Pamiętacie jak pisałam o śmierci mojego psa i o tym, że 13 i 14 kwietnia były jednymi z najgorszych dni mojego życia? Teraz stanowczo mam te najgorsze. Słyszeliście może o wypadku w Szwajcarii jakieś dwa tygodnie temu? W tunelu zderzyły się cztery osobówki, ciężarówka i autokar. 11 osób zostało rannych i była tylko jedna ofiara śmiertelna. Często słyszymy takie rzeczy, prawda? Może przez chwilę zrobi nam się żal tych osób, ale przejdziemy obok tego niemalże obojętnie. Nie zdajemy sobie sprawy, że ta 44-letnia Polka, która był jedyną ofiarą wypadku z 15 października mogła być czyjąś mamą. W tym przypadku była moją.
Wiecie jak to jest żyć bez mamy? Mam nadzieję, że nie. Bo wcale nie jest dobrze. Zwłaszcza jeśli była ona tak cudowną kobietą. Nie zamierzam się rozwodzić nad rzeczami typu: "dlaczego dobrzy ludzie odchodzą tak szybko", bo po prostu nie mam na to siły. Zwłaszcza dziś. Dzisiaj jest naprawdę ciężki dzień. Ale i piękny zarazem. Bo święto Wszystkich Świętych jest piękne.
Powiem Wam, że jest ciężko. Jest naprawdę okropnie ciężko.
Apeluję do Was o modlitwę. Nie tyko za moją rodzinę, ale i za wszystkie ofiary wypadków i ich rodziny. Bo przechodzimy obok tego niemalże obojętnie, a ja wiem z jaką to wiąże się tragedią.
Może potem napiszę dłuższy post.
A teraz do napisania!
wtorek, 1 listopada 2016
piątek, 19 sierpnia 2016
Diana 2
Yo yo! Wróciłam! :D Po miesiącu nieobecności w świecie rzeczywistym w końcu powracam (przy okazji z drugą częścią Diany). W końcu będę miała czas, by skończyć zaczęte posty ;) A teraz do zobaczenia kochani! ;*
Tego samego dnia rodzice Agaty umówili ją do psychologa, gdy tylko dowiedzieli się, co się stało. Na szczęście udało się ją wcisnąć jeszcze na ten sam dzień. Wieczorem rodzice zawieźli dziewczynkę na spotkanie. Agata chodziła ze spuszczoną głową i nie chciała nic mówić, nie odezwała się nawet, gdy do pomieszczenia wszedł psycholog. Był to dosyć wysoki mężczyzna, ubrany w zwykłe dżinsy i koszulę w niebieską kratkę. Miał krótko ścięte włosy. Usiadł na krześle naprzeciwko Agaty, wyjął z torby jakąś teczkę i zaczął przeglądać jej zawartość. Przez kilka minut słychać było tylko szelest kartek.
Tego samego dnia rodzice Agaty umówili ją do psychologa, gdy tylko dowiedzieli się, co się stało. Na szczęście udało się ją wcisnąć jeszcze na ten sam dzień. Wieczorem rodzice zawieźli dziewczynkę na spotkanie. Agata chodziła ze spuszczoną głową i nie chciała nic mówić, nie odezwała się nawet, gdy do pomieszczenia wszedł psycholog. Był to dosyć wysoki mężczyzna, ubrany w zwykłe dżinsy i koszulę w niebieską kratkę. Miał krótko ścięte włosy. Usiadł na krześle naprzeciwko Agaty, wyjął z torby jakąś teczkę i zaczął przeglądać jej zawartość. Przez kilka minut słychać było tylko szelest kartek.
- Witaj
– odezwał się w pewnym momencie mężczyzna. – Nazywam się Oskar Łata i mam 31
lat. Jestem nałogowym czytelnikiem, biegaczem-amatorem, grywam też czasem w
piłkę, a w dzieciństwie w palanta. Jestem singlem, lubię oglądać telewizję,
grać w gry planszowe z moją siostrzenicą, wyjeżdżać do domku letniskowego na
wakacje, słuchać odgłosów deszczu oraz bardzo dużo rozmawiać o sobie, więc może
przejdźmy już do ciebie, bo zaraz cała wizyta nam minie, co?
Agata
niechętnie podniosła na niego wzrok.
- Wcale
nie chciałam tu przychodzić – burknęła.
- No, ale
już tu jesteś, więc skoro tak, to możemy sobie pogawędzić, bo posiedzimy tu
jeszcze z godzinę, a ja nie potrafię długo wytrzymać w ciszy.
- Jestem
Agata – mruknęła.
- A
nazwisko jakieś masz?
- Mam.
- A jest
jakąś tajemnicą czy mogę je poznać?
-
Gospodarek.
- O,
jakie cudowne nazwisko! Też chciałbym takie mieć.
- Łata
też jest niczego sobie – rzekła Agata, uśmiechając się lekko.
Oskar
zamilkł na chwilę, po czym jego twarz rozjaśnił uśmiech.
- Tak. W
sumie to tak.
Przez
chwilę panowała cisza.
- A więc
opowiedz mi coś o sobie, Agato Gospodarek – poprosił psycholog.
-
Nazywam się Agata, przyjaciele mówią na mnie Agi. Mam 16 lat, chodzę do
pierwszej klasy liceum i uczę się w miarę dobrze. W wolnym czasie jeżdżę konno
i amatorsko rysuję. Również jestem nałogowym czytelnikiem. Moim ulubionym
przedmiotem jest historia.
- Bardzo
dobrze – Oskar uśmiechnął się. – A teraz opowiedz mi, co cię dręczy.
Uśmiech
momentalnie zniknął z twarzy Agaty, a oczy jej zwilgotniały.
-
M-Moja… p-przyjaciółka…
Nie była
w stanie mówić dalej, po jej policzkach pociekły jej łzy.
-
Zginęła, prawda? – dokończył za nią psycholog. Dziewczyna pokiwała głową. –
Wszystko wiem. W takich chwilach niewiele można pomóc. Muszę ci wyznać, iż
musisz po prostu sama uporać się z tym wszystkim. Nie złagodzę twojego bólu ani
nie przywrócę do życia twojej przyjaciółki. Mogę jedynie być przy tobie i pomóc
ci przejść najgorszy okres. Pomóc ci się nie załamać i mówić jak żyć tak, jakby
nic się nie zmieniło.
- Ale
się zmieniło! Więc dlaczego mam udawać, że nie?!
- Żeby
móc normalnie żyć – odparł smutno psycholog. – W dzisiejszym społeczeństwie nie
ma miejsca dla jednostek, które nie potrafią w nim normalnie funkcjonować.
- Czyli
pańskim zdaniem ludzie to tylko jednostki, tak?!
- Nie,
moja droga. Ja tak nie uważam. Ale jeśli chce się żyć w dzisiejszym świecie nie
wyróżniając się z tłumu trzeba się dopasować do powszechnych wytycznych.
- I pana
zdaniem to jest w porządku?!
- Nie. –
Ta krótka odpowiedź zgasiła Agatę, która ze zdziwieniem na twarzy oparła się na
krześle. Psycholog pochylił się nad torbą, która leżała obok niego. – I proszę,
mów mi po imieniu. Jestem Oskar.
