poniedziałek, 27 lipca 2015

Dzisiaj sa trzecie urodziny bloga. W imieniu Jess, ktora jest nad morzem i nie ma dostepu do internetu, wszystkim czytelnikom/czytelniczkom zycze milej lektury kolejnych wpisow mojej corki.
Mama Jess :-)

środa, 22 lipca 2015

Wakacje mijają

Hejka hej! :D
Jak wakacje mijają? Ja ostatnio wróciłam z hipamegasupaekstranajlepszegoever obozu harcerskiego :D A jutro wyjeżdżam z przyjaciółką nad morze. :)
Jak będę miała czas to nadrobię Wasze blogi, choć trochę, przysięgam. Jesteście kochani, bo komentujecie mojego bloga, mimo że ja zaniedbuję Wasze. ;') Kocham Was naprawdę <333 ;*
Na razie to tyle, bo idę się ogarniać ;)
Jeszcze raz kocham Was i najlepszych wakacji na świecie :) ;) ;* <3

środa, 1 lipca 2015

PRZEPRASZAM

PRZEPRASZAM
To w sumie chyba dobre słowo na powitanie w tym momencie.
Naprawdę Was przepraszam, bo wiem, że zwyczajnie zawaliłam sprawę. Przepraszam.

Ogółem wycieczka była super, Dzień Dziecka też (dostałam książkę "Kraina Jutra" i byłam w kinie na "Krainie Jutra"). Egzaminy poszły mi dobrze, nawet bardzo dobrze :) Będę miała chyba ok. 140 punktów do liceum, a w piątek (z czego w czwartek wyjeżdżam na obóz harcerski, pozdrawiam) dowiem się, czy się dostałam. :) 12-14.06 był turniej taneczny w Jardzie - zajęłam trzecie miejsce z duetem i trzecie z miniformacją. :) Teraz u przyjaciółki jestem, więc pozdro. :)

Już byli trzecioklasiści: jak przeżyliście zakończenie roku? Ja nie najlepiej. U nas zakończenie roku było w czwartek (wtedy prawie nikt nie płakał), a w piątek odebraliśmy świadectwa i wtedy było ostateczne pożegnanie. No i większość się wtedy popłakała. Ja też zresztą. Ogółem cały dzień chciało mi się płakać, a ponura chodziłam już od czwartku. Miałam wspaniałą klasę, wspaniałych nauczycieli i wspaniałą szkołę.

Było też zakończenie roku szałowego i harcerskiego. Dla trenerów daliśmy koszulki z napisem "Najlepszy trener" i "Najlepsza trenerka" i po wielkiej czekoladzie oreo. :) Ogółem genialnie było. :)

Mam pasek na  świadectwie, hehe :D A Wy? ;)

OBIECUJĘ, że postaram się nadrobić Wasze blogi. Jutro wyjeżdżam na dwa tygodnie, więc może być ciężko, ale. Taka kara :)

A więc: miłego dnia i miłych wakacji kochani! :D ;* <3

poniedziałek, 25 maja 2015

Help

Jutro wyjeżdżam na wycieczkę.

Podajcie w komentarzach swoje blogi i WSZYSTKIE blogi jakie znacie, oki?

Już wyjaśniam. Usunęły mi się wszystkie zakładki (długa historia). I nie mam żaaaaaadnych blogów ani niczego innego. xDDDD (tak, wiem. Brawo ja. To był desperacki ruch)

poniedziałek, 18 maja 2015

Moje 16. urodzinki ^^

Witam witam kochani. <3
Kocham ludzi. <3
Tyle osób składało mi życzenia, że ojeju <3
Kocham moją trenerkę <3
A trener to lamus xD <3
Dokładnie o 15:15 skończyłam dziś16 lat. ^^ *.*

Byłam w weekend na zawodach. :D V miejsce na 7 <3 Kocham moją grupę! <33333333333 (jak na nas to taki wynik jest GENIALNY)



Brutus <3 Słodziak, nie? ^^






P.S. Tylko nie myślcie, że zapomniałam o Semirze... O kimś takim nie da się zapomnieć.

P.P.S.Q.  Byłam w Krakowie na spotkaniu z Johnem Flanaganem!!!!!!!!!!!!!!!!!!! ;DDDDDDDDDDDDDDDDDDDD <33333333333333333 Kocham go!!!!!!! *O* ^^ <3


sobota, 18 kwietnia 2015

Semir

Niedługo testy. To chyba wszystko wyjaśnia.


