czwartek, 31 sierpnia 2017

Elf 27

Włożyłem ten sam strój, który miałem na sobie na balu, czyli bordowy surdut z pozłacanymi klamrami. Spróbowałem doprowadzić się do względnego porządku, lecz po kilku minutach z głębokim westchnięciem z tego zrezygnowałem. Rzuciłem swojemu odbiciu zrozpaczone spojrzenie, po czym wyszedłem z komnaty.
Rozejrzałem się, a następnie ruszyłem przed siebie, wypatrując Mono, który miał po mnie przyjść. Gdy usłyszałem głośny okrzyk „Do boju Whitemount!” od razu wiedziałem, kto się zbliża.
– Witaj, Mono – powiedziałem, odwracając się w jego stronę.
– Witaj, dzielny rycerzu! Gotowy do boju?
Spojrzałem na niego z politowaniem i kiwnąłem głową. Elf odwrócił się i żwawym krokiem ruszył w stronę sali balowej, a ja z pośpiechem potruchtałem za nim. Gdy dotarliśmy na miejsce, ujrzałem mnóstwo osób siedzących przy stołach.
– Kameralnie czyż nie? – mruknąłem do Mono.
– Idzie się przyzwyczaić – odparł elf z lekkim uśmiechem.
Byłem pod wrażeniem wystroju sali balowej. Wyglądała zupełnie inaczej niż poprzednio. Pod sufitem kołysały się liczne kandelabry, a zwieszające się z nich wisiorki z kryształowego szkła rozszczepiały światło, co dawało niesamowity efekt. Na środku sali stało pięć stołów zastawionych jedzeniem, z dostojnymi nakryciami ze srebra. Tym razem nie pozostawiono miejsca na parkiet, za to orkiestra znajdowała się w tym samym miejscu co poprzednio. Na stołach stały świeczniki, a na ścianach wisiały kinkiety, dzięki czemu sala była dobrze oświetlona. Tron pozostał  na swoim miejscu, a parę metrów przed nim zaczynał się środkowy stół, u którego szczytu ustawiono dwa nieco wyższe i dostojniejsze krzesła dla pary królewskiej, a po bokach odrobinę niższe dla książąt. Na ścianach wisiały liczne girlandy z różnokolorowych kwiatów, które oświetlane złotawym blaskiem świec, wyglądały niesamowicie. Przy ścianach w równych odstępach ustawione zostały donice z przeróżnymi roślinami. Jedne były wysokie na kilka metrów, a inne niemalże niewidoczne obok swych wielkich kolegów. Po bokach tronu stały sztandary z różnymi herbami i godłami. Zasłony w oknach zmieniono z błękitnych na czerwone, lecz tak samo jak poprzednio, okna były zasłonięte. Po ścianach porozwieszane zostały kolorowe chorągiewki, w niektórych miejscach lekko drgające, z powodu uchylonych gdzieniegdzie okien.
Gdy już skończyłem przyglądać się wystrojowi sali, rozejrzałem się, szukając znajomych twarzy. Przy jednym z okien ujrzałem Ligolisa rozmawiającego z dwoma mężczyznami. Miał na sobie błękitny kaftan z licznymi haftami, klamrami oraz ogromną ilością złotych guzików. Czarne spodnie wetknięte były w wysokie buty tego samego koloru. Jego włosy zostały zaczesane do tyłu, a na głowie miał delikatny srebrny diadem z błękitnym klejnotem pośrodku. Nieco dalej zauważyłem jego brata, który wyglądał bardzo podobnie, z tą różnicą, że jego kaftan był granatowy. Rozmawiał z królem, który miał na sobie to samo, co na balu, czyli fioletowy płaszcz z gronostajów. Mono poprowadził mnie w ich stronę, a mnie zmroziło, gdyż zrozumiałem, że będę siedział niemalże u szczytu środkowego stołu. Podeszliśmy do kobiety w pięknej jasnozielonej sukni i mężczyzny, który miał na sobie fioletowy surdut.
– Ależ Constantin, przecież wiesz, że tak nie można. Nie możesz być dobrym dyplomatą, jeśli nie chcesz jeść.
– Kochanie, czy naprawdę uważasz, że jedzenie jest niezbędne do bycia dobrym dyplomatą?
– Ależ oczywiście. Składniki odżywcze zawarte w jedzeniu dobrze wpływają na mózg, co powodu…
– Mamo, tato – przerwał im Mono. – Chciałbym wam kogoś przedstawić.
Jego rodzice jednocześnie spojrzeli na niego, po czym przenieśli swój wzrok na mnie.
– Mono, nie mów tego tak oficjalnie, bo zawsze mam nadzieję, że w końcu zamierzasz nam przedstawić swoją narzeczoną – rzekła kobieta.
Mono westchnął, lecz nic na to nie odpowiedział.
– To jest Leo – oznajmił, po czym odwrócił się do mnie. – Leo, to moi rodzice – Colleen i Constantin.
– Witaj Leonardzie. – Ojciec Mono uścisnął mi dłoń na powitanie. – Miło mi cię poznać.
– Mi pana również. – Uśmiechnąłem się.
– Cieszę się Leo, że wreszcie cię spotkałam – rzekła matka Mono, po czym podeszła i mnie przytuliła.
– O, jest i nasz solenizant – zawołała po chwili. – Chodź Haldirze, chodź.
Starszy książę podszedł do nas z uśmiechem, a ja zorientowałem się dopiero teraz, że klejnot w jego diademie był granatowy. Nie wiem czemu, ale myślałem, że będzie tego samego koloru co u Ligolisa.
– Witajcie. Jak nastroje? – zapytał.
– Wyśmienicie – odparł Constantin.
 Colleen prychnęła.
– Wyśmienicie. Oczywiście. Ale jeść to nie chcesz.
– To wcale nie tak – odparł jej mąż. – Po prostu nie chcę jeść tego co ty mi nałożysz na talerz, ponieważ wiem, iż będzie tego za dużo.
– Ale za to będzie to dla ciebie najlepsze, mój drogi.
– Apolilise, kochana, miło cię widzieć! – zawołał nagle Constantin, odwracając się od żony, na co ta tylko ciężko westchnęła.
Mono zaśmiał się, a ja spojrzałem na królową. Miała na sobie szeroką białą suknię z licznymi falbankami i haftami. Korona na jej głowie lekko połyskiwała w blasku świec.
Wszyscy zaczęli rozmawiać, a ja miałem ochotę uciec do mojej komnaty i przesiedzieć w niej cały wieczór. Niestety wiedziałem, że nie było mi to dane, więc postanowiłem się czymś zająć. Odszukałem wzrokiem Ligolisa i ujrzałem, że rozmawia ze swoją siostrą. Liliami również wyglądała zjawiskowo – miała na sobie długą ciemnozieloną suknię z licznymi zdobieniami, na ramionach jasnoróżowy szal, a na głowie diadem z klejnotem tego samego koloru co chusta.
Nagle poczułem czyjąś dłoń na ramieniu, a gdy się odwróciłem, ujrzałem Haldira.
– Jak się czujesz? – zapytał.
– Ja? Ależ wyśmienicie. – Gdy Haldir uniósł z powątpiewaniem brwi, ciężko westchnąłem. – Totalnie nie wiem co robić.
– Spokojnie, odnajdziesz się.
– Szczerze w to wątpię – mruknąłem.
– Muszę cię na chwilę opuścić – rzekł starszy książę.
– Ale jesteś pewien, że musisz? – W towarzystwie znajomych osób czułem się znacznie pewniej.
Haldir niestety pokiwał głową i odszedł. Westchnąłem. Po kilku minutach tuż obok mnie pojawił się jego brat, a ja zupełnie nie wiedziałem skąd się tam wziął.
– Chodź ze mną, musisz kogoś poznać – rzekł, a następnie pociągnął mnie za rękaw.
Siłą woli zdusiłem jęk i bez słowa poszedłem za nim. Zatrzymaliśmy się przy jego ojcu i jakimś mężczyźnie, którzy od razu nas zauważyli.
– O, jest i Leonard. Świetnie – stwierdził król, po czym zwrócił się do mężczyzny obok. – Siliornie oto Leonard, o którym ci mówiłem. – Odwróciwszy się do mnie, dodał: – Leonardzie oto mój dobry przyjaciel Siliorn, pan na zamku Siletis..