Agata
kiwnęła głową.
Nastąpiła
chwila ciszy.
- Co mam
teraz zrobić? – spytała cicho licealistka. Oskar podniósł na nią wzrok, po czym
wyprostował się na krześle.
- Żyć
dalej. Tak, jak gdyby cię to nie ruszyło. Nie zapomnij o niej, ale nie pozwól,
by twoje uczucia brały nad tobą górę. To ty je masz, a nie one mają ciebie.
Agata
powoli pokiwała głową.
- O ty
popatrz. I już godzinka nam minęła. Jak jeden dzień normalnie. No cóż, czas się
pożegnać – mówiąc to, Oskar wstał z krzesła i zaczął zbierać swoje rzeczy. – No
to do zobaczenia Agato! Bo coś czuję, że się jeszcze spotkamy.
***
„I znowu
ten dźwięk dzwonka” – pomyślała z niechęcią Agata, po czym z westchnieniem
wstała z ziemi i podniosła swój plecak. Rozejrzała się. W całej szkole było
dosyć cicho, jak na liceum. Od dnia poprzedniego panowała w niej bowiem
nieoficjalna żałoba – na oficjalną nie pozwolono.
Po
wejściu do sali Agata zajęła swoje miejsce i wyjęła potrzebne rzeczy na blat.
Krzesło obok niej było melancholijnie puste. Przez cały dzień licealistka wręcz
wyczuła obok siebie ducha zmarłej przyjaciółki. Uniosła wzrok na tablicę, a w
jej oczach znów zalśniły łzy. Dziewczyna natychmiast wytarła je ręką i zrobiła
twardą minę. „Nie pozwól, by twoje uczucia brały nad tobą górę.” Agata
przypomniała sobie słowa Oskara i starała się je urzeczywistnić. Lecz po całym
dniu walki z emocjami była już nią zmęczona i coraz trudniej było jej utrzymać
przewagę. Najchętniej zamknęłaby się w jakimś pomieszczeniu, z dala od
wszystkich, i poddała się tym wszystkim emocjom. Jednak nie mogła. Po pierwsze
z powodów, które podał jej Oskar, a po drugie ze względu na Marka i Julię. Oni
też cierpieli – Diana była również ich przyjaciółką. Potrzebowali Agaty, a ona
potrzebowała ich. Opowiedziała im dziś swą wizytę u Oskara i obiecała, że
będzie na bieżąco przekazywać im jego rady. Dzięki temu poczuła się
odpowiedzialna za nich, co dodało jej sił do wewnętrznej walki.
- Agato
– rozległo się w sali. Dziewczyna spojrzała na nauczycielkę. – Wiem, co cię
trapi, ale proszę, spróbuj skupić się na lekcji. Nie zapominaj, że za dwa lata
czeka cię matura, a język polski jest obowiązkowy. – Agata pokiwała głową. Nie
miała pani Wróblewskiej tej uwagi za złe. Darzyła tę nauczycielkę sympatią,
ponieważ zawsze starała się łączyć empatię do uczniów ze swymi obowiązkami i
zazwyczaj jej to wychodziło. Z sympatii do niej przez resztę lekcji Agata
starała się skupić.
***
- To
jak, idziemy gdzieś?
Agata
kiwnęła głową.
- Proponuję
do tej kawiarni niedaleko Rynku.
-
Świetny pomysł! – Julia uśmiechnęła się, lecz jej oczy pozostały smutne. Agata
widząc to, postanowiła również się postarać i odwzajemniła uśmiech.
- To
chodźcie, bo autobus nam ucieknie – zawołał z przodu Marek.
Dziewczyny
widząc podjeżdżający autobus z właściwym numerem, zaczęły biec. Już po chwili
wszyscy troje siedzieli wygodnie w pojeździe.
- Pusto
jakoś – zauważyła Julia. Pozostała dwójka rozejrzała się.
-
Faktycznie – stwierdził Marek. – Martwi cię to?
Julia gwałtownie
pokręciła głową.
- Ani
trochę.
Agata
zaśmiała się cicho.
Dalsza
droga minęła im w ciszy.
Gdy już
siedzieli przy stoliku w kawiarni, Marek rozpoczął konwersację. Rozmawiali o
błahych rzeczach jak szkoła czy filmy. Po pewnym czasie Julia stwierdziła:
- Ja
wiem, że jest nam ciężko. Ale nie tylko my przeżyliśmy coś takiego. Wiele osób,
również z naszej szkoły, doznało kiedyś takiej straty, a nawet i większej!
Wiem, że jest nam wszystkim ciężko. Ale mamy siebie. Musimy żyć dalej. Diana
nie chciałaby, byśmy się załamali.
Po tych
słowach zapadła długa cisza.
- Ona ma
rację – odezwał się Marek. – Wiesz o tym, prawda Agato?
Dziewczyna
pokiwała wolno głową.
- Wiem –
odpowiedziała ochrypłym szeptem. – Postaram się, obiecuję. Dla was. I dla niej.
Pozostali
kiwnęli głowami.
- Za
parę dni pogrzeb – rzekł smutno Marek. – Mimo, że nie ma ciała.
Agata
spojrzała na niego.
- Diana
zasługuje na to.
- Wiem –
odparł chłopak.
- A więc
do zobaczenia – powiedziała smutno Julia.
***
Wiał zimny wiatr, niebo było zachmurzone, a ziemię pokrywał
szron. Agata patrzyła na to wszystko, stojąc samotnie na cmentarzu. Wpatrywała
się tępo w dal, nieświadomie trzęsąc się z zimna. W pewnym momencie jakby
ocknęła się z otępienia i opatuliła szczelniej szalikiem. Był środek stycznia,
jednak śniegu było mało. Dzieci miały nadzieję, że jeszcze go trochę napada,
chociaż na ferie, które miały się zacząć za niecałe dwa tygodnie. Agacie
osobiście było to obojętne. Uwielbiała śnieżny krajobraz, lecz mimo wszystko
trudniej się wtedy funkcjonowało. Diana za to kochała śnieg. Agata nigdy nie
wiedziała skąd u jej przyjaciółki wzięła się tak wielka miłość do tak prostej
rzeczy. Jakby słysząc myśli dziewczyny, z nieba zaczęły spadać małe białe
płatki. Agata wyciągnęła przed siebie dłoń. Śnieg dotknąwszy ciepłej skóry,
rozpłynął się. Agata spojrzała na świeży grób, który był prawie niewidoczny zza
wieńców oraz zniczy. Dziewczyna przyjrzała się napisom. Diana Ruman. W jej oczach pojawiły się łzy, które pociekły po
policzkach, gdy przeczytała słowa: Zmarła
śmiercią tragiczną w wieku 16 lat. Szloch wstrząsnął całym ciałem Agaty i
powalił ją na kolana. Uniosła dłonie do oczu, z których gęstymi strumieniami wylewały
się łzy.
- Diano – wyszeptała. – Diano wróć. Proszę.
