno. – Wybór należy do ciebie.
Chłopak otworzył szerzej oczy ze zdumienia i strachu. Jednak Bleylock przestał już się nim interesować, tylko machnął na robota, który po raz kolejny bezpardonowo pociągnął D’joka za sobą. Chłopak zamknął oczy, a gdy je znowu otworzył ujrzał ciemność, co go na chwilę zdezorientowało, po czym uświadomił sobie, że po prostu Baldwin zawiązał mu opaskę na oczach. Okazało się, że to było zbędne, gdyż D’jok całą drogę był jakby nieobecny duchem. Jego umysł był otępiały z nadmiaru wrażeń. Po jakimś czasie robot rzucił nim o ziemię i chłopak zaliczył mocne zderzenie z gruntem. Robot rozkuł go i odszedł. D’jok chwilę leżał w bardzo niewygodnej pozycji, po czym przewrócił się na plecy i zdjął opaskę. Zamrugał od nadmiaru światła i jęknął. Gdy już się przyzwyczaił, patrzył tępo w górę i nie miał zamiaru wstawać. Po paru minutach jednak zmienił zdanie i ostrożnie się podniósł. Przez chwilę chwiał się na nogach, a gdy się już ustabilizował, podszedł parę kroków do przodu i spróbował zorientować się gdzie jest. Rozejrzał się i stwierdził, że znajduje się w jakiejś uliczce. Ruszył do przodu, na wszelki wypadek wodząc ręką po ścianie. Wszystko dopiero powoli do niego docierało. Po jakimś czasie w pełni uświadomił sobie co się stało i upadł na kolana. Ukrył twarz w dłoniach i zaczął płakać. On został uwolniony, tak, to prawda. Za to jego ojciec, poświęciwszy się dla niego, został pojmany. Czy gdyby o tym wiedział i tak by przyszedł? „Przestań!” – krzyknął na siebie w myślach D’jok. Uniósł głowę i podświadomie cieszył się, że nie widzi w tej chwili swojego odbicia. Ostrożnie wstał i ruszył dalej, nadal trzymając się ściany. „Co ja narobiłem?” – myślał. – „To wszystko moja wina! Gdybym nie… gdybym nie…” D’jok właściwie nie wiedział czego nie powinien był robić, by tak się nie stało, jednak to nie przeszkadzało mu się obwiniać. Znowu zaczął rzewnie płakać, lecz tym razem nadal idąc. Spojrzał przed siebie rozmazanym przez łzy wzrokiem. „To moja wina” – te słowa odbijały się echem po jego czaszce, wysyłając do serca impuls z wiadomością „cierpisz”. Ból psychiczny znowu zamienił się w ból fizyczny, przenikając każdy zakątek jego ciała. Najbardziej cierpiało jednak jego serce. Każde uderzenie wywoływało u D’joka ból, który rozchodził się po ciele, trafiając zarówno do mięśni jak i do mózgu oraz wyciskał łzy. D’jok przystanął. „Chłopie, co ty wyprawiasz?” – pomyślał. – „Nie możesz w takim stanie pokazać się drużynie!” Chłopak przełknął ślinę i otarł łzy wierzchem dłoni. Wziął głęboki oddech i wyprostował się. Uniósłszy głowę do góry, zaczął iść do przodu. Wykorzystując swój umysł próbował zmniejszyć ból fizyczny, który po jakimś czasie powrócił do swojego pierwotnego stanu: bólu psychicznego. D’jokowi było to na rękę, bo stwierdził, że ból psychiczny łatwiej ukryć. Przygotowywał się przecież na spotkanie z drużyną. „Którą masz zdradzić” – przemknęło mu przez myśl. D’jok zacisnął szczęki i pięści, ale nie stanął. Po chwili wyjrzał zza rogu jednej z bocznych uliczek, którymi szedł i stwierdził, że jest