Czemu tak przywiązujemy się do zwierząt? Do psów? Pozwolę sobie zacytować znajomą z grupy na facebooku:

"Czemu my się tak do tych psów przywiązujemy? Za co je tak kochamy? Przecież to TYLKO pies...
Pies kocha bezwarunkowo, bez względu na to, ile masz lat i jak wyglądasz, nie powie Ci, że przytyłaś, czy że nie do twarzy Ci w tej fryzurze. Pies zawsze na Ciebie czeka, zawsze tęskni i zawsze cieszy się, gdy wracasz do domu (czy po pięciu dniach czy po pięciu minutach). Pies jest dozgonnie wierny, nigdy Cię nie zdradzi i zawsze będzie Cię kochał... Nie zrozumie tego ten, kto nie miał psa..."

Psy są najlepszymi przyjaciółmi człowieka. I, tak jak inna znajoma napisała, "tylko psiarz psiarza zrozumie". Dla niektórych musi to być niepojęte jak można tak cierpieć po stracie PSA. Bo przecież to TYLKO pies. TYLKO zwierzę. Ale psy czasem są tysiąc razy lepsze od człowieka. Psy są takie niewinne, takie beztroskie, a czasem tak cierpią. Czasem to nasza wina, czasem nie. Czemu pies, młody pies, który miał zaledwie 6,5 lat i połowę życia przed sobą, pies, który zachowywał się jak szczeniak, był taki beztroski, taki niewinny, musiał tak cierpieć? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć, ale wiem, że Bóg miał w tym jakiś cel. Niektórzy ludzie nie zrozumieją więzi z psem, nie zrozumieją tego przywiązania, tej miłości. Po prostu skład trudno im to sobie wyobrazić. Niektórzy mogliby stwierdzić: To po co w takim razie mieć psa? A właśnie warto. Chociażby dla samej tej miłości. Każda miłość łączy się z cierpieniem, chociażby najmniejszym. Często jest tak, że przyjemność łączy się z cierpieniem. Ale czasem warto zaryzykować. Czasem warto trochę pocierpieć dla niezliczonych wspaniałych i niezapomnianych chwil.

Pozwolę sobie zacytować moją mamę (też Cię kocham ;*):
"Na każdym kroku go brak. (...) już nigdy nie otworzy sobie drzwi do domu, nie pójdzie na spacer, nie będzie tuptał po panelach, nie będzie czytał nam w myślach, już nigdy nie zobaczę jego radosnych podskoków na wieść o kości lub spacerze. Teraz za Tęczowym Mostem na pewno rozmawia z Punią i jej opowiada, co u nas słychać i wymieniają się komentarzami na nasz temat"


Tak właśnie jest. Siedzisz sobie, rozglądasz się gdzie jest pies i przypominasz sobie, że już go nie ma. Wchodzisz wieczorem do kuchni, chcesz zapalić światło i odruchowo myślisz, że pies pewnie jest w klatce, bo w salonie go nie ma. Wieczorem idziesz spać i chcesz zamknąć psa do klatki. Wracasz do domu - nikt cię nie wita merdając ogonem. Wracasz z koni - nikt cię nie obwąhuje. Siedzisz w domu i widzisz brak posłania w salonie, pustą klatkę, brak misek. Nie widzisz kłaków na podłodze. Czujesz pustkę panującą w domu i chcesz jak najszybciej stamtąd uciec (a na dworze zimno, wieje, a ty chora). Gdy jesteś w szkole bądź na zajęciach dodatkowych, boisz się wracać do domu, do tej pustki. Wolisz pozarażać całą szkołę niż siedzieć cały dzień sama w domu, gdy jesteś chora. Tak teraz jest. Tak teraz wygląda moje życie.

Muszę wam wyznać, że 13 kwietnia i 14 kwietnia 2015r. to były jedne z najgorszych dni mojego życia. Pół dnia przesiedziałam z psem w lecznicy. To było męczące, najbardziej psychicznie. Chciałam z powrotem mojego kochanego, szczęśliwego i beztroskiego Semirka, chciałam, by to się już skończyło. Na szczęście przez prawie cały czas był ze mną dziadek.

Semir miał padaczkę. Od dawna ją miał. Ostatnio wyszło, że ma uszkodzony pień mózgu i po prostu nie dało się już powstrzymać ataków, nic nie pomagało. On się zbyt męczył. W nocy, po pierwszej, znajoma zawiozła mamę i psa do lecznicy całodobowej i po prostu... trzeba było go uśpić. Zbyt się męczył. To nie miało sensu. Teraz już się nie męczy. Teraz już jest mu lepiej.

Moim zdaniem przysłowie "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie" jest jak najbardziej prawdziwe. Tyle osób nas wspierało, tyle osób się modliło. Tyle osób nadal nas wspiera. Dwie znajome zaoferowały się, że w środku nocy zawiozą mamę i psa do lecznicy, jedna była gotowa cały dom postawić na nogi w tym celu. Dziękuję wszystkim. <3 Tylko tyle jestem w stanie powiedzieć, bo nic nie wyrazi tego jak przeogromnie jestem wdzięczna.















P.S. Ja wiem, że najlepszym lekarstwem na stratę przyjaciela jest nowy przyjaciel, ale jest dużo przeszkód przeciw temu, niestetyż.

czwartek, 12 marca 2015

Pani Wena

Witam po długiej nieobecności spowodowanej brakiem czasu, spowodowanego z kolei zbliżającymi się egzaminami! Witam tylko dlatego, iż się rozchorowałam i siedzę w domu zamiast cierpieć w szkolnej ławce. Przeziębienie się opłaca. (czasem) Jak pewnie zauważyliście ponadrabiałam również Wasze blogi. Jeśli u kogoś pominęłam choćby jeden post - pisać. (Olu u Ciebie dzisiaj powinnam skończyć ten ostatni) Opowiadanie pod wpływem chwili, zainspirowane jednym zdaniem, które napisałam do Oli, gdy wysyłałam pracę na jej konkurs, który polecam, a jest on tutaj. Prace można nadsyłać do 15 marca, nie do 28 lutego. ;)
Opowiadanie miało ilustrować nasze relacje z tytułową Panią Weną. Nasze, czyli pisarzy. Zapraszam do czytania. (i komentowania)

Pani Wena

Monika siedziała nad opowiadaniem z polskiego chyba ze dwie godziny, a i tak nic oprócz pierwszego zdania „Dawno, dawno temu w krainie zwanej Awangardą żył sobie pewien król” nie przychodziło jej do głowy. Westchnęła głęboko i ukryła twarz w dłoniach.
- Litości – jęknęła. – Czemu przychodzi mi do głowy tylko myśl o krwiożerczym smoku, pożerającym króla już w drugim zdaniu?
- To może właśnie o tym powinnaś napisać? – rozległ się za nią głęboki, kobiecy głos, który z pewnością nie należał do jej matki ani siostry. Obróciła się i ujrzała wysoką kobietę w długiej, ciemnofioletowej, lekko błyszczącej sukni z ciemnobrązowymi włosami, sięgającymi jej do pasa, wiankiem na głowie i różdżką, jaką mają małe dziewczynki do stroju królewny.  Monika otworzyła szeroko oczy na jej widok.
- K-Kim jesteś? – spytała zdziwiona i z lekka oszołomiona.
- Jestem Wena – odpowiedziała kobieta od niechcenia, jakby to było oczywiste. – Ale dla ciebie Pani Wena.
- Pani Wena – powtórzyła machinalnie Monika.
- No tak. A myślałaś, że kim? Wiosną?
Monice przemknęło przez myśl, że z tą różdżką i wiankiem na głowie rzeczywiście wygląda trochę jak Wiosna, ale nie powiedziała tego głośno.
- Co tu robisz? – spytała zamiast tego.
- A czy przypadkiem mnie nie potrzebujesz? Jestem zawsze tam, gdzie pisarze – oznajmiła wyniośle. Monika stwierdziła, że nie zabrzmiało to zbyt majestatycznie, zwłaszcza, że w tym momencie Pani Wenie trochę zjechał wianek i musiała go poprawić.
- A właściwie to… czemu mi nie pomagasz, skoro już tu jesteś?! – wybuchła Monika.
- Ależ przecież pomagam. Myślisz, że skąd wziął się krwiożerczy smok? – odparła niewzruszona Pani Wena, obracając różdżkę między palcami.
Monikę zatkało na chwilę.
- Ale przecież to bez sensu – mruknęła.
- A masz jakiś inny pomysł?
Monika westchnęła i odwróciła się z powrotem do komputera.
- Niby racja…
Zaczęła pisać. W końcu miała już parę zdań: „Dawno, dawno temu w krainie zwanej Awangardą żył sobie pewien król. Niestety, król ten dwa dni temu został pożarty przez krwiożerczego smoka, który przyleciał z Północy. Północ była krajem smoków. Zielonych i czerwonych. Czerwone były krwiożercze, a zielone roślinożerne. Jak można było się domyślić, smok królobójca był czerwony. Wszyscy się go bali.”
Pani Wena zajrzała Monice przez ramię.
- Nie, nie kochana, to ostatnie zdanie jest bez sensu.
- Czemu? – spytała zdziwiona dziewczynka.
- Dlaczego motłoch miałby się bać smoka, który zjadł znienawidzonego przez nich króla?
- A skąd wiesz, że był znienawidzony przez lud?
- Przecież ja to wymyślam.
Ten argument ostatecznie przekonał Monikę i zmieniła zdanie: „Wszyscy się go bali.” na „Wszyscy się radowali faktem pożarcia króla-tyrana.”
- No, tak zdecydowanie lepiej – wyraziła swą aprobatę Pani Wena.
Monika napisała kolejnych kilka zdań, gdy w pewnym momencie Pani Wena krzyknęła dziewczynce do ucha: „Nie!”. Monika drgnęła i popatrzyła na nią z wyrzutem.
- Co?
Pani Wena miała skwaszoną minę.
- Czerwone smoki miałyby być krwiożercze? Przecież one są takie słodkie.
Monika musiała przyznać jej rację. Zmieniła kolejny fragment: „Czerwone były krwiożercze, a zielone roślinożerne. Jak można było się domyślić, smok królobójca był czerwony.” na „Zielone były krwiożercze, a czerwone roślinożerne. Jak można było się domyślić, smok królobójca był zielony.” Tak, tak zdecydowanie było lepiej.
Napisała kolejnych kilka zdań, a w tym czasie Pani Wena usadowiła się wygodnie na kanapie. Nagle wszelkie pomysły po prostu uciekły z głowy Moniki. Dziewczyna siedziała chwilę oniemiała, po czym obróciła się do Pani Weny i spiorunowała ją wzrokiem.
- Czemu to zrobiłaś?
Pani Wena tylko wzruszyła ramionami z naburmuszoną miną, jak kobieta, która obraża się na mężczyznę i chce, żeby sam zgadł o co chodzi.
- Słuchaj kobieto, muszę to opowiadanie napisać na jutro, a jest już siedemnasta, więc może byś mi pomogła! – zdenerwowała się Monika.
Pani Wena ponownie tylko wzruszyła ramionami i obróciła głowę do ściany. Monika spojrzała z powrotem na komputer, jednak wiedziała, że bez pomocy Pani Weny nic nie napisze. Westchnęła więc ciężko, podeszła do naburmuszonej kobiety na kanapie i zaczęła ją przekonywać do pomocy, używając jak najmilszych słówek. Zajęło jej to dobrą godzinę, aż w końcu podłechtane ego Pani Weny stwierdziło, że znów może pomóc. Usiadły więc obie do komputera i zaczęły kontynuować opowiadanie pod tytułem „Opowieści z Awangardy”.  Monika musiała przyznać, że polubiła tę rozkapryszoną, wykurzająca, mająca dziwne pomysły Panią Wenę. Pomyślała, że chyba chciałaby się z nią zaprzyjaźnić.
***
Brwi pani z polskiego wędrowały coraz wyżej i wyżej, w miarę jak czytała opowiadanie Moniki. W końcu spojrzała na dziewczynkę.
- Zdaje się mówiłaś wczoraj, że to będzie opowiadanie o miłym władcy spokojnej krainy, którą zaatakuje smok, lecz zostanie szybko pokonany przez króla, którego poddani zaczną kochać jeszcze bardziej? Tymczasem czytam tu, o królu-tyranie, który został pożarty już w drugim zdaniu, a główną postacią jest tu smok terroryzujący krainę i zostający na koniec królem. Możesz mi to wyjaśnić?
Monika wzruszyła ramionami i z niewinną minką odpowiedziała:
- Pani Wena ma czasem dziwne pomysły.