Wiedziała, że jej prośby są próżne. Nawet jeśli dusza Diany
je usłyszy i tak nic to nie zmieni. Nic ani nikt nie zwróci jej przyjaciółki. Zaczęło
się ściemniać, lecz Agata nie zwróciła na to zbytniej uwagi. Klęczała na ziemi,
na którą kapały słone łzy z jej policzków. Spojrzała na grób. Jego widok
przypomniał jej ceremonię pogrzebową, która odbyła się zaledwie godzinę wcześniej.
Rodziców Diany nie było. Nikt nie mógł się z nimi skontaktować. Policja
przeszukała mieszkanie, które Diana wynajmowała oraz przepytała jego właścicielkę.
Mimo że ta twierdziła, iż widziała rodziców dziewczyny, nie potrafiła ani
opisać ich wyglądu, ani powiedzieć kiedy i o czym z nimi rozmawiała. Numery
telefonów okazały się nieprawdziwe, tak samo jak adres zamieszkania. Gdy
policja pojechała na podane w dokumentach miejsce, zastała tylko stary dom, a
mieszkańcy wioski twierdzili, iż był on niezamieszkany od jakichś dwudziestu
lat. Cała sytuacja była co najmniej dziwna, lecz pogrzeb mógł się odbyć –
pieniądze na niego poszły z ubezpieczenia. Stypy nie zorganizowano, lecz Agacie
było to wręcz na rękę.
Licealistka podniosła się z kolan. Ziemię pokrywała cienka
warstwa białego puchu, która lekko rozjaśniała zapadły zmrok. Agata ostatni raz
spojrzała na grób i odwróciła się. Poszła alejką do wyjścia, a łzy cały czas ciekły
jej po policzkach.
środa, 27 lipca 2016
To już cztery lata!
Yo yo mejts!
Dziś baaardzo ważny dla mnie dzień. Dziś są CZWARTE urodziny mojego bloga! Tak, to już cztery lata... Jak ten czas szybko leci ;')
Wiem, że nie zawsze byłam odpowiedzialna (No tak trochę. Cicho Sean), ale staram się być coraz lepsza. Obiecany post ogółem stoi w miejscu, bo musiałam go przerwać, a teraz cały czas jestem w rozjazdach. Zaczęłam nawet drugi post, więc któryś z nich mam nadzieję się wkrótce pojawi ;)
I pragnę Wam podziękować! To wszystko dzięki Wam. Dzięki Wam mam chęć, by działać dalej. Dziękuję Wam, że jesteście, mimo że mnie często nie ma. To dzięki Wam ten blog dalej istnieje i działa i to dzięki Wam ma już cztery lata. Kocham Was za to wszystko <3 I jak to stwierdziła Siu: "Emotikonki są jak Rafaello, wyrażają więcej niż tysiąc słów". A więc: *-* <3 ;*
Pragnę szczególnie podziękować Fobosowi, która jest ze mną od sameeeego początku, a nawet i wcześniej :D Dziękuję ;*
Pozdro z Krakowa!
Ktoś jeszcze jest na ŚDM? :D Jest cudownie <3 Najcudowniej na świecie <3
Mieszkam u super rodziny, są genialni *.*
Widziałam kardynała Dziwisza! Był małym żółtym ludzikiem. ;'D
Msza po łacinie *-* Cudo *-*
A teraz zostawiam Was z Sylwią Przetak i piosenką pasującą dla mnie do dzisiejszego dnia oraz przepięknym hymnem ŚDM :D ;*
Bayo!
Dziś baaardzo ważny dla mnie dzień. Dziś są CZWARTE urodziny mojego bloga! Tak, to już cztery lata... Jak ten czas szybko leci ;')
Wiem, że nie zawsze byłam odpowiedzialna (No tak trochę. Cicho Sean), ale staram się być coraz lepsza. Obiecany post ogółem stoi w miejscu, bo musiałam go przerwać, a teraz cały czas jestem w rozjazdach. Zaczęłam nawet drugi post, więc któryś z nich mam nadzieję się wkrótce pojawi ;)
I pragnę Wam podziękować! To wszystko dzięki Wam. Dzięki Wam mam chęć, by działać dalej. Dziękuję Wam, że jesteście, mimo że mnie często nie ma. To dzięki Wam ten blog dalej istnieje i działa i to dzięki Wam ma już cztery lata. Kocham Was za to wszystko <3 I jak to stwierdziła Siu: "Emotikonki są jak Rafaello, wyrażają więcej niż tysiąc słów". A więc: *-* <3 ;*
Pragnę szczególnie podziękować Fobosowi, która jest ze mną od sameeeego początku, a nawet i wcześniej :D Dziękuję ;*
Pozdro z Krakowa!
Ktoś jeszcze jest na ŚDM? :D Jest cudownie <3 Najcudowniej na świecie <3
Mieszkam u super rodziny, są genialni *.*
Widziałam kardynała Dziwisza! Był małym żółtym ludzikiem. ;'D
Msza po łacinie *-* Cudo *-*
A teraz zostawiam Was z Sylwią Przetak i piosenką pasującą dla mnie do dzisiejszego dnia oraz przepięknym hymnem ŚDM :D ;*
Bayo!
niedziela, 10 lipca 2016
Elf 20
Porządny post w przygotowaniu, nie było mnie ten tydzień, więc nie miałam jak go dokończyć, ale obiecuję, że niedługo będzie ;) Tymczasem łapcie trochę akcji (w końcu)
Elf 20
Była to moja pierwsza wyprawa
od czasu przyjazdu. Z jednej strony czułem podekscytowanie, ale z drugiej
niepokój. Gdy wyruszaliśmy dziedziniec nadal był prawie pusty, miasto dopiero
budziło się do życia. Widok wyjeżdżających wcześnie książąt nikogo nie dziwił,
niektórzy tylko spojrzeli ciekawskim wzrokiem na mnie. Jechałem tym razem na
Laudilu, co niestety zamiast mnie uspokajać, sprawiało tylko, że denerwowałem
się jeszcze bardziej. Gdy wyjechaliśmy z zabudowań, bracia przyspieszyli do
kłusa, więc ja również popędziłem Laudila. Ligolis prowadził, natomiast Haldir
ustawił się za mną. Jechaliśmy szybkim kłusem, co tylko potęgowało moje
zdenerwowanie. Starałem się uspokoić, bo wiedziałem że koń wyczuwa niepokój
jeźdźca. Po pewnym czasie wpadłem w swego rodzaju monotonię, która pomogła mi
zachować spokój podczas dalszej podróży. W pewnym momencie zjechaliśmy ze
żwirowej drogi w leśną i zatrzymaliśmy się na krótki postój. Bracia poszli
gdzieś w głąb lasu, a ja zostałem sam z końmi. Pogłaskałem Laudila po szyi.
- Boję się – wyszeptałem.
„To zrozumiałe” – odezwał się
głos w mojej głowie.
Odskoczyłem do tyłu. Przez
chwilę myślałem, że to Lucas, ale to był inny głos. Jakby…
Spojrzałem uważnie na Laudila.
Koń przechylił głowę na bok.
„Co tak skaczesz?”
Wciągnąłem gwałtownie
powietrze.
- T-Ty mówisz? – wyszeptałem.
„Nie mówię. Myślę. Jak nie
chcesz wyjść na wariata, to też myśl.”
Stałem chwilę z otwartymi
ustami, po czym potrząsnąłem głową.
„O tak?” – spróbowałem.