już stosunkowo niedaleko hotelu. Wziął parę głębokich wdechów i kontynuował podróż. Szedł sztywno, usiłując zdusić rewolucję w swoim umyśle. Czasem mu się udawało, lecz już po chwili wybuchały powstania, które wbrew pozorom nie tak łatwo było uciszyć. D’jok przeżywał istny szok, gdy słyszał niedaleko siebie śmiechy. „Jacy oni są szczęśliwi” – pomyślał z niedowierzaniem. Mu niestety to szczęście zostało przedwcześnie zabrane. Mógł nadal cieszyć się z gry, śmiać się wraz z przyjaciółmi, być szczęśliwym. Ale nie, Bleylock musiał oczywiście wszystko zniszczyć. Musiał zdusić radość z odnalezienia ojca, więżąc go. D’jok wiedział, że teraz nawet piłka nie da mu szczęścia – będzie mu za to przypominała o zdradzie, której niedługo miał zamiar dokonać, w próbie ratowania ojca. Wiedział, że tylko on może mu pomóc. On i nikt inny. D’jok poczuł jak wilgotnieją mu oczy, więc szybko przełknął ślinę i wziął kolejny głęboki oddech. Nie, nie da się. Nie pokaże jak bardzo cierpi. D’jok nagle przystanął i zadarł głowę do góry. Otworzył szerzej oczy ze zdumienia. Stał przed hotelem Snow Kids. Jak on tam doszedł tak szybko? D’jok nie miał pojęcia. Pomyślał, że pewnie zrobił to podświadomie. Chłopak spojrzał przed siebie na wejście. Wreszcie, na miękkich nogach, wszedł. Lekko zdezorientowany szedł przed siebie, wsiadł do windy i dotarł na piętro Snow Kids. Odetchnął parę razy głęboko i ruszył w kierunku świetlicy. Był pewien, że tam ich znajdzie. Kto jak kto, ale Micro Ice na pewno się zorientował, że go nie ma. Gdy był już niedaleko, usłyszał głos Thrana i poczuł, jak nogi się pod nim uginają. Jednak teraz nie było już odwrotu. Szedł hardo dalej, a gdy był już blisko usłyszał głos Mei:
- … Micro Ice ma coś do powiedzenia.
- Już mówię. D’jok zniknął – syn przywódcy Piratów usłyszał głos przyjaciela. W tym momencie był już u wejścia, więc oparł się o framugę, włożył ręce do kieszeni i spróbował przywołać wesoły wyraz twarzy.
- Co?! – zawołała reszta unisono, nie zauważywszy jeszcze obecności D’joka.
- Prawdopodobnie został porwany – kontynuował Micro Ice. D’jok stwierdził, że w tym momencie może zareagować.
- To bardzo ciekawe co mówisz Micro Ice – rzekł, starając się brzmieć wesoło.
Wszyscy spojrzeli w jego stronę, niektórzy z lekka zdezorientowani. Mei i Micro Ice, którzy do tej pory stali do niego plecami, również się obrócili.
- D’jok? – zdziwiła się, widocznie szczęśliwa, Mei. D’jokowi serce zabiło szybciej.
- D’jok? – Micro Ice także się zdziwił. - Ale… gdzie byłeś? – w jego głosie wyczuwało się ulgę.
- Nie mogę ruszyć się bez ciebie? O ile wiem, nie jesteśmy małżeństwem – zażartował D’jok.
- Jesteśmy zgodni w tym temacie – stwierdził rozbawiony Thran.
- Hahaha, bardzo śmieszne – Micro Ice, który obrócił się do Thrana, widocznie nie docenił takiego poczucia humoru.
D’jok jeszcze przez chwilę, szczęśliwy, przyglądał się przyjaciołom. „Za parę dni ich zdradzisz” – zabrzmiało w jego umyśle. Chłopak spuścił głowę.
- Pójdę do siebie – powiedział, mrugając do nich. Następnie, z dłońmi w kieszeniach, ruszył w stronę swojego pokoju.

Gdy wreszcie doszedł, położył się na łóżku z dłońmi pod głową. Rozmyślał nad ostatnimi wydarzeniami, co sprawiło, że łzy napłynęły mu do oczu. Patrzył tępo w sufit, wspominając. Po jakimś czasie zamknął oczy. Wiedział, że te wydarzenia będą go prześladowały przez bardzo długi czas. Z tą myślą zasnął.

niedziela, 2 listopada 2014

100. post - "Rozmowa"

Witaaaaam! ;D

Przepraszam, że nie pisałam, ale mam urwanie głowy. ;/ Trzecia klasa i konkursy... Mam nadzieję, że zrozumiecie. :)

Taaa-daaaaaaaam!!! Oto setny (opublikowany) post na tym blogu! To dzięki Wam! Dziękuję kochani!!! Kocham Was!!!!!! <3 <3 <3 <3 <3

A teraz do rzeczy. :D
Oto opowiadanie o GF-ie (Galactik Football). Nie jest jednym z tego fanfiku, o którym mówiłam - to twór niezależny. Chociaż będę do niego nawiązywać w tym głównym. Napisane pod wpływem chwili, a dokładniej - dnia. Zresztą zobaczycie w opowiadaniu. ;) Nietrudno się domyślić, z czym związany, patrząc na dzisiejszą datę. XD

A teraz przejdźmy do opowiadania. W sumie jestem zadowolona z tego tekstu. Myślę, że mi dobrze wyszedł, a jaka jest Wasza opinia? Piszcie w komentarzach. :D
(chociaż w sumie końcówka mogłaby być lepsza, tak myślę...)

            ______________________________________________________________________

                                                                           Rozmowa

   Był chłodny, jesienny dzień. Słońce wyglądało co jakiś czas zza chmur, oświetlając kamienne płyty. Ptaki latały od drzewa do drzewa, zachowując jednak ciszę, powszechną w tym miejscu. Powiał chłodny wiatr, zabierając ze sobą liście, walające się na ziemi. Tia opatuliła się szczelniej płaszczem i rozejrzała dookoła. Policzki miała już zaróżowione, a włosy potargane od wiatru. Szła powoli, przysłuchując się cichej rozmowie rodziców, idących lekko z przodu.
- To teraz jeszcze do moich dziadków, twojej babci i mojego wujka… - mówiła Vanessa.
Collin tylko przytaknął i obejrzał się na córkę. Tia szła zamyślona za rodzicami, rozglądając się na boki. Lubiła odwiedzać cmentarz, chociaż przez to miejsce wpadała w melancholię. Najgorsze dla Tii było patrzenie na groby dzieci oraz jeśli na nagrobku data śmierci była zbliżona do dzisiejszej. To miejsce skłaniało do refleksji, nad własnym życiem i nie tylko. Cmentarz był miejscem, w którym… można coś przemyśleć. Cisza na nim panująca bardzo w tym pomagała.
- Ojej. Tam siedzi jakiś chłopak. I… on chyba rozmawia z grobem – głos mamy wyrwał Tię z zamyślenia. Dziewczyna spojrzała w kierunku, w którym patrzyła jej matka i zmrużyła oczy. Faktycznie, siedziała tam jakaś postać, i chyba coś mówiła. Ta postać miała rude włosy…
- Masz rację, kochanie – lekko zmartwiony głos taty, jakby do niej nie dotarł.
Tia przyjrzała się jeszcze raz postaci. Wyglądała jakoś znajomo… Dziewczyna pobladła. Ona znała tego chłopaka.
- No cóż, nie mamy wyjścia, musimy tam podejść. Może się zorientuje…
- Mamo – Tia przerwała wywód Vanessy, która od razu na nią spojrzała. – Ja znam tego chłopaka – dodała ciszej.
- Znasz? – Collin niedowierzał. -  To kto to jest?
- D’jok – powiedziała niemal szeptem Tia.
Jej rodzice spojrzeli po sobie. Tak, znali D’joka. Prawie tylko z widzenia, może ze dwa razy z nim rozmawiali, ale znali. Tia za to wiedziała o nim więcej, może i nie była z nim zbyt blisko, ale zobaczenie go rozmawiającego z grobem z pewnością musiało być dla niej swego rodzaju szokiem. Collin podszedł do swojej córki i położył jej rękę na ramieniu.
- Musimy tam podejść, Tia – powiedział cicho.
Dziewczyna przytaknęła. Powoli ruszyli w stronę D’joka. Chłopak chyba zorientował się, że idą, bo zamilkł i tylko patrzył się na nagrobek. Cicho przeszli obok niego i zaczęli krzątać się przy grobie dziadków Vanessy. Wyjęli dwa znicze, zapalili je i postawili po obu stronach grobu. Odmówili wspólnie modlitwę za zmarłych i Collin pochylił się by sprzątnąć zużyte wkłady. Tia przez prawie cały czas miała oczy utkwione w D’joku. Cokolwiek robili jej rodzice, ona patrzyła na chłopaka i zastanawiała się co on tu robi. W końcu odważyła się spojrzeć na nagrobek.

Delphina Blackstone
Żyła lat 25
Zm. 23 V 3005
Pokój jej duszy

Tii zabrało na chwilę oddech, a w oczach pojawiły się łzy. „To pewnie jego matka” – pomyślała. Kątem oka zauważyła, że jej rodzice zbierają się do odejścia. I w tym momencie D’jok ją zauważył. Ich spojrzenia spotkały się i rudowłosy uśmiechnął się do niej ciepło. Niepewnie odwzajemniła uśmiech. Wtedy właśnie coś ją tchnęło i zanim zdążyła się powstrzymać, podeszła do kolegi.
- H-Hej D’jok – przywitała się drżącym głosem i skrępowana odgarnęła kosmyk białych włosów za ucho.
-Witaj Tia – odpowiedział miękko rudowłosy. – Co tutaj robisz?
- A, przyszłam z rodzicami odwiedzić groby…
- Rozumiem. Chyba musisz już iść? – stwierdził D’jok, zerknąwszy za jej plecami na czekających rodziców.
Tia odwróciła się na chwilę i przytaknęła:
- Ch-Chyba tak. To… do zobaczenia.
- Do zobaczenia na treningu! – D’jok kolejnym ciepłym uśmiechem pożegnał Tię i wrócił do patrzenia na nagrobek.
Dziewczyna uniosła lekko kąciki ust, po czym odwróciła się i na miękkich nogach podeszła do rodziców. Przez chwilę szli w ciszy, aż w końcu Vanessa przemówiła:
- Ehm, tak, no cóż. To teraz jeszcze do babci i wujka…
Tia jednak nie słuchała już matki. Do końca dnia myślała o D’joku.

***

Następnego dnia Tia, około południa, wyszła z domu. Zamyślona szła tą samą drogą, którą wczoraj przemierzała z rodzicami. Była zdeterminowana, by pójść tam jeszcze raz. Nie była pewna czy go tam zastanie, jednak wiedziała, że jeśli nie spróbuje, to będzie ją to męczyć przez bardzo długi czas. Obawiała się tego spotkania. Jednak mimo wszystko przeszła przez bramę cmentarza i skręciła w kierunku bocznej alejki. Po chwili przystanęła. Jednego nie przemyślała – jak ona tam trafi? Stwierdziła, że spróbuje powtórzyć trasę, którą wczoraj przemierzyła z rodzicami. Poszła w kierunku pierwszego grobu, rozglądając się na boki. „Niee, chyba przeszłam” – stwierdziła i zawróciła się. Po jakimś czasie zauważyła znajome nazwisko. Podeszła tam i przez chwilę stała przy grobie. Potem rozejrzała się i ruszyła w kierunku kolejnej „pozycji”. Tym razem trafiła bez problemu. Jednak do następnych grobów już nie było jej tak łatwo dotrzeć. Błądziła z dobre pół godziny. W końcu wyruszyła w stronę grobu pradziadków. Rozglądała się w poszukiwaniu rudej czupryny. „Niee, to bez sensu. Przecież może go tam nie być” – skarciła się w myślach. Chodziła w kółko jakieś dziesięć minut, po czym zrezygnowała.
- Widać szczęście mi dziś nie dopisało – mruknęła.
Rozejrzała się jeszcze raz dookoła i ruszyła w drogę powrotną. Na głównej drodze obróciła się ponownie i… wtedy go zauważyła. Tak, to z pewnością ta ruda czupryna. Na miękkich nogach Tia zaczęła powoli iść w jego stronę. Już z tej odległości słyszała jego cichy głos. Zbliżała się coraz bardziej, a on nadal jej nie zauważył. „Nie słuchaj go, nie słuchaj go” – powtarzała sobie w myślach Tia. Rudowłosy zamilkł na chwilę i pogrążył się najpewniej w kontemplacji. Tia przystanęła obok niego.
- Cz-Cześć D’jok – powiedziała cicho, niepewnie.
D’jok podniósł na nią swój lekko zdziwiony wzrok.
- Tia. Co ty tu robisz?
- J-Ja… - zaczęła dziewczyna. – No, ten, tego. Przyszłam, bo… zastanawiałam się, czy… dlaczego… po co… Zastanawiałam się, czy tu będziesz – zdołała w końcu wyjąkać.
Rudowłosy przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu, wprawiając ją tym w zakłopotanie. Po chwili podsunął się na ławce i klepiąc miejsce obok siebie, powiedział:
- Chodź, usiądź.
Tia posłusznie usiadła obok kolegi i razem zaczęli wpatrywać się w nagrobek. Po jakimś czasie Tia niepewnie przerwała milczenie.
- To… To twoja matka, prawda? – spytała cicho.
D’jok przytaknął.
- Często tu przychodzę odkąd Maia pokazała mi, gdzie leży. Wcześniej jej nie odwiedzaliśmy, Maia przychodziła sama. Nie chciała, żebym wiedział…
- Maia nie powiedziała ci, gdzie leży twoja matka? – zdziwiła się Tia.
D’jok pokręcił przecząco głową.
- Nie powiedziała mi nic o moich rodzicach. Zrobiła to dopiero niedawno – trochę przed pucharem.
Tia zdziwiona milczała. Tym razem to D’jok przerwał milczenie.
- Często z nią rozmawiam. Jednak staram się nie obarczać jej moimi problemami – nie potrzebuje ich. Gdzieś czytałem, żeby tak nie robić. Moimi problemami obarczam Maię, jeśli już – cicho się zaśmiał. – Ona mi doradzi, a moja mama, no cóż, chyba z lekka nie może.
Przez chwilę panowało pomiędzy nimi milczenie.
- Nawet ich nie znałam – powiedziała nagle Tia. D’jok spojrzał na nią, a potem podążył za jej wzrokiem – patrzyła na nagrobek swoich pradziadków. – Nawet nie wiem, czy to dobrze, czy to źle.
- To dobrze – stwierdził D’jok, a gdy dziewczyna spojrzała na niego pytającym wzrokiem, wyjaśnił. – Maia mi kiedyś tak powiedziała, gdy ją o to spytałem. Powiedziała mi, że dobrze jest pamiętać, ale nie tęsknić. Pamiętać w sensie, że wiedzieć, że byli i kim byli.
Tia pokiwała głową, ale nic nie powiedziała. Po kolejnych minutach ciszy, stwierdziła cicho:
- Nie wiedziałam, że twoja mama tu leży.
- Każdy ma swoje tajemnice – odparł D’jok.
- To znaczy?
- To znaczy, że każdy ma coś o czym nie mówi.
Tia musiała się z nim zgodzić. Każdy miał coś, czym nie chciał się z nikim dzielić. Wolał to zachować dla siebie i mierzyć się z tym sam. Tia zauważyła, że grób Delphiny jest podwójny, więc spojrzała na nagrobek obok i aż drgnęła.
- Co się stało? – zapytał D’jok.
Tia nic nie powiedziała, tylko wskazała na nagrobek. D’jok spojrzał i zrozumiał. On też nie lubił na to patrzeć. Na płycie było napisane:

I’son Blackstone
Żył lat
Zm.
Pokój jego duszy

- Tak, wiem. Od razu zrobiono też grób dla niego. Na szczęście na razie jest tylko grobowcem.
- T-Tak. Na szczęście – odparła zszokowana Tia.

Potem oboje pogrążyli się w kontemplacji. Rozmyślali nad własnym życiem, nad życiem swoich bliskich i nad przemijaniem. Cmentarz naprawdę skłaniał do rozmyślań. A cisza na nim panująca bardzo w tym pomagała.
         _________________________________________________________________________

Adnotacja: Początkowo miało być więcej o rozmowie D'joka z mamą, jednak on widocznie nie chciał się na to zgodzić, bo mi nie wyszło. xD Za to Tia stwierdziła chyba, że skoro D'jok nie chce być głównym głównym bohaterem to ona nim będzie. xD (powtórzenie celowe)

środa, 15 października 2014

O Galactik Football cz.1

Najmocniej przepraszam, że moje 'jutro' przerodziło się w 'prawie pół miesiąca potem'. Wiecie, szkoła te sprawy. Wyjazd do Włoch z rodziną w ten weekend. :D (później opowiem ;D)

Pewnie część z Was zauważyła nową zakładkę. Żartuję. Jeszcze jej nie zrobiłam. XD Ale informuję, że się pojawi. ;D
Już tłumaczę.
Zaczęłam pisać fanfik do serialu animowanego pt. "Galactik Football". Pewnie część z Was (jeśli nie większość :C) nie oglądała tego serialu, a jeśli nawet to możliwe, że Wam się nie spodobało. Chociaż mimo wszystko mam nadzieję, że ktoś oglądał i lubi. :D
A więc tak. Opiszę postacie, te główne, jak potem o jakiejś trzeba będzie powiedzieć lub Wy będziecie chcieli się czegoś o tej postaci dowiedzieć to napiszę. :D Gdy nie będziecie czegoś rozumieli - pytajcie - z wieeeeeeeeelką chęcią odpowiem. :D Jeśli ktoś chce obejrzeć od początku BEZ SPOILERÓW to nie radzę czytać. :D Bo niektóre fakty są, emmm, zaskakujące. :D
A, akcja dzieje się po pierwszym sezonie.
Do rzeczy:

D'jok - w sumie raczej główny bohater mojego fanfiku, gdyż ponieważ to moja ulubiona postać. XD Napastnik drużyny Snow Kids, gra z numerem 9, odkrył Oddech jako drugi. Wychowywany przez Maię - wróżbitkę. Jego matka zmarła po porodzie, w ktrakcie katastrofy na Akillianie. Pewny siebie, nieco zarozumiały, głęboko wierzy w swoje szczególne przeznaczenie. Jest najlepszym przyjacielem Micro Ice'a. W związku z Mei. <3 I, uwaga uwaga, dosyć duży spoiler: Jest synem przywódcy piratów Sonny'ego Blackbonesa.

Sonny Blackbones - przywódca piratów, najlepszy przyjaciel Corso. Dawniej był naukowcem o imieniu I'son, razem z profesorem Yarretem Labnorem (Clamp) stworzył Metafluxa. Wywołał (w pewnym sensie) epokę lodowcową na Akillianie. Ojciec D'joka.

Mei - obrończyni drużyny Snow Kids, gra z numerem 7. Jako szósta odkryła w sobie Oddech. Dziewczyna D'joka. Ma bardzo wpływową matkę. Na początku jest arogancka i próżna, lecz potem się zmienia.

Micro Ice - napastnik drużyny Snow Kids, gra z numerem 3. Ostatni odkrył w sobie Oddech. Najlepszy przyjaciel D'joka. Ma duże poczucie humoru i często robi z siebie błazna. Choć najmniejszy z drużyny, jest typem spryciarza i luzaka. Bywa zadziorny, przez co wydaje się być dziecinny.

Tia - pomocniczka drużyny Snow Kids, gra z numerem 4. Gdy przyszła na casting do drużyny już umiała używać Oddechu. Dziewczyna Rocketa. Córka małżeństwa ambasadorów Księżyca Obia. Początkowo nieśmiała, cicha i zamknięta w sobie, dopiero później się otwiera. Uwielbia filmować.

Rocket - kapitan drużyny Snow Kids, gra na pozycji pomocnika z numerem 5. Jako czwarty odkrył w sobie Oddech. Chłopak Tii. Początkowo jego ojciec (brat Aarcha), nie chciał się zgodzić, by jego syn grał w piłkę. Tia odnalazła jego matkę. Podczas pucharu miał 16 urodziny.

Thran - obrońca drużyny Snow Kids, gra z numerem 2. Jako trzeci odkrył w sobie Oddech. Brat Ahito, "naukowiec" drużyny. Odpowiedzialny za dobudzanie brata zawsze i wszędzie, również na boisku. Jest zafascynowany nowoczesną technologią, dzięki czemu odnajduje w Clampie bratnią duszę.

Ahito - bramkarz drużyny Snow Kids, gra z numerem 1. Odkrył w sobie Oddech jako piąty. Brat Thrana. Anemiczne i powolne zachowanie oraz umiejętność zasypiania w dowolnym miejscu, w dowolnym czasie i w absolutnie dowolnej pozycji odziedziczył po ojcu. Jego reakcje są wyjątkowo szybkie, dlatego też często odbija piłkę, lecz czasami nie jest w stanie jej złapać. Doskonały bramkarz, któremu niejednokrotnie udaje się obronić strzał przez sen. To on wymyślił drużynie nazwę "Snow Kids".

Aarch - trener drużyny Snow Kids, dawniej członek drużyny Akillians. Przyjaciel Clampa. Sympatyczny i uprzejmy, a jako trener stanowczy i zdecydowany.

Clamp - technik drużyny Snow Kids. Więcej o nim jest powiedziane przy Sonnym. :) Stworzył holotrenera. (maszynę (chyba) do treningu dla SK)

Dame Simbai - fizjoterapeutka drużyny Snow Kids. Jest wysłannikiem incognito Stowarzyszenia Fluxa. Mieszka na planecie Wamba.

Maia - przybrana matka D'Joka i wróżbitka. Początkowo nie chciała wyjawić D'Jokowi prawdy o jego matce.

Corso - przyjaciel Sonny'ego, a zarazem jego prawa ręka i zastępca, jest piratem. Wielokrotnie ratował życie lidera piratów, zawsze mu pomaga.

Artie - znajomy Micro-Ice'a, jest piratem. Zagorzale kibicuje Snow Kids. Micro-Ice to jego ulubiony zawodnik. Często mówi rzeczy, których nie powinien mówić. Wesoły, pogodny, walkę z Technoidem traktuje jak zabawę, ale gdy trzeba potrafi być poważny. Przyjaciel Bennetha. Jeden z najbardziej zaufanych ludzi Sonny'ego.

Benneth - pirat, przyjaciel Artiego. Jest raczej tajemniczą postacią, ale i doskonałym piratem. Gdyby nie on, Artie rozpowiedziałby wszystkie tajemnice piratów. Jeden z najbardziej zaufanych ludzi Sonny'ego.

Callie Mystic - wszechobecna reporterka wiadomości Arkadia Sport, przed którą nie może się ukryć żadna tajemnica. Komentuje mecze pucharu Galactik Football. Jako pierwsza odkrywa, że Aarch tworzy nową akilliańską drużynę. (w moim mniemaniu przyjaciółka Norka)

Nork Agnet - gospodarz i dziennikarz telewizji Arkadia Sport. Komentuje mecze pucharu Galactik Football. (w moim mniemaniu przyjaciel Callie)

Brim Simbra - przewodniczący Stowarzyszenia Fluxa.

Adim - prezes Ligi Galactik Football. Była kiedyś zawodniczką drużyny Akillians.

Stella - opiekunka Tii. Kocha Tię jak własną córkę.

Warren - kapitan drużyny Lightnings. Jest napastnikiem, gra z numerem 9. Idol D'Joka. W pierwszym sezonie najlepszy strzelec pucharu Galactik Football. Zawodnik przestrzegający zasad.

Snow Kids - reprezentacja planety Akillian, jako pierwsza w historii swojej planety awansowała do 1/8 finału, a także wygrała Puchar Galactik Football. Są debiutantami rozgrywek w 1 serii serialu. W skład drużyny wchodzą: Ahito(bramkarz), Mei i Thran(obrońcy), Tia(pomocnik), Rocket(pomocnik - kapitan), Micro-Ice i D'Jok(napastnicy). Początkowo także w drużynie grał Sinedd, który po meczu z Red Tigers odszedł do Shadowsów. Cała drużyna posiada fluxa - Oddech Akillian. Trenerem drużyny jest Aarch.

Flux - pokłady magicznej, potężnej energii charakterystycznej dla planety lub drużyny, która jest w każdym mieszkańcu danej planety. Energia jest na tyle niebezpieczna, iż musi podlegać stałej kontroli Stowarzyszenia Fluxa, które zezwala na jej nieograniczone użycie wyłącznie w meczach Pucharu Galactik Football. Każdy flux ma unikatowe i wyjątkowe cechy, a także różną barwę i poziom siły.

Technoid - najpotężniejsza firma w Galaktyce, produkująca różne maszyny i roboty, służące jako ułatwienie życia mieszkańców, a także w celach obronnych i strażniczych. Główny wróg Piratów. Prezesem Technoidu jest Książę Madox.

Stowarzyszenie Fluxa - organizacja powołana w celu zachowania pokoju w Galaktyce po wojnie fluxów. Odpowiada za to, aby żaden flux nie był używany poza meczami Pucharu. Przewodniczącym Stowarzyszenia jest Brim Simbra. Członkowie Stowarzyszenia pochodzą ze wszystkich planet.

Liga Galactik Football - odpowiedzialna za organizację Pucharu Galactik Football. Jej prezesem jest Adim. Wszystkie drużyny biorące udział w Pucharze są w niej zrzeszone.

Muszę kończyć, lekcje czekają. :D Wyjaśnię później. ^^

Do napisania! ;* <3