Siliorn wyciągnął dłoń w moją stronę, a ja ją uścisnąłem.
– Miło mi cię poznać, chłopcze.
– Mi pana również. – Uśmiechnąłem się.
Następnie przedstawiono mi również władców innych pobliskich, jak i dalszych, krain, dyplomatów, przyjaciół rodziny, szermierzy, rycerzy, nauczycieli i sam nie wiem kogo jeszcze. Od tych wszystkich nazwisk i słów „Miło mi cię poznać” tak zakręciło mi się w głowie, że aż musiałem usiąść. Zostałem przedstawiony jako „zagubiony chłopiec, który być może zostanie w naszej rodzinie na dłużej”. Doszedłem do wniosku, że większej głupoty wymyślić nie mogli.
Po tym, iż większość gości już siedziała, poznałem, że zbliża się rozpoczęcie.
Nie myliłem się. Niedługo potem król stanął na podeście i, gdy wszyscy ucichli, przemówił.
– Witam was wszystkich bardzo serdecznie! Dziękujemy wam za tak liczne przybycie. Jak wszyscy wiecie, zebraliśmy się tu po to, by świętować urodziny moich dzieci. W tym roku mój najmłodszy syn Ligolis kończy tysiąc dwieście lat! Z tej okazji przygotowaliśmy dla was małe podarunki, mamy nadzieję, że się wam spodobały.
Spojrzałem pytająco na Mono, siedzącego obok mnie.
– A, jakieś tam bibeloty. Król to wymyślił, żeby zyskać w oczach innych i uczcić jeszcze bardziej urodziny Ligolisa – szepnął.
Tymczasem król kontynuował:
– Zapewniam, iż ucztę przygotowali najlepsi kucharze w całym królestwie. Życzę wszystkim smacznego i zapraszam do ucztowania na cześć moich dzieci!
Rozległy się oklaski, a tuż po nich gwar rozmów. Następnie wszyscy zaczęli robić to, na co najbardziej czekałem – jeść.
Długo nie działo się nic szczególnego, tylko rozmawialiśmy, kosztowaliśmy potraw i śmialiśmy się. Po pewnym czasie przyjęcie zaczęło się trochę rozkręcać z powodu ponczu, który stał na stole. Ja się delektowałem tym trunkiem w wersji bezalkoholowej, co dawało mi jasny podgląd na obecną sytuację. Po jakimś czasie rozochocone towarzystwo powstawało z krzeseł, pozamieniało się miejscami, a niektórzy nawet zaczęli chodzić po sali. Ja natomiast grzecznie siedziałem przy stole i jadłem przepyszną potrawy, w tym tartę warzywną.
Do czasu.
Gdy właśnie miałem nałożyć sobie na talerz kolejny kawałek wyśmienitego ciasta z jabłkami, zauważyłem zbliżającego się Michaela. Wstałem więc od stołu i wyszedłem mu na spotkanie.
– Witaj Michaelu, jak ci się podoba uczta? – przywitałem się.
– Niesamowita! – wykrzyknął chłopak, a ja miałem wrażenie, że zrobił to ciut za głośno. Na ostatniej prostej zatoczył się i, by nie upaść, otoczył mnie ramieniem. No tak. Jest pijany.
– Wiesz co, Leo? – zaczął Michael.
– Tak?
– Jak ja cię spotkałem… To odzyskałem nadzieję.
– A straciłeś ją kiedyś?
Chłopak potrząsnął głową.
– Nie. Nigdy.
W ciul pijany.
– Miło mi – odparłem i posadziłem go na pobliskim krześle.
– Widzisz tamtą dziewczynę, Leo? – spytał Michael, wskazując ręką bliżej nieokreślony kierunek. Na wszelki wypadek kiwnąłem głową. – Jest bardzo ładna. Podoba mi się.
– To do niej zagadaj.
– Ależ już to zrobiłem. Ale ona ma chłopaka.
– No, to niestety nie możesz rozwalić ich związku. – Wzruszyłem ramionami.
– Właśnie chodzi o to, że mogę, ale nie chcę.
Przygryzłem wargę, powstrzymując uśmiech.
– Jestem rycerzem, szlachetnym rycerzem. Nigdy bym nie skrzywdził niewinnego obywatela.
– Cieszę się – odparłem, starając się utrzymać kamienny wyraz twarzy.
– Więc co mam teraz zrobić? – Michael spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.
– Myślę, że powinieneś poszukać innej. Tu jest naprawdę sporo ładnych dziewczyn.
Michael powoli pokiwał głową, analizując otrzymane informacje.
– A więc ruszam na łowy! – wykrzyknął, wstał gwałtownie i chwiejąc się, powędrował w tłum.
Przytrzymałem krzesło, by nie upadło i uśmiechnąłem się. Usiadłem z powrotem do stołu i zjadłem kawałek wspomnianego wcześniej ciasta. Delektowałem się entym kawałkiem, gdy zobaczyłem, że Michael wraca. Zawczasu przygotowałem mu siedzenie, na które teraz ciężko opadł. Westchnął.
– Wiesz co, Leo? Mam wrażenie, że nigdy mi się nie uda znaleźć tej jedynej.
Widziałem w jego oczach głęboki smutek i zrobiło mi się go żal. Poklepałem go po ramieniu.
– Nie martw się, jestem pewien, że kiedyś ją znajdziesz. A tymczasem delektuj się pysznym jedzeniem – mówiąc to, podsunąłem mu pod nos ciasto z truskawek, na co Michael zareagował bardzo entuzjastycznie i natychmiast zaczął pałaszować. Uśmiechnąłem się.
– I myślę, że powinieneś wytrzeźwieć.
– Ja nie piłem już od jakichś trzech godzin!
– Przyjęcie trwa od półtorej.
Michael spojrzał na mnie skonsternowany.
– No co ty gadasz!
Pokiwałem głową.
– Bzdury – burknął rycerz, zatapiając zęby w serniczku.
Uśmiechnąłem się.
Po jakimś czasie Michael znów się oddalił, a ja postanowiłem poszukać kogoś znajomego. Po zręcznym lawirowaniu między istotami, wpadłem na Ligolisa.
– Witaj, Ligolisie! Gdziekolwiek idziesz, idę z tobą.
Książę zaśmiał się.
– Proszę cię bardzo.
Idąc, przyjrzałem się przedmiotowi, który trzymał w ręce. Był cały z brylantów i odbijało się w nim światło świec.
– Czy to naszyjnik?
Ligolis kiwnął głową.
– Dla Liliami.
Po kilku minutach odnaleźliśmy ją w tłumie. Stała z kieliszkiem w ręce, wyraźnie zamyślona.
- Witaj, siostro – rzekł Ligolis.
Księżniczka zamrugała oczami, po czym się uśmiechnęła.
– Witaj, Ligolisie.
– Chciałbym ci złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji twoich dzisiejszych urodzin, księżniczko – powiedział z uśmiechem, wyciągając naszyjnik w jej stronę.
Kobieta westchnęła z zaskoczenia i spojrzała na brata.
- Dziękuję. Chociaż to ty tutaj jesteś w centrum uwagi.
Ligolis potrząsnął głową.
– Dziś są twoje urodziny – odparł z naciskiem.
Kobieta spojrzała na niego z uczuciem, po czym obróciła się, by mógł założyć jej naszyjnik. Gdy skończył, wzięła do ręki największy z brylantów i przyjrzała się mu.
– Są piękne – stwierdziła.
Następnie przytuliła brata i powiedziała mu coś na ucho.
Przyglądałem się tej scenie oczarowany. Zachwyciło mnie z jakim szacunkiem i elegancją ci dwoje się traktują.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że Liliami coś do mnie powiedziała.
– Przepraszam, możesz powtórzyć?
– Pytam jak się bawisz.
– Wyśmienicie – odparłem i w tym samym momencie poczułem jak nogi mi miękną. Zachwiałem się, a obraz zaczął mi się rozmazywać. Próbowałem utrzymać równowagę, lecz świat zaczął wirować. Ostatnim co zarejestrowałem przed zapadnięciem się w ciemność, był przeszywający ból w klatce piersiowej.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Internetowe znajomości