„Dokładnie tak” – odparł
Laudil.
Uśmiechnąłem się.
W tym momencie wrócili bracia.
- Wszystko w porządku Leo? –
spytał Ligolis.
Odwróciłem się do niego.
- Jasne – posłałem mu uśmiech,
który odwzajemnił.
Następnie wsiedliśmy na konie i
pojechaliśmy dalej. Po upływie chwili, podczas której delektowałem się nowo
poznaną umiejętnością, przypomniałem sobie, gdzie właściwie jedziemy i zalała
mnie
fala sprzecznych uczuć, tak
ogromna, że o mało nie spadłem z wierzchowca. Wziąłem głęboki wdech,
wyprostowałem się i nie dałem nic po sobie poznać. Jechaliśmy w milczeniu.
Bracia bacznie obserwowali drogę, a ja bacznie obserwowałem ich. Co jakiś czas
zerkali na siebie i widać było po nich zdenerwowanie. Nie zastanawiałem się nad
powodem, gdyż miałem mnóstwo własnych zmartwień w tamtym momencie. Nawet nie
wiem ile tak jechaliśmy, bo kompletnie straciłem poczucie czasu, byłem jakby w
transie. Ocknąłem się dopiero, gdy Ligolis się do mnie odezwał:
- Słuchaj Leo – spojrzałem na
niego. Powaga w jego oczach z lekka mnie przeraziła. – Już zaraz dojedziemy do
Firewood. Trzymaj się blisko nas, niczego nie dotykaj i… staraj się, by nic ci
się nie stało.
Po jego słowach przeszedł mnie
zimny dreszcz. Gdy ruszyliśmy dalej, zacząłem się trząść. Jechaliśmy polną
drogą, między pagórkami i pojedynczymi drzewami. Po stosunkowo krótkiej chwili,
w oddali ujrzeliśmy pomarańczową łunę. „Firewood” – pomyślałem. Powoli
podjeżdżaliśmy coraz bliżej, a z każdym krokiem coraz wyraźniej widzieliśmy
majaczący w oddali krajobraz. Wyglądało to jak pożar lasu, jednak nie
rozprzestrzeniał się on, tylko cały czas płonął jednostajnie. Gdy już byliśmy
prawie u celu, zacząłem odczuwać gorąco. Przetarłem czoło dłonią.
- Czy w środku też jest tak
gorąco? – spytałem.
- Jeszcze bardziej – odrzekł
Haldir. – Ale nie tak bardzo jak powinno być. Gdyby to nie była czarna magia
już dawno byśmy się spalili.
Z każdą chwilą cała sytuacja
zaczynała mi się podobać coraz mniej. Wreszcie wjechaliśmy do Firewood. Od razu
ogień mnie wręcz oślepił, tak był jasny i gęsty. Wszystko wokół nas płonęło.
Drzewa, krzewy, rośliny. Tylko wąska piaszczysta droga wolna była od płomieni.
Bracia ruszyli do przodu, a ja niepewnie za nimi. Rozglądałem się nerwowo na
boki, pamiętając o przestrogach książąt. W pewnym momencie dziwny dźwięk z
prawej strony przykuł moją uwagę. Odwróciłem się w porę, by ujrzeć ognistą kulę
wielkości ludzkiej głowy lecącą w moją stronę. Z krzykiem przypadłem do
grzbietu Laudila, a kula przeleciała nade mną i spadła po drugiej stronie
drogi. Bracia natychmiast odwrócili się w moją stronę.
- Uważaj – powiedział tylko Ligolis
i ruszył dalej.
Nerwowo pokiwałem głową i
pojechałem za nim. Jechaliśmy gęsiego – Ligolis pierwszy, ja za nim, a cały
pochód zamykał Haldir. Krajobraz wokół nas mnie przerażał, zwłaszcza że część
roślin dosłownie pluła w nas ogniem i co jakiś czas musieliśmy się uchylać
przed lecącymi w naszą stronę kulami. Czasami po bokach drogi miały miejsce
wybuchy, które płoszyły nam konie. Bałem się, że w końcu nie utrzymam Laudila.
Serce miałem już w gardle, a w pewnym momencie przed Ligolisem spadła płonąca gałąź,
co spowodowało, iż prawie zemdlałem. Jego koń zarżał i odskoczył w bok, lecz
książę na szczęście go utrzymał. Podziwiałem jego spokój i opanowanie. Skłonił
swojego konia do przejechania nad powaloną gałęzią, lecz ja miałem z tym
niemały problem. Laudil za nic nie chciał przekroczyć płonącego drewna, cały
czas się cofał i nie mogłem nic na to poradzić. W końcu Ligolis złapał go za
uzdę i przeciągnął na drugą stronę. Haldir przejechał bez problemów i
ruszyliśmy dalej.
- Ligolis.
Młodszy książę odwrócił się w
moją stronę.
- Gdzie oni są?
Ligolis zmieszał się.
- Nie wiem, Leo. Ale nie powinni
być daleko. Powinni tu przybyć zaledwie półto… – wielki huk po prawej stronie
nie pozwolił mu dokończyć. Równocześnie spojrzeliśmy w tamtym kierunku.
- Nie jest dobrze – rzekł cicho
Haldir. – Wiejcie!
Ligolis ruszył do przodu, a ja
zanim. Miotałem się w siodle, a w gardle zaschło mi z przerażenia.
- Ligolis! – krzyknąłem. – Ja nie
umiem galopu!
Młodszy książę zwolnił i pozwolił
mi przejechać obok siebie.
- Jedź tą ścieżką!
Posłuchałem go i pognałem drogą,
nie oglądając się na braci, lecz czułem, że zostali, by powstrzymać to, co
nadciągało. Słyszałem za sobą jakiś gardłowy ryk. I wtedy uświadomiłem sobie, o
co chodziło braciom, gdy kazali mi jechać dalej. Potwory. Zostali, by walczyć z
płonącymi potworami.
Tak się zamyśliłem, że
zapomniałem patrzeć na drogę i nie zauważyłem, gdy nagle przede mną wyrosła
postać otoczona płomieniami. Gwałtownie wstrzymałem Laudila, lecz poskutkowało
to tym, iż stanął on dęba, zrzucając mnie z siodła. Upadłem plecami na twardą
ziemię i na chwilę zabrało mi oddech. Gdy w końcu zdołałem się podnieść, moim
oczom ukazała się wysoka smukła postać… z płomieni. Otworzyłem szeroko oczy ze
strachu i instynktownie przesunąłem się w tył. Potwór ryknął na mnie, aż
poczułem jego gorący oddech na twarzy. W następnej chwili złączonymi dłońmi
uderzył prosto we mnie. Zdążyłem przetoczyć się w bok, lecz potwór powtórzył
uderzenie. Przetoczyłem się ponownie, pospiesznie wstałem i cofnąłem się kilka
kroków. Rozejrzałem się, lecz nigdzie nie widziałem Laudila. Byłem sam. Do
głowy przyszła mi tylko jedna rzecz, którą mogłem teraz zrobić.
- Ligolis! – krzyknąłem
najgłośniej jak potrafiłem, lecz w tym samym momencie musiałem uchylić się
przed ciosem potwora. Odskoczyłem do tyłu i spróbowałem znaleźć jakąś broń,
lecz wszystko wokół mnie płonęło, więc wolałem tego nie ruszać. Sam potwór
również składał się z samych płomieni, więc bałem się go dotknąć, a większość
mojej broni została przy siodle. Przy sobie miałem tylko sztylet, który wyjąłem
i rzuciłem w potwora. Rzut okazał się niestety za słaby i stwór bez wysiłku
odtrącił broń ręką. Dało mi to jednak czas na przemieszczenie się jak najdalej
od niego. Potwór natomiast wziął do ręki płonącą gałąź i rzucił we mnie. Panicznie
rzuciłem się w bok i drewno przeleciało nade mną. Potwór jednak był szybki i
nim zdążyłem wstać, już był przy mnie. Zamachnął się i pięścią uderzył mnie w
pierś. Poczułem gwałtowne uderzenie połączone z potężnym
ukłuciem gorąca i szybko rozchodzące się po skórze uczuciem żarzącego bólu.
Krzyknąłem i upadłem na ziemię. Potwór zamachnął się do kolejnego uderzenia,
lecz nim zdążył je wykonać strzała z zielonym bełtem wbiła mu się prosto w
pierś. Stwór zachwiał się i cofnął kilka kroków. W następnym momencie uchylił
się przed ciosem z powietrza. Ze zdziwieniem zarejestrowałem, iż cios ten
wykonany był mieczem. Po chwili ujrzałem Ligolisa zeskakującego z konia i
odganiającego swego wierzchowca dalej. Żwawym krokiem zaczął iść w naszą stronę
i szybkim ruchem wyciągnął miecz z pochwy. Ostatni odcinek drogi pokonał
biegiem i zamachnął się zza głowy na potwora. Ten jednak zrobił unik, ryknął i
rzucił się na księcia z boku. Ligolis zablokował go mieczem, po czym zakręcił
bronią nad głową i ciął ukosem z lewej, przecinając stwora na pół. Krzyknąłem,
a po ognistej postaci została kupka popiołu. Książę podszedł do mnie.
- Nic ci nie
jest, Leo?
Już miałem
pokręcić głową, lecz rana na piersi potwornie zapiekła, przypominając o swoim
istnieniu. Syknąłem i spojrzałem w dół. Na klatce piersiowej środek koszuli był
wypalony, a skóra poparzona. Ligolis skrzywił się.
- Nie mamy cza… –
oboje spojrzeliśmy w prawą stronę, z której właśnie nadjechał Haldir. Zsiadł on
z konia i podszedł do nas.
- Niedługo tu
wrócą. Są rozdrażnione. Coś musiało je zdenerwować.
- Coś lub ktoś –
skrzywił się Ligolis. – Nie zapominajmy po co tu jesteśmy.
W tym momencie
Haldir dostrzegł moją ranę.
- Co się stało?
- Potwór mnie
walnął – odpowiedziałem.
Haldir skrzywił
się.
- Nie mamy
czasu, by to opatrywać. Chociaż… – spojrzał na brata. – Ty możesz to załatwić.
Ligolis
spiorunował go wzrokiem.
- Nie mogę
tracić tyle energii.
- Chociaż trochę
– nalegał starszy książę.
Patrzyłem to na
jednego z braci, to na drugiego, jak zwykle nic nie rozumiejąc.
Ligolis westchnął.
- Zgoda. A ty
idź znaleźć Laudila.
Haldir pokiwał
głową i się oddalił.
- Co się… –
chciałem zapytać, lecz Ligolis mnie uciszył.
- Siedź cicho.
Posłusznie
zamilkłem, a młodszy książę przyłożył obie dłonie do mojej rany i zamknął oczy.
Po chwili poczułem pozytywną energię przepływającą przez klatkę piersiową.
Pieczenie ustało, a ból zelżał. Po chwili energia zniknęła, a Ligolis otworzył
oczy.
- Lepiej? –
zapytał.
Spojrzałem w dół
i zauważyłem, że rana jest mniej czerwona niż wcześniej.
- Co się stało?
- Uzdrowiłem
cię. Znaczy… tak trochę. Bo nie mamy czasu na pełną kurację.
- Ale… jak?
Na to pytanie
Ligolis nie zdążył mi odpowiedzieć, bo wrócił jego brat, prowadząc Laudila.
- Nie był daleko
– uśmiechnął się. – Skończyliście?
Młodszy książę
pokiwał głową i wstał. Zrobiłem to samo co on i skierowałem się w stronę
Laudila. Gdy byłem już przy nim, nagle cała energia mnie opuściła. Oczy zaszły
mi białą mgłą, a ciało stało się prawie bezwładne. Zachwiałem się i powoli
zacząłem tracić przytomność. Złapałem się siodła i trzymałem kurczowo, by nie
upaść. Gdy już myślałem, że odpuszczę, energia wróciła. Wyprostowałem się
ostrożnie, lecz po niedawnej słabości nie było nawet śladu. Poczułem czyjąś
dłoń na ramieniu. Podniosłem głowę i spojrzałem w niebieskie oczy Haldira.
- Wszystko w
porządku Leo? – spytał czujnym głosem.
- Tak –
uśmiechnąłem się i by nie dać nic po sobie poznać, dosiadłem Laudila. Haldir
patrzył na mnie jeszcze chwilę, po czym odszedł by wsiąść na swego konia.
Mimowolnie odetchnąłem z ulgą.
Po chwili
ruszyliśmy dalej w takiej samej kolejności jak poprzednio. Jechaliśmy nieco
szybciej niż wcześniej. Z tyłu doszedł nas ryk. Bracia nie zareagowali, lecz mi
serce podskoczyło do gardła. Byłem przerażony, a do tego przed chwilą niemal
otarłem się o śmierć. Rozglądałem się na wszystkie strony, lecz nigdzie nie
widziałem żadnego z członków paczki. Gdy moje przerażenie i rozpacz sięgnęły
zenitu, krzyknąłem:
- Ligolis! Gdzie
oni są?!
Ligolis obrócił
się w siodle.
- Nie mam
pojęcia Leo. Nie powinni być daleko. Ale nie możemy postępować pochopnie.
- Nie obchodzi
mnie to! – rozdarłem się. – Nie mam zamiaru tu dłużej być! Rozumiesz?! Nie mam
zamiaru! – po czym wziąłem głęboki wdech i krzyknąłem najgłośniej jak
potrafiłem. – Ozzy! Rose! Gdzie jesteście?!
- Leo! – skarcili
mnie bracia jednocześnie.
Zanim zdążyli
powiedzieć coś więcej, z tyłu doszedł nas ryk, a po nim kolejny. Bracia
obrócili się i równocześnie przyspieszyli, więc ja siłą rzeczy razem z nimi.
Nie zajechaliśmy daleko, gdy z lewej doszedł nas głos:
- Leo!
Natychmiast się
zatrzymaliśmy, a gdy ujrzałem postać biegnącą w naszą stronę, serce podskoczyło
mi z radości.
- Ozzy!
Już miałem
zsiąść z konia, gdy Haldir mnie powstrzymał.
- Nie – rzekł
twardo.
Ligolis
natomiast zbliżył się do Ozzy’ego, który był już przy nas.
- Ozzy, gdzie
jest reszta?
- Tam – blondyn
wskazał kierunek ręką. Przyjrzałem mu się. Wyglądał strasznie. Ubrania miał
podarte i miejscami przypalone, był cały brudny, a na jego twarzy widać było
udrękę.
Ligolis kiwnął
głową.
- Prowadź – po
czym zaczął przedzierać się przez wąską ścieżkę.
Serce znów
podskoczyło mi do gardła.
- Laudil tam nie
pojedzie! – zwróciłem się przerażony do Haldira.
- No to go
zmusimy – z jego twarzy zniknęły jakiekolwiek pozytywne emocje, pozostały tylko
powaga i zawziętość. Złapał Laudila za uzdę i skierował w stronę ścieżki.
Trzymałem się kurczowo siodła, próbując nie panikować, podczas gdy Haldir
prowadził nas za Ligolisem i Ozzy’ym. W końcu doszliśmy do małej groty, skrytej
przed wzrokiem z głównej drogi. Była jednak na tyle duża, by mogli się tam
skryć wszyscy członkowie paczki. Gdy ich ujrzałem odetchnąłem z ulgą. Byli
skuleni, brudni i przerażeni, ale żywi.
- Wyłazić –
rzekł szorstko Ligolis.
Spojrzałem na
niego okrągłymi ze zdziwienia oczami. Członkowie paczki, lękliwie spoglądając
na księcia, zaczęli po kolei wychodzić z ukrycia. Gdy wszyscy stali ze
spuszczonymi głowami przed grotą, Ligolis zakomenderował:
- Teraz idziecie
za mną tą ścieżką, a potem w lewo.
- Ligolis –
zwrócił mu uwagę brat. – Co ty mówisz?
Młodszy książę
pokręcił głową.
- Nie mamy
wyboru. Musimy obejść dookoła.
- Ligolis, oni
sobie nie poradzą!
- A niech was –
mruknął Ligolis. – Nie przedrzemy się, Haldir. Zrozum – zwrócił się do brata.
Starszy książę zacisnął usta, ale
nic już nie powiedział.
- Idziemy – rozkazał Ligolis i
ruszył wzdłuż ścieżki. Członkowie paczki wyglądali jak skazańcy – ze
spuszczonymi głowami szli za księciem. Ja jechałem za nimi, a na końcu był
Haldir. Gdy dotarliśmy do głównej drogi, skierowaliśmy się w lewo. Tempo
narzucone przez Ligolisa było szybkie, zmordowani członkowie paczki ledwo
nadążali i co chwila się potykali. Patrzyłem na nich ze współczuciem, ale
wiedziałem, że musimy się spieszyć. Gdy już myślałem, że droga przebiegnie bez
przeszkód, przed Ligolisem wyskoczył jeden z potworów.
- Szlag! – krzyknął i wstrzymał
gwałtownie konia.
Parę osób krzyknęło, a mi serce
po raz wtóry podeszło do gardła.
Ligolis szybkim ruchem wyciągnął
miecz i bez większego trudu odciął potworowi głowę, a ten zamienił się w
popiół. Z tyłu dobiegł nas ryk.
- Ligolis – odezwał się Haldir. –
Idźcie.
Oczy młodszego księcia
rozszerzyły się z przerażenia. Chciał coś powiedzieć, jednak zrezygnował i
tylko pokiwał głową. Następnie odwrócił się i popędził konia.
- Idziemy – rzekł, próbując ukryć
ból w głosie.
I właśnie wtedy zrozumiałem, co
się dzieje. Haldir chciał zostać.
Członkowie paczki ruszyli szybkim
tempem za Ligolisem, a ja odwróciłem się do jego brata.
- Nie możesz…
- Leo – powiedział łagodnie
Haldir. – Idź już. Dołączę do was – gdy widział, że to mnie nie przekonało,
dodał. – Obiecuję.
Widząc, że nic nie wskóram,
ruszyłem za resztą. Gdy do nich dołączyłem, okręciłem się na chwilę w siodle,
by ujrzeć Haldira odwróconego twarzą do zbliżających się potworów z mieczem w
dłoni. Potem już się nie oglądałem.
Droga nam się dłużyła i była
pełna niebezpieczeństw ze strony lasu. Spotkaliśmy parę potworów, jednak
Ligolis dosyć łatwo sobie z nimi poradził. W pewnym momencie zbliżył się do
mnie i kazał zsiąść z konia. Gdy uczyniłem to, o co mnie prosił, walnął z całej
siły Laudila w zad. Koń zarżał i popędził galopem przed siebie, mijając paczkę.
Spojrzałem zdziwiony na Ligolisa.
- Biegnij najszybciej jak możesz.
Już niedaleko. Gdy znajdziecie się poza Firewood, biegnijcie dalej prosto w
las. Zatrzymajcie się dopiero po paru minutach i zaczekajcie na mnie –
wytłumaczył.
Kiwnąłem głową, a on krzyknął:
- Biegnijcie najszybciej jak
możecie!
Członkowie paczki spojrzeli na
niego z udręką, po czym zaczęli biec. Byli wyraźnie zmęczeni, więc biegnąc
wśród nich, poganiałem ich i dodawałem otuchy. Po pewnym czasie opuściliśmy
Firewood, lecz kazałem im biec dalej. Wszyscy opadali z sił, jednak musiałem
słuchać Ligolisa. Po paru minutach, gdy sam nie dawałem już rady, kazałem im
się zatrzymać. Wszyscy momentalnie opadli na ziemię. Ja sam również usiadłem,
ciężko dysząc i oparłem się o drzewo. Jednak coś sobie przypomniałem i
chwiejnie wstałem.
- Laudil! – krzyknąłem. Przez
moment nic się nie działo, lecz po chwili w krzakach obok coś zaszeleściło i
wyszedł stamtąd Laudil, spoglądając na mnie uważnie. Pogłaskałem go po szyi i
znów opadłem na ziemię. Zamknąłem oczy, lecz po chwili poczułem ruch obok
siebie i spojrzałem w tamtą stronę. Ozzy przysiadł się do mnie i uśmiechnął
blado.
- Dzięki stary.
Pokręciłem głową.
- Będziecie mieli teraz kłopoty.
- Leo, już wolę mieć spore
kłopoty niż nie żyć. Zaufaj mi.
Reszta mruknęła wyrażając tym
swoje poparcie i pokiwała głowami. Uśmiechnąłem się słabo.
W tym momencie usłyszeliśmy
tętent kopyt i po chwili ujrzeliśmy Ligolisa na koniu. Nie odezwał się ani
słowem, tylko zsiadł z konia, wyjął bukłak z wodą i podał go najbliżej
siedzącej osobie.
- Tylko powoli – mruknął.
Zrobiłem to samo co on, również
napominając, by pili powoli. Każdy starał się zastosować do tych próśb. Na
koniec my sami się napiliśmy i schowaliśmy bukłaki do juków.
- Idziemy – zarządził książę.
- Ale… – próbowałem
zaprotestować.
- Żadnych „ale” – warknął
Ligolis, po czym wsiadł na swego konia.
Zrezygnowany uczyniłem to samo.
Członkowie paczki z trudem się podnieśli i powlekli za księciem. Było już
ciemno, a niebo było pełne gwiazd. Widok ten radowałby mnie, gdyby nie obecna
sytuacja. Zresztą musiałem skupić się na prowadzeniu Laudila pomiędzy
korzeniami i innymi wybojami. Po jakimś czasie Ligolis się zatrzymał.
- Macie postój – rzucił.
Członkowie paczki znów upadli na
ziemię, a Ligolis i ja zsiedliśmy z koni. Zobaczyłem, iż książę luzuje popręg,
więc uczyniłem to samo. Następnie odszedł parę metrów, skrzyżował ręce na
piersi i oparł się o drzewo. Przez chwilę zastanawiałem się czy do niego
podejść, lecz postanowiłem zostawić go na razie samego i usiadłem obok
Ozzy’ego. Ten spojrzał najpierw na mnie, a potem na Ligolisa.
- Jest na nas mocno zły –
stwierdził.
- I martwi się o brata – dodałem.
- Myślisz, że Haldir wróci?
- Na pewno. Obiecał mi to.
Potem już się nie odzywaliśmy. Po
dość długim czasie Ligolis wrócił. Wszyscy podnieśliśmy na niego wzrok.
- Ruszamy – rzekł bez emocji.Zesztywniałem na moment z przerażenia.
- A-Ale… Haldir…
- Powiedziałem – warknął Ligolis
przez zaciśnięte zęby, a w jego oczach zalśniły łzy. Podszedł do swego
wierzchowca i podciągnął popręg. Roztrzęsiony zrobiłem to samo. Paczka powoli
podnosiła się z ziemi – dzięki temu postojowi nabrali trochę sił.
Gdy wszyscy byliśmy już gotowi do
drogi, Ligolis jeszcze przez parę minut siedział w bezruchu na koniu i patrzył
zamglonym wzrokiem do tyłu. Potem otrząsnął się i wydał komendę:
- Ruszamy.
Powoli ruszyliśmy dalej. Nie
dawała mi spokoju myśl, że Haldir nie wrócił. Przecież obiecał! Przecież… Po
policzkach spłynęły mi łzy, lecz zaraz je otarłem. Wróci. Jeszcze wróci.
Jeszcze ma czas. A Haldir nie łamie obietnic.
piątek, 1 lipca 2016
Wakacje się zaczęły
Hejooo! <3
Jak tam Wam wakacje mijają? Mi na razie super ^^ Jeżdżę codziennie na konie. :D Dzisiaj byłam w terenie! Pojechałam konno do lasu <3 Było cudownie <3 Mimo że padał deszcz... *.*
We wtorek wyjeżdżam z rodziną do Hobbitówy. :D Czymże ten cudowny twór jest możecie sprawdzić o tutaj. ;D Będę tam do niedzieli. ;)
Jakie macie plany na wakacje kochani? :)
Taki krótki post, jednak postaram się niedługo napisać dłuższy. :D A w międzyczasie powoli się tworzy 20. część "Elfa" ;) Będzie w końcu trochę akcji :D
Macie wattpada? :D
Już 27. lipca będą 4. urodziny mojego bloga! :D Aż się łezka w oku kręci... <3
A teraz dam Wam dwa wykonania Studia Accantus. :D Oba to są cuda nad cudy i pokazują, że ci ludzie to nie tylko utalentowani piosenkarze, ale również cudowni aktorzy. :D *.* <3
Najnowsza:
Piszcie co myślicie! :D ;)
Do napisania kochani! <3 ;* ^^ :D
Jak tam Wam wakacje mijają? Mi na razie super ^^ Jeżdżę codziennie na konie. :D Dzisiaj byłam w terenie! Pojechałam konno do lasu <3 Było cudownie <3 Mimo że padał deszcz... *.*
We wtorek wyjeżdżam z rodziną do Hobbitówy. :D Czymże ten cudowny twór jest możecie sprawdzić o tutaj. ;D Będę tam do niedzieli. ;)
Jakie macie plany na wakacje kochani? :)
Taki krótki post, jednak postaram się niedługo napisać dłuższy. :D A w międzyczasie powoli się tworzy 20. część "Elfa" ;) Będzie w końcu trochę akcji :D
Macie wattpada? :D
Już 27. lipca będą 4. urodziny mojego bloga! :D Aż się łezka w oku kręci... <3
A teraz dam Wam dwa wykonania Studia Accantus. :D Oba to są cuda nad cudy i pokazują, że ci ludzie to nie tylko utalentowani piosenkarze, ale również cudowni aktorzy. :D *.* <3
Najnowsza:
Piszcie co myślicie! :D ;)
Do napisania kochani! <3 ;* ^^ :D
niedziela, 19 czerwca 2016
Niepowszedni
Hejo hej!
W tym miesiącu sporo się działo! :D
Byłam na Dniach Tolkienowskich w Poznaniu (tam są tacy cudowni ludzie <3 Ja chcę ich w Białymstoku <3), razem z moją kochaną drużynką w Anielinie (gdzie spotkaliśmy się z porucznikiem Marianem Zachem, jedną z ostatnich osób, która osobiście znała majora Hubala oraz byliśmy na szańcu majora Hubala), a potem byłam na zawodach w Czechach (czeski jest śmieszny xD np. jahoda to truskawka, hranolky to frytki, a placinky to naleśniki) i zwiedziłam Ostrawę (mają piękny zamek <3) i byłam tam w zoo. :D Widziałam takie zwierzęta jak panda mała, słonie, flamingi, żyrafy, zebry, lemury, wielbłądy, lwy, tygrys, lamy i pawie(był też biały)! :D *.* <3
Wszędzie było cudownie <3333
Ogółem dziś chciałabym Wam opowiedzieć o pewnej książce, mimo że jej jeszcze nie skończyłam. Książka ta to "Niepowszedni: Porwanie. Księga 1" Justyny Drzewickiej. Tak, jest to książka fantasy i jest ona polskiej autorki. O ile dobrze mi się wydaje, to dobre polskie fantasy nie zdarza się często. (ogółem "Wiedźmina" nie czytałam, bo to nie mój styl, ale wiem że jest dobry - inaczej, by nie odniósł takiego sukcesu) a w każdym razie fantasy w takim stylu.
Książka ta opowiada o Niepowszednich - dzieciach z niezwykłymi mocami. Tacy jak oni rodzą się niezwykle rzadko, więc są rarytasem dla Okrutnych Złotników, którzy handlują ludźmi. Nila, jej siostra Alla, Sambor, Dalko oraz wodniczka muszą współpracować, by wydostać się z niewoli zanim dotrą na największy targ ludźmi do Mercaty, a z każdym dniem czasu jest coraz mniej. Oczywiście nie zawsze wszystko idzie po ich myśli, a czasem wręcz zupełnie odwrotnie niżby chcieli.
Język tej książki mnie urzekł - nie umiem go określić, ale jest taki jakby... niby dawniejszy, ale jednocześnie taki nowoczesny.
Książka ta jest w pewnym sensie podobna do "Elfa". Nie potrafię Wam tego wyjaśnić, a poza tym Wy pewnie i tak nie dostrzeżecie tych podobieństw (bo prawdopodobnie ich nie ma xDDD). Ona jest podobna w sposób potrzebny mi, żeby uwierzyć, że uda mi się kiedyś "Elfa" wydać. Czuję z nią pewną więź, tylko tyle potrafię napisać.
Ta książka jest taka prawdziwa, opisuje wszystko tak dokładnie i prawdziwie, pokazuje tę gorszą stronę życia, niestety obecną.
Ogółem o książce to chyba tyle, bo jak powszechnie wiadomo nie umiem się rozpisywać. ;')
Jeszcze chciałam Wam wspomnieć o tym, o czym nasza kochana Ola wspomina nam dosyć często. A raczej o kim. A mianowicie mowa tu o Studiu Accantus. Są to osoby o cudownym głosie i cudownych zdolnościach aktorskich. Śpiewają piosenki z bajek i musicali, a robią to przecudownie. Szczególnie Kuba Jurzyk. A więc teraz przedstawię Wam parę, moim zdaniem, najlepszych wykonań.
Cuda. <33333333
Przesłuchajcie choć jednego, bo warto, naprawdę! :D
A teraz bayo! ;* Kocham Was ludełki <3
W tym miesiącu sporo się działo! :D
Byłam na Dniach Tolkienowskich w Poznaniu (tam są tacy cudowni ludzie <3 Ja chcę ich w Białymstoku <3), razem z moją kochaną drużynką w Anielinie (gdzie spotkaliśmy się z porucznikiem Marianem Zachem, jedną z ostatnich osób, która osobiście znała majora Hubala oraz byliśmy na szańcu majora Hubala), a potem byłam na zawodach w Czechach (czeski jest śmieszny xD np. jahoda to truskawka, hranolky to frytki, a placinky to naleśniki) i zwiedziłam Ostrawę (mają piękny zamek <3) i byłam tam w zoo. :D Widziałam takie zwierzęta jak panda mała, słonie, flamingi, żyrafy, zebry, lemury, wielbłądy, lwy, tygrys, lamy i pawie(był też biały)! :D *.* <3
Wszędzie było cudownie <3333
Ogółem dziś chciałabym Wam opowiedzieć o pewnej książce, mimo że jej jeszcze nie skończyłam. Książka ta to "Niepowszedni: Porwanie. Księga 1" Justyny Drzewickiej. Tak, jest to książka fantasy i jest ona polskiej autorki. O ile dobrze mi się wydaje, to dobre polskie fantasy nie zdarza się często. (ogółem "Wiedźmina" nie czytałam, bo to nie mój styl, ale wiem że jest dobry - inaczej, by nie odniósł takiego sukcesu) a w każdym razie fantasy w takim stylu.
Książka ta opowiada o Niepowszednich - dzieciach z niezwykłymi mocami. Tacy jak oni rodzą się niezwykle rzadko, więc są rarytasem dla Okrutnych Złotników, którzy handlują ludźmi. Nila, jej siostra Alla, Sambor, Dalko oraz wodniczka muszą współpracować, by wydostać się z niewoli zanim dotrą na największy targ ludźmi do Mercaty, a z każdym dniem czasu jest coraz mniej. Oczywiście nie zawsze wszystko idzie po ich myśli, a czasem wręcz zupełnie odwrotnie niżby chcieli.
Język tej książki mnie urzekł - nie umiem go określić, ale jest taki jakby... niby dawniejszy, ale jednocześnie taki nowoczesny.
Książka ta jest w pewnym sensie podobna do "Elfa". Nie potrafię Wam tego wyjaśnić, a poza tym Wy pewnie i tak nie dostrzeżecie tych podobieństw (bo prawdopodobnie ich nie ma xDDD). Ona jest podobna w sposób potrzebny mi, żeby uwierzyć, że uda mi się kiedyś "Elfa" wydać. Czuję z nią pewną więź, tylko tyle potrafię napisać.
Ta książka jest taka prawdziwa, opisuje wszystko tak dokładnie i prawdziwie, pokazuje tę gorszą stronę życia, niestety obecną.
Ogółem o książce to chyba tyle, bo jak powszechnie wiadomo nie umiem się rozpisywać. ;')
Jeszcze chciałam Wam wspomnieć o tym, o czym nasza kochana Ola wspomina nam dosyć często. A raczej o kim. A mianowicie mowa tu o Studiu Accantus. Są to osoby o cudownym głosie i cudownych zdolnościach aktorskich. Śpiewają piosenki z bajek i musicali, a robią to przecudownie. Szczególnie Kuba Jurzyk. A więc teraz przedstawię Wam parę, moim zdaniem, najlepszych wykonań.
Cuda. <33333333
Przesłuchajcie choć jednego, bo warto, naprawdę! :D
A teraz bayo! ;* Kocham Was ludełki <3
wtorek, 31 maja 2016
Witojcie!
Witojcie!
Jak tam wam życie mija?
Mi nawet dobrze ^^
Co dostaliście na Dzień Dziecka? (tak, wiem, że to jutro, ale liczę się z tym, że większość przeczyta ten post już w Dzień Dziecka xD)
Ja dostałam "Drużyna: Nieznany Ląd" oraz "Baśniobór. Przewodnik opiekuna", kilka ubrań
i
jadę na dni Tolkienowskie do Poznania <333 ^^
Ktoś może będzie? :D
Ogółem dostałam m.in "Krainę Lodu", "Silmarilion", "Niedokończone Opowieści", kubek z SW i dwie poduszki (jedna z Hobbitem, druga z Legolasem) na urodziny ^^
Ehhh... Miał być post o czymś, ale wyszło jak zwykle. Niedługo postaram się coś dłuższego napisać (na przykład odpowiem na tag od Fobosa. o tak)
A teraz powodzenia w szkole! Z paskiem mi tam zdać! :D
Bayo, shitake i do napisania kochani! ;* ^^ <3
P.S. Lubicie deszcz? Ja kocham! A dziś u mnie był taki duuuży <3
P.P.S. Czytał ktoś Servampa? Plis, powiedzcie że tak <3
Jak tam wam życie mija?
Mi nawet dobrze ^^
Co dostaliście na Dzień Dziecka? (tak, wiem, że to jutro, ale liczę się z tym, że większość przeczyta ten post już w Dzień Dziecka xD)
Ja dostałam "Drużyna: Nieznany Ląd" oraz "Baśniobór. Przewodnik opiekuna", kilka ubrań
i
jadę na dni Tolkienowskie do Poznania <333 ^^
Ktoś może będzie? :D
Ogółem dostałam m.in "Krainę Lodu", "Silmarilion", "Niedokończone Opowieści", kubek z SW i dwie poduszki (jedna z Hobbitem, druga z Legolasem) na urodziny ^^
Ehhh... Miał być post o czymś, ale wyszło jak zwykle. Niedługo postaram się coś dłuższego napisać (na przykład odpowiem na tag od Fobosa. o tak)
A teraz powodzenia w szkole! Z paskiem mi tam zdać! :D
Bayo, shitake i do napisania kochani! ;* ^^ <3
P.S. Lubicie deszcz? Ja kocham! A dziś u mnie był taki duuuży <3
P.P.S. Czytał ktoś Servampa? Plis, powiedzcie że tak <3
Subskrybuj:
Posty (Atom)