Gdy byłam mała dorośli często ostrzegali przed nieznajomymi. Gdy internet stawał się coraz bardziej popularny wśród dzieci i młodzieży, zaczęto zwracać również uwagę na znajomości internetowe. Były komiksy, filmiki, opowieści o tym, jak to ktoś, kogo poznało się przez internet, w rzeczywistości był kimś zupełnie innym - gorszym.
Czy nadal myślimy tak stereotypowo o znajomościach internetowych? W czasach, gdy w sieci udostępnia się tyle zdjęć, filmów, informacji na swój temat? Teraz, gdy poznajemy kogoś przez internet łatwiej jest nam czegoś się o tej osobie dowiedzieć. Kiedyś nie udostępniało się tylu informacji o sobie, jak dzisiaj. I trudniej jest żyć w takich czasach internetowym naciągaczom. Mało kiedy spotykamy się z przestrogami na temat spotkań z nieznajomymi. Dlaczego? Moim zdaniem coraz mniej ludzi decyduje się na takie spotkania.
Dlaczego w ogóle poznajemy ludzi przez internet?
Często jest to uwarunkowane poszukiwaniem osób o takich samych zainteresowaniach. Dużo łatwiej znaleźć takich ludzi w sieci niż wokół siebie. W realnym życiu nie wpiszemy szukanych haseł w wyszukiwarkę.
Często trafiamy na różne grupy czy fora, gdzie możemy porozmawiać popisać z innymi o tym, co nas kręci. Czasami skutkuje to przeniesieniem się na czaty, z jedną osobą, kilkoma bądź kilkunastoma. Zaczyna się te osoby poznawać, nie tyle przez typowe przedstawianie się, o ile przez zwykłe rozmowy. Zazwyczaj przy przedstawianiu się nie przychodzą nam do głowy rzeczy typu "Fascynują mnie relacje międzyludzkie" lub "Jestem dumna, że moje liceum jest imienia Powstańców Wielkopolskich". Takie rzeczy wychodzą w trakcie, a dzięki nim głębiej poznajemy osobę niż poprzez typowe "Mam 17 lat" czy "Mieszkam w Warszawie".
Naturalne jest, że po pewnym czasie pragniemy spotkać tę osobę na żywo. Gdy jesteśmy z tego samego miasta z pewnością przychodzi to łatwiej niż gdy mieszkamy po dwóch różnych stronach Wisły. Jednak, gdy bardzo nam na tym zależy/sprzyja nam szczęście, nawet gdy dzieli nas 497km, udaje nam się spotkać. Czasem jest to prawie przypadkowe spotkanie, graniczące z cudem, a zarazem chwilowe, lecz innym razem jest ono dłuższe i zaplanowane.
Co wtedy?
Czy potrafimy z taką osobą rozmawiać? Przecież dotychczas tylko pisaliśmy ze sobą, a teraz mamy porozmawiać twarzą w twarz?


Często na początku ciężko nam dobrać słowa, nie wiemy o czym rozmawiać, wszystkie wspólne tematy gdzieś wyparowały.
I co w takiej sytuacji zrobić? Poczekać. Aż coś do głowy przyjdzie. Druga osoba zrozumie ciszę, ma przecież takie same problemy. Ciekawym sposobem jest również powtarzanie "Ładna pogoda". Zawsze coś z tego wyjdzie.
Czy później jest jakaś różnica w rozmowie internetowej? Nie. Zazwyczaj nie ma. No bo jaka miałaby być?
Z każdym kolejnym spotkaniem czujemy się coraz lepiej w swoim towarzystwie, coraz swobodniej i pewniej. Możemy godzinami rozmawiać, a i tak czasu będzie za mało. I tak każde spotkanie, choćby trwało kilka godzin, jest za krótkie. Bo żegnając się, wiesz, że nie zobaczysz tej osoby na żywo prawdopodobnie przez kilka kolejnych miesięcy. Bo mimo wszystko rozmowa przez internet to nie to samo.
Jakie może być jedno z wielu następstw takiej znajomości?
Wspólne wakacje.
Co jeśli postanowicie spotkać się razem w wakacje? Co jeśli uda Wam się to zorganizować? Co jeśli siedząc razem na łóżku, będziecie zastanawiać się, jakim cudem Wasze drogi poprowadziły Was takimi ścieżkami, że wszyscy doszliście do tego momentu?
Wtedy pozostaje się tylko cieszyć i jak najlepiej wykorzystać wspólny czas.

Post trochę nieskładny, ale to wina godziny. (ta, jasne)

Post ten dedykuję pięciu wyjątkowym osobom: Siu, Zią, Apy, Ciapciakowi oraz Empe. (jeśli to czytacie to wow, ja w szoke) Po trochu także innym osobom, które poznałam w sieci, a z którymi jakiś tam kontakt nadal utrzymuję.

Strucle, wiedzcie, że włączenie się w tamtą rozmowę w komentarzach było jedną z najlepszych decyzji w moim życiu. Znajomość z Wami sprawiła, że moje życie stało się piękniejsze, pełniejsze i przede wszystkim - o wiele ciekawsze. Jesteście osobami, do których zawsze mogę napisać i najpewniej ktoś z Was będzie (ta, łudź się dalej). Dziękuję za ŚDM, dziękuję za Targi w Krakowie oraz Warszawie, dziękuję za Lednicę, a przede wszystkim - dziękuję za te sześć dni spędzonych z Wami, Siu i Zią. Dziękuję za wspólne oglądanie, za spacery, za struclę, za Escape Room, za miód (Zią) i za wszystko inne. Nawet za te kilka spin (czy tam jedną). To był naprawdę wspaniały, niezapomniany i niesamowity czas.

Do reszty - musimy nadrobić spotkania (Apy!).

Siu i Zią - do zobaczenia w listopadzie. To będzie naprawdę niezwykły koncert - nie dość, że Accantus Symfonicznie to jeszcze z Wami u boku.

Do zobaczenia, kiedyś na pewno!

Na koniec pozdrawiam serdecznie również Fobosa z bloga http://maskazycia.blogspot.com/, z którą jakiś tam kontakt utrzymuję już od ponad pięciu lat.

Do napisania!

P.S. Znikam na 14 dni na obóz harcerski, także brak postów w tym okresie jest usprawiedliwiony.

piątek, 4 sierpnia 2017

Jak ten czas mija, czyli piąte urodziny bloga.

Juhu!

Byłam na obozie tanecznym, także szczerze przyznam nawet zapomniałam o tych urodzinach. Ale oto 27 lipca 2017 roku mój kochany blog skończył już pięć lat! Happy birthday!

Jeju, jak ten czas mija. Chociaż fakt, że czasy, gdy zakładałam tego bloga, gdy jeszcze utrzymywałam kontakt z osobami z vj wydają mi się tak odległe.

W ciągu tych kilku lat wydarzyło się tyle rzeczy, a moje życie zmieniło się niewyobrażalnie. Czasami trudno mi uwierzyć, jak ten czas mija i ile może się zdarzyć w ciągu zaledwie jednego roku. Tęsknię za niektórymi czasami, osobami. I powiem Wam, że gdybym mogła wróciłabym tam. Mimo tylu rzeczy, które wydarzyły się o teraz.

Czuję, że z tych zmieszanych różnych emocji, których nawet nie potrafię nazwać, piszę jakiś bełkot, także już skończę. Na razie żegnam się z Wami, a jutro łapcie konkretniejszego posta.

I życzę Wam, byście nie żałowali niektórych chwil, momentów, decyzji tak jak ja.

A tymczasem łapcie Klaudię Antos. <3


piątek, 30 czerwca 2017

Elf 26

- Żądam wizyty z królem! – zdenerwował się Haldir.
- Zabronił nam kogokolwiek wpuszczać – zaprotestował strażnik po raz trzeci.
- A co mnie to, do białej saeny, obchodzi! – krzyknął książę i gwałtownie odepchnął strażników na bok. Zdumieni jego zachowaniem nie zaprotestowali, a ja wykorzystałem sytuację i przemknąłem między nimi, by podążyć za Haldirem, który właśnie zmierzał do drzwi. Gwałtownym ruchem je otworzył i wszedł do środka. Cicho podreptałem za nim i stanąłem z boku.
Zdziwiony król uniósł na nas wzrok. Razem z żoną siedzieli przy stole, a między nimi leżał plik kartek.
- Ja rozumiem, że je… – zaczął król, lecz Haldir natychmiast mu przerwał:
- Do stu tysięcy morduków, my tu mamy poważny problem, a ty zabraniasz ludzi wpuszczać! – krzyknął, na co król zrobił zdezorientowaną minę.
Książę żwawo podszedł do stołu.
- Czy ty nie powinieneś być na zajęciach, Haldirze? – zauważyła przytomnie królowa.
- Przerwałem je. W lesie był morduk. Zaatakował nas.
- A co wy robiliście w lesie? – Król zmarszczył brwi.
- To na razie nieważne. Coś tu się dzieje niedobrego, ojcze.
- A co on tu robi? – spytała królowa, patrząc na mnie.
- To też już inna historia. Musimy zwołać naradę. Tam wszystko opowiem.
Władcy spojrzeli po sobie, po czym kiwnęli głowami. Usatysfakcjonowany Haldir rozluźnił się, kazał mi iść do komnaty, a następnie sam wyszedł i udał się w niewiadomym mi kierunku.
*
Patrzyłem w ścianę, a przez moją głowę przebiegało tysiąc myśli naraz. Miałem tyle problemów, kłębiących się w moim umyśle, że nie wiedziałem, który wykańcza mnie najbardziej. Wychodząc z komnaty, zapominałem o kłopotach, lecz gdy tylko zostawałem sam, atakowały mnie na nowo.
Aktualnie trwały przygotowania do przyjęcia z okazji urodzin rodzeństwa, więc wolałem zostać u siebie, by nikomu nie zawadzać. Po przerwaniu zajęć książąt w poprzednim tygodniu, zwołano naradę złożoną z samych wysoko postawionych ludzi. Później Haldir kazał mi nic nie mówić o tym co się wydarzyło, a najlepiej zapomnieć o całym zajściu. Zgodziłem się, choć wyrzucenie tamtego zdarzenia z pamięci było wręcz niewykonalne.
Po kilku dniach książęta skończyli wspólne zajęcia i porozjeżdżali się z powrotem do swych włości. Zostały tylko Meredith i Caroline pod pretekstem, iż chcą uczestniczyć w przyjęciu. Ostatnie dwa dni ograniczały się głównie do składania życzeń, nic nadzwyczajnego. Z tego, co zdążyłem się zorientować, prezenty nie były tutaj na porządku dziennym. Nie dziwiłem się temu jednak – elfy żyją tysiące lat, gdyby co roku dostawały prezenty, po krótkim czasie miałyby nadmiar zbędnych bibelotów.
Mono zdradził mi kilka podstawowych informacji o rodzeństwie. Różnica wieku między Ligolisem, a Liliami wynosiła dwadzieścia pięć, tak samo między Liliami a Haldirem. Oznaczało to, iż braci dzieliło pięćdziesiąt lat. W tym roku Ligolis obchodził swoje tysiąc dwusetne urodziny. Po tej rozmowie potrzebowałem czasu, by przyswoić nowe informacje, ponieważ to wszystko wydawało mi się zbyt szalone, by było prawdziwe.
W mojej komnacie rozległo się pukanie. Zdziwiony uniosłem wzrok na drzwi i podszedłem do nich, by otworzyć. Za nimi ujrzałem Mono.
- Witaj Leonardzie! – Pomachał mi wesoło. – Jak się masz? Gotowy?
Westchnąłem.
- Mentalnie bardziej nie będę. Ale to jeszcze nie teraz, prawda?
Mono pokręcił głową.
- Spokojnie, jeszcze nie. Tylko chciałem ci dyskretnie zasygnalizować, że to już niedługo.
Parsknąłem.
- Mistrz dyskrecji z ciebie.
- Wiem, mama mi to zawsze powtarzała, gdy kradłem ciastka z kuchni na jej oczach. – Po tych słowach wyminął mnie i wszedł do komnaty. Zamknąłem za nim drzwi. – Przy okazji chciałem się dowiedzieć czy nie chciałbyś o coś zapytać.
- W sumie… – zastanowiłem się chwilę. – Mam kilka pytań.
- Słucham więc – odrzekł Mono, siadając wygodnie na fotelu i biorąc do ręki ciastko ze stolika.
- Czy ktoś wie, że jestem… no wiesz…
- Z rodziny królewskiej? – dokończył za mnie elf.
Kiwnąłem głową.
- Nie. To jest na razie tajemnica, póki kilka spraw się nie wyjaśni.
- Jakich spraw?
Mono spojrzał na mnie i sięgnął po kolejne ciastko.
- Dotyczących ciebie. I twoich rodziców.
- Ale co się dokładnie stało? Moi rodzice… dlaczego uciekli?
- Sam tego do końca nie łapię, Leo. Dla mnie ta cała sprawa jest totalnie pokręcona. Pamiętam głównie to, że twoja mama w pewnym momencie pokłóciła się z królową, a jakiś czas później… po prostu zniknęli. Nie zostawili listu, nic. Nie było żadnych śladów, które mogłyby nas naprowadzić na jakikolwiek trop. Spakowali część rzeczy i… puf.
- A królowa coś mówiła na ten temat?
- Z tego co mi napomknął kiedyś Ligolis, to sama była zdezorientowana. Właściwie nie do końca wie, o co pokłóciła się z siostrą.
Zmarszczyłem brwi.
- Jak może tego nie wiedzieć?
Mono uniósł dłonie w obronnym geście.
- Mnie nie pytaj.
- A podobno przyszedłeś tu, by odpowiadać na moje pytania – zauważyłem kąśliwie.
- Ale na te, na które znam odpowiedź – odparł Mono.
- Tak? A więc co dziś jadłeś na śniadanie?
- Owsiankę.
- Bardzo pożywnie.
- I smacznie. Była tak dobra, jak u mamy. A, czekaj. Bo zrobiła mi ją moja mama.
- Twoja mama tu jest? – zdziwiłem się.
Mono pokiwał głową.
- I owszem, wrócili z tatą na czas urodzin. Dziś wieczorem ci ich przedstawię. Są bardzo sympatyczni.
- W to nie wątpię. – Uśmiechnąłem się.
- Zresztą, dużo osób dziś poznasz. Na przykład Siliorna, przyjaciela władców. Oraz innych, tych spokrewnionych i tych nie.
Na te słowa mina mi zrzedła.
- Muszę?
Mono roześmiał się.
- Tak, synu, musisz.
Spiorunowałem go wzrokiem.
- No co? Zabrzmiałeś jak dziecko, więc ci odpowiedziałem jak należy.
Westchnąłem.
- Byłbyś beznadziejnym rodzicem. I przestań wyżerać mi ciastka.
Mono zrobił minę niewiniątka i otarł okruszki z ust.
- Jakie ciastka? To tu są jakieś ciastka?
- No właśnie już nie ma, idioto, bo wszystkie zeżarłeś.
- Więc czym ty się martwić? Przecież już ci ich nie zjem.
Spiorunowałem go wzrokiem, lecz on mnie zignorował. Wstał, ziewnął i przeciągnął się.
- No, to ja już pójdę. Muszę się jeszcze przygotować.
Uniosłem brwi.
- Przygotować? Czyli?
- Ah, no wiesz. Przypudrować nosek, te sprawy.
Parsknąłem śmiechem.
- A no przecież.
Mono posłał mi uśmiech i ruszył do drzwi.
- A gdzież zniknęli nasi bracia? – spytałem, gdy już trzymał rękę na klamce.
Elf odwrócił się w moją stronę i odrzekł:
- Przeżywają istne katusze.
Gdy uniosłem brwi w niemym pytaniu, dodał:
- Musieli dać się służącym uszykować do przyjęcia.
Zaśmiałem się, a Mono wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Zamyślony opadłem na kanapę. Dziwnie się ostatnio czułem. Jakby całe moje wcześniejsze życie nie istniało. Nie wiedziałem co było prawdą, a co nie. Postacie moich rodziców, wyłaniające się z opowieści elfów, wyglądały zupełnie inaczej niż te, zapamiętane przeze mnie z dzieciństwa. Nie wiedziałem już, które były prawdziwe. Potrząsnąłem głową. Takie rozważania nic mi nie da…
Poczułem taki ucisk w klatce piersiowej, że nawet nie dokończyłem myśli. Krzyknąłem, skuliłem się z bólu i upadłem na ziemię. Atak był jednorazowy, ale tak potężny, że jeszcze chwilę leżałem na ziemi. Potem wstałem i, z odrobinę zamglonym wzrokiem, ruszyłem ku drzwiom. Musiałem udać się do króla, chociaż nie wiedziałem czy w obecnej sytuacji mi się to uda.
Idąc, odzyskiwałem powoli siły, więc wchodzenie po schodach szło mi już całkiem sprawnie. U ich szczytu napotkałem strażników.
- Mógłbym zobaczyć się z królem?
- Przykro mi, ale to niemożliwe.
- To bardzo ważne – spróbowałem.
- Każdy tak mówi – odparł strażnik.
Westchnąłem i już miałem zrezygnować, gdy usłyszałem głos:
- Coś się stało, Leo?
Podniosłem wzrok i ujrzałem królową, idącą w naszą stronę.
- Pani. – Ukłoniłem się lekko. – Chciałbym porozmawiać z królem. Czy to możliwe?
- Chodź ze mną – odparła królowa i zeszła po schodach. Ruszyłem za nią.
- O czym chciałeś z nim porozmawiać? – spytała po chwili milczenia.
- Niedawno odczułem mocny ból w klatce piersiowej. Król prosił mnie, bym go informował o każdym objawie.
Królowa zmarszczyła brwi.
- To naprawdę niedobrze – mruknęła.
„No co wasza wysokość nie powie” – pomyślałem, lecz nie powiedziałem tego na głos.
- Król ma teraz sporo spraw na głowie, ale jeśli mi się uda to załatwię ci chwilkę na rozmowę z nim.
Podziękowałem skinieniem głowy i układałem to, co powiem królowi. Nawet nie zauważyłem, gdy dotarliśmy pod drzwi sali balowej.
- Morilianor! – zawołała królowa, a jej mąż przerwał rozmowę z jakimś mężczyzną i podszedł do nas.
- Co się stało Apolilise?
- Leo ma do ciebie sprawę.
Spojrzenia pary królewskiej spoczęły na mnie, a ja przełknąłem ślinę i powiedziałem, plącząc się:
- Jakiś czas temu odczułem mocny ucisk w klatce piersiowej i uznałem, że powinienem ci o tym powiedzieć, panie.
- Jak mocny?
- Bardzo mocny.
Król milczał chwilę i w zamyśleniu kiwał głową.
- Dobrze, dziękuję – odparł i odszedł.
Stałem chwilę zdezorientowany i zestresowany, aż królowa dotknęła mojego ramienia i gestem zachęciła mnie, bym za nią podążył. Uśmiechnąłem się z wdzięcznością, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną.
Przez chwilę biłem się z myślami, po czym niepewnie zapytałem:
- Pani… czy… mogę o coś zapytać?
Królowa spojrzała na mnie bystrym wzrokiem i skinęła głową.
- Czy… – Odchrząknąłem nerwowo. – Czy pamiętasz o co się pokłóciłaś z moją matką?
Władczyni przystanęła, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.
- Wiedziałam, że o nią zapytasz. – Westchnęła. – Widzisz Leo, to dosyć skomplikowane. Pamiętam, że nasze relacje w pewnym momencie się oziębiły, choć zawsze miałyśmy ze sobą bardzo dobry kontakt. Kilka dni później pokłóciłyśmy się. Nie jestem pewna o co nam poszło. Mam… mam wrażenie, że ona… podtrzymywała tę kłótnię. Jakby… jakby chciała, byśmy się kłóciły. – Królowa westchnęła i uniosła dłoń do czoła. – Już nie wiem co jest prawdą, a co tylko wymysłem mojej pamięci. Może chcę tak myśleć, by jak najmniej mojej winy było w jej odejściu? Sama nie wiem, Leo. W każdym razie – spojrzała na mnie, a ja ujrzałem, niegdyś głęboko skrywany, ból w jej oczach. – nie myśl o tym, Leo. Bo tutaj i tak nie uzyskasz odpowiedzi.
Po tych słowach odeszła, a ja westchnąłem i w zamyśleniu wróciłem do komnaty. Usiadłem na kanapie i tępo wpatrując się przed siebie, czekałem na rozpoczęcie przyjęcia.

środa, 31 maja 2017

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara

Hejka hej!

W czwartek (25.05.2017r.) byłam na wspomnianym w tytule posta filmie (była to przedpremiera) i dziś stwierdziłam, że napiszę o tym post.

Od razu ostrzegam, że starałam się nie spoilerować, ale nic nie obiecuję.

Jest to już piąta część Piratów, która wyszła 14 lat po pierwszej. Moim zdaniem jest to naprawdę dobry film. Pod względem technicznym - nawet bardzo dobry. Efekty specjalne są naprawdę niezłe, charakteryzacja bohaterów również, a scenografia to już w ogóle super. Uważam, że ta część jest o wiele lepsza od czwartej (która notabene mi się niezbyt podobała).



Komizm dotrzymuje kroku poprzednim częściom, a czasem nawet je prześciga - jak np. scena z gilotyną. Było kilka postaci epizodycznych, które wykonały naprawdę świetną robotę - jak Paul McCartney w roli Wujka Jacka. I jego żart.





Postać Henry'ego Turnera bardzo mi się podobała. To jak została wykreowana.
Po pierwsze primo jest niesamowicie podobny do ojca. I z wyglądu, i z charakteru, i nawet momentami miałam wrażenie, że z głosu. A to się naprawdę ceni.
Po drugie primo samo wplecenie go fabuły było świetnym pomysłem. Bo jednak jest to coś nowego, lecz jednocześnie coś starego. Nie musieli wymyślać nowej postaci ani wymyślać dla niego kolejnej historii, tylko wzięli postać, która de facto już istniała.
Po trzecie primo fajne jest to, że nawiązali do historii Willa. Jak Will wcześniej szukał sposobu, by uwolnić swojego ojca, tak teraz jego syn szuka sposobu, by uwolnić jego.
Po czwarte primo, podsumowując, jego postać jest naprawdę genialna, a momentami i urocza. Podoba mi się w nim to, jak bardzo zdeterminowany jest, by zdjąć ze swego ojca klątwę. "I want you to go home."






Postać Cariny też jest dobrze wykreowana. Kobieta nauki uważana za czarownicę. Podoba mi się w Piratach to, że w każdej części jest coś nowego, świeżego, jakiś kolejny motyw odpowiadający tamtym czasom. Carina ma również mocny charakter. Wie, czego chce i nie waha się po to sięgać. Chociaż jednak wolałaby wszystko załatwiać polubownie.
"- I'm not looking for trouble.
- What a horrible life it is."
Jest zdeterminowana, by odnaleźć swojego ojca lub chociażby dowiedzieć się, kim jest.



Postać Jacka. Znana nam wszystkim, zapewne nawet jeśli ktoś nie oglądał Piratów. I tutaj jednak trochę ponarzekam.
Mimo że Jack to Jack i oczywiście jak zawsze był cudowny to jednak nie za bardzo podoba mi się jego przedstawienie w najnowszej części, przynajmniej na początku. Fakt, Jack zawsze był alkoholikiem. Ale tutaj moim zdaniem twórcy już przesadzili. Może to jest warunkowane przez jakieś wydarzenia, życie go przerosło, czy coś, jednak nie podoba mi się to. W pierwszej części jego pomysły i sposoby ratowania siebie, jak i innych wyraźnie wynikały z jego sprytu i inteligencji. Tutaj - ze szczęścia głupiego. Chociaż fakt faktem, że to chyba tylko na początku. Bo np. sposób w jaki wydobył od Cariny informacje o mapie - widać, że użył do tego sprytu i przebiegłości. Oraz oczywiście inteligencji.





Postać Salazara. On jest uroczy. Serio. XD Propsy za to, że rzeczywiście wzięli hiszpańskiego aktora do roli Hiszpana. Mimo że jest antagonistą to jest momentami naprawdę przeuroczy. "Find Sparrow for me. Please." A jego załoga, która wygląda jak wyczyszczona miejscami gąbką (jak w takiej jednej książce) jest również bardzo fajna. XD Statek też - również jak wyczyszczony gąbką miejscami. XD Ale jak się otwiera, by pożreć jakiś statek to też jest uroczy.




I w tym miejscu żegnam się z osobami, które jeszcze nie oglądały tego filmu i nie chcą mieć naprawdę dużych spoilerów. Do napisania!



UWAGA NA DOLE SĄ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ DUŻE SPOILERY.

TAKIE NAPRAWDĘ BARDZO DUŻE.

BARDZO BARDZO DUŻE.

ZA DUŻE DLA OSÓB, KTÓRE NIE OGLĄDAŁY.

TAKIE DUŻE DUŻE.

AŻ ZA DUŻE.

Okej, tutaj zacznę.

Więc chciałabym zacząć od końcówki.

AAAAAAAA!!!

MATER DEJ.

Ta końcówka jest idealna. Idealna. No po prostu idealna. Mamusiu moja kochana.

Nie spodziewałam się Elizabeth. Naprawdę. W ogóle nie miałam pojęcia, że ma się pojawić i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. Bo byłam tak pozytywnie zaskoczona, że szok. Popłakałam się na tej końcówce aż, naprawdę, tak się wzruszyłam. XD <3

Ale śmierć Barbossy to nieee, why :"C
Na tym też prawie płakałam.
Ale Carina przegrała. W jednym momencie odnajduje ojca, a w drugim on ginie. ;') (I jeszcze ten Henry: "Wszystko w porządku?" Taaak, Henry, właśnie straciła ojca minutę po tym jak się dowiedziała, że to on, ale jaasne, wszystko w jak najlepszym porządku!)



I cóż, powiem Wam, że śmiałam się na początku. BO WILL TAK KOMICZNIE WYGLĄDA Z TYM CZYMŚ NA TWARZY. Nie mogłam się powstrzymać, ja się tak śmiałam. XD Chociaż ta scena początkowa była urocza i wzruszająca i wzruszyłam się, ale i tak się śmiałam. XD "I found you." <3




Btw zauważyliście, że oni coś mają z tymi ojcami? Will zostaje ojcem, Czarnobrody okazuje się ojcem bohaterki, Barbossa okazuje się ojcem bohaterki. No cóż. XD

Widzieliście scenę po napisach?
Ja sobie uświadomiłam, ze mogła takowa być już po wyjściu z kina, gdy zbierałam się w domu do spania. XD Ale miałam to szczęście, że znalazłam ją na yt (w jakości kalkulatora, ale znalazłam XD). Jak ktoś chce obejrzeć to musicie być czujni - czasem ktoś wstawia, nagrane przez siebie w kinie. Zawsze to coś. Oczywiście te filmiki są dość szybko usuwane, ale jak będziecie mieli szczęście to traficie na jakiś.
Moim zdaniem ta scena (pomijając fakt, że jest urocza) jest taką uchyloną furtką. Ogółem to już koniec, zakończenie idealne, aaale, na wszelki wypaadek, jakaś fuurtka to tam jeest.
Ale pomyślcie jakie to by było combo, gdyby były te wszystkie postacie - Will, Elizabeth, Jack, Henry, Carina i może jeszcze Angelica.

Podsumowując: mi się bardzo podobał ten film. Prawdopodobnie jest to moja druga ulubiona część - zaraz po pierwszej.
Więc, żegnam się z Wami. Do napisania piraci!

P.S. Młody Jack <333


P.P.S. Śmieszy mnie to, że Orlando Bloom jest traktowany jakby zagrał główną rolę w tym filmie. XD Jest na wszystkich premierach, są z nim wywiady, występuje w programach telewizyjnych... A zagrał na początku i na końcu. XD Znaczy rozumiem dlaczego tak jest - bo wcześniej grał główną rolę. Ale i tak mnie to śmieszy. XD Chociaż oczywiście nie mam nic przeciw temu. <3



P.P.S. A propos Orlanda - polecam ten filmik. Jest tak przeuroczy. <3 Zwłaszcza od około drugiej minuty, gdy Orlando mówi o swoim synu. <3


P.P.P.S. I przy okazji polecam też ten filmik. Uśmiać się można. (oba są krótkie, serio).


czwartek, 18 maja 2017

18. maja, czyli 18. urodziny!

Hejka hej wszystkim!

Dziś jest dla mnie bardzo ważny dzień, a mianowicie: kończę dziś 18 lat!

Jako, że to poważny wiek i staję się pełnoletnia, postanawiam naprawdę się postarać i wznowić tego bloga. :)

Jeśli starzy czytelnicy już zniknęli (a pewnie tak i się nie dziwię) to znajdę nowych. I tym razem nie zawalę. Obiecuję.

W końcu 18 wiosen (u mnie dosłownie) do czegoś zobowiązuje.

A teraz już spadam, ale zapowiadam, że następny post pojawi się na dniach. ^^

Dobranoc i życzę Wam wszystkiego najlepszego w życiu! <3

sobota, 29 kwietnia 2017

Elf 25



Następnego dnia nie wolno mi było zbliżać się w okolice sali balowej. Od Mono dowiedziałem się, iż książęta mają tam zajęcia z etykiety. W sumie żałowałem, że nie mogę tego zobaczyć, gdyż to mogłoby być ciekawe. Spotkałem się natomiast z Ozzy’ym.
- Tobie też by się przydały takie zajęcia – rzekł z przekąsem.
Uświadomiłem sobie wtedy, iż właściwie to ma rację i jeszcze bardziej żałowałem, że nie może mnie tam być.
Z braćmi mogłem zobaczyć się dopiero wieczorem, bo po zajęciach porannych mieli jeszcze popołudniowe. Gdy wreszcie na siebie trafiliśmy, akurat wracali do swojej komnaty.
- Witaj Leo – przywitał mnie Ligolis.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi.
- Jak zajęcia? – spytałem.
Ligolis wzruszył ramionami.
- Jak zwykle. Męczące, ale znośne.
Chciałem powiedzieć coś więcej, lecz nagle poczułem ucisk w nodze. Syknąłem i złapałem się za kolano, a wtedy plecy mnie tak zabolały, że upadłem na ziemię. Następnie rwanie przechodziło z jednego miejsca mojego ciała do drugiego, a ja tylko krzyczałem i zwijałem się z bólu. W pewnym momencie cierpienie było tak mocne, że zrobiło mi się niedobrze, a w końcu straciłem przytomność.
***
Gdy się ocknąłem, przez moment nie mogłem się podnieść, gdyż moje ciało było zbyt zmęczone. Po chwili jednak to uczucie zniknęło, a wokół siebie usłyszałem głosy. Gdy się na nich skupiłem, stały się bardziej wyraźne.
- Właściwie to mi tam obojętnie, byleby nie było nudno.
- Popieram brata.
- Ale co jest dla was nudne, wcale nie musi być nudne dla kogoś innego.
- Bzdury. Jak coś jest nudne, to jest nudne i tyle.
Otworzyłem oczy i uniosłem się lekko.
- Cicho, obudził się.
W tym momencie wszyscy ucichli i poczułem na sobie wiele spojrzeń. Usiadłem na kanapie i popatrzyłem na zebranych. Znajdowałem się w komnacie króla, a oprócz mnie byli tam jeszcze para królewska, bracia, Liliami oraz Mono.
- Jak się czujesz Leo? – spytał Haldir.
- Dobrze – odpowiedziałem.
- Na pewno? Jeszcze niedawno zwijałeś się z bólu.
Skrzywiłem się.
- Wiem, ale… – zamilkłem, bo nie wiedziałem jak to wyjaśnić.
- Jakoś nie wydajesz się być tym, co się wydarzyło, szczególnie zszokowany – zauważył Ligolis. – Zdarzyło ci się to wcześniej?
Ponuro pokiwałem głową, odwracając wzrok.
- Leo, dlaczego nic nie mówiłeś? – zapytał Haldir.
- Myślałem, że wkrótce minie – westchnąłem.
- Opowiedz nam o tym – poprosiła królowa.
Z niechęcią opowiedziałem im o bólach i innych niepokojących zjawiskach, które mnie ostatnio dręczyły. Gdy skończyłem, król rzekł:
- Wygląda na to, że zostałeś otruty Leonardzie.
Wytrzeszczyłem na niego oczy.
- Niby kiedy?
Władca pokręcił głową.
- To jest dobre pytanie.
- Morilianor, mógłbyś coś z tym zrobić? – zapytała królowa.
Monarcha zastanowił się chwilę.
- Nie wiem. Musiałbym wiedzieć, co to za trucizna, Apolilise. Później go przebadam. – W tym momencie nie wiedziałem czy się cieszyć czy martwić. – A do tego czasu, miejcie go na oku. – Tu zwrócił się do swoich dzieci oraz Mono. Ci skinęli głowami. – Możecie już iść.
Cała czwórka wstała, a Haldir gestem zachęcił mnie, bym uczynił to samo. Podniosłem się z kanapy i wyszedłem za nimi z komnaty. Spodziewałem się, iż będą mnie wypytywać, lecz oni zaczęli beztroską rozmowę, jakby mnie tu nie było. Szedłem za nimi i przysłuchiwałem się jakże interesującej dyskusji o grzybach i targach tkanin. W pewnym momencie ktoś pojawił się przed nami, przerywając sielankową konwersację i powodując, iż Haldir od razu się spiął.
- Witajcie – kobieta skłoniła się nisko. – Haldirze, może zechciałbyś udać się ze mną na spacer?
- Oczywiście Meredith.
- Wspaniale! – elfka rozpromieniła się, złapała księcia za rękę i pociągnęła za sobą. – To chodźmy!
Reszta spojrzała po sobie, westchnęła i ruszyła dalej, kontynuując dyskusję o handlu jedwabiem. Ja natomiast wlokłem się z tyłu i rozmyślałem nad ostatnimi wydarzeniami. W pewnym momencie niezauważenie odłączyłem się od przyjaciół i poszedłem do swojej komnaty.
***
- Cześć Leo!
Podniosłem wzrok znad kartki.
- Witaj Mono.
- Cóż robisz? – spytał elf.
- Ćwiczę runy – odparłem.
- Całkiem nieźle ci idzie – stwierdził, zaglądając mi przez ramię.
- Dzięki. Czy sprowadza cię tu coś szczególnego? – zapytałem, odkładając pióro.
- Można tak powiedzieć. Może to i prozaiczna rzecz, ale bracia by ci o tym nie powiedzieli, a powinieneś wiedzieć. Niedługo mają urodziny.
- Ale że tak naraz?
Mono uśmiechnął się.
- To jest nadzwyczaj śmieszna sprawa, a niektórzy nawet myślą, że ustawiana. W sumie to ciężko im się dziwić. Za tydzień cała trójka rodzeństwa ma urodziny. Dzień po dniu. Trzy dni pod rząd.
Spojrzałem na niego szeroko otwartymi oczami.
- Naprawdę?
Mono zaśmiał się.
- Tak. Wiem, że nasuwa ci się pytanie „Jakim cudem?”, ale to już nie do mnie.
- A do kogo?
- Do króla i królowej, jeśli już do kogokolwiek.
Zacząłem się śmiać.
- Faktycznie. – Nagle coś mi się przypomniało. – Mówiłeś, że jesteś od Ligolisa starszy o jeden dzień, prawda?
Elf przytaknął.
- Czyli ty też masz za tydzień urodziny!
Mono zrobił minę niewiniątka.
- Nie wiem o czym mówisz.
Pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- To wariactwo.
Elf zaśmiał się.
- Nie da się ukryć.
- Jak się u was obchodzi urodziny? – spytałem. – No wiesz, jakieś zwyczaje, czy co. Bo w sumie… nic nie wiem.
Mono zastanowił się, po czym usiadł na fotelu i spojrzał na mnie.
- W dniu urodzin Liliami, czyli drugiego dnia, organizowane jest przyjęcie. Niby kameralne, ale u rodzin królewskich kameralnie to kilkadziesiąt osób. Zgaduję, że zostaniesz zaproszony. To w sumie coś podobnego do balu, na którym byłeś, tylko bez tańczenia. W pozostałe dwa dni tak naprawdę nie ma nic szczególnego, oprócz ciągłego składania życzeń i ogólnej sakralizacji rodzeństwa. Urodziny Haldira kończą te trzy dni czystego szaleństwa i potem jest już spokój.
- Czekaj chwilę – przerwałem mu. – Ligolis, Liliami, Haldir? W takiej kolejności? Czy to jakiś żart?
Mono zaniósł się śmiechem.
- Nie ty jeden tak reagujesz.
Pokręciłem z niedowierzaniem głową.
- Masz rację, to czyste szaleństwo.
Mono popatrzył na mnie z politowaniem i wyjrzał za okno.
- Oho. Książęta na dziedzińcu. Chyba muszę iść, bo mnie prosili o jedną rzecz. Na razie, Leo!
- Cześć – mruknąłem, spojrzałem na kartkę z runami i wróciłem do ćwiczeń.
***
- Spróbuj sobie przypomnieć wydarzenia sprzed ostatnich kilku tygodni.
Wytężyłem umysł, lecz słabo mi to szło.
- Miałem regularnie treningi – zacząłem powoli. – A nie, Ligolisowi coś się stało i wtedy miałem z Haldirem… Później był bal. Następnie… A! Ta cała akcja z Firewood. Później, później… Tamto wyjście do lasu, co wtedy Mono się pojawił. Potem przespałem chyba trzy dni. Następnie pojawił się tamten chłopak z… Kazaridnu? A nie, z Khazadrinu. A potem… potem… Nie pamiętam już. – Skończywszy, spojrzałem wyczekująco na króla, który przez cały ten czas mi się przyglądał.
- Spróbuj sobie przypomnieć, Leonardzie.
Zamyśliłem się i próbowałem odtworzyć tok wydarzeń.
- Już wiem! – wykrzyknąłem nagle. – Potem bracia powiedzieli mi o moim pochodzeniu. Następnie przyjechała królowa oraz inni książęta i zaczął się ten tydzień! – rozłożyłem szeroko ręce, zadowolony z siebie. Król powoli pokiwał głową.
- No dobrze. A kiedy poczułeś pierwszy ból?
Zasępiłem się. Głowa mnie już bolała od nadmiernego wytężania umysłu. Może przed Firewood? Albo i po? Chociaż… chyba już dosyć długo mnie męczyły, tylko po prostu na początku je bagatelizowałem. Pierwszy poważny nawiedził mnie zaledwie kilka dni temu, bodajże w dniu przyjazdu królowej. Ale pierwszy… tak, chyba nawet przed Firewood. A może i nawet przed balem?
- Chyba… tak w okolicach balu. Tylko nie jestem pewny czy przed, czy po.
Król pokiwał głową.
- Jak poważne były?
- Na początku niemalże wcale. Taki zwyczajny ból, który nas czasem łapie. Później doszły jakieś zamglenia i tym podobne. Zaledwie parę dni temu przybrały taką siłę, jak ten ostatni.
- Jak często je masz?
- Różnie. Może ich nie być kilka dni, a czasem jest kilka dziennie.
- Opisz mi je dokładnie – poprosił król.
Przez następną godzinę opowiadałem królowi o moich objawach. Gdy w końcu mnie wypuścił z inspekcji, wyszedłem na dziedziniec i udałem się na spacer wśród uliczek. Oddychałem świeżym powietrzem i nie wiem kiedy znalazłem się w miejscu, w którym być nie powinienem. Uświadomiłem to sobie, gdy wpadła na mnie jakaś wysoka postać.
- Wybacz – usłyszałem, gdy zdezorientowany podnosiłem się z ziemi. – Co tu właściwie robisz, chłopcze?
Spojrzałem na mojego rozmówcę, w którym rozpoznałem księcia Nastondrii. Za nim stał jeszcze jeden mężczyzna oraz dwie kobiety.
- Ja… Spacerowałem.
- Tutaj? Podobno strażnicy mieli nikogo tu nie wpuszczać w tych godzinach – zdziwił się William.
Wzruszyłem ramionami.
- Nie wiedziałem o tym. Wyszedłem na spacer, ale nikt mnie nie zatrzymał.
William popatrzył po towarzyszach, a następnie wzruszył ramionami.
- No cóż. Radzę ci jednak stąd pójść.
- Stąd, czyli skąd?
Książęta popatrzyli na mnie.
- A faktycznie, nie wiesz skąd. Chodź więc z nami. – Jedna z księżniczek uśmiechnęła się do mnie i wykonała zachęcający gest ręką.
Ruszyłem za nimi.
- Jasmine, bez przesady. Mamy zajęcia – odezwał się drugi mężczyzna.
- Daj spokój Filipie. Nie mów, że tobie się nie nudzi.
- Akurat dzisiaj jest w miarę ciekawie.
- Ale zawsze może być bardziej! Nie sądzisz, Susan?
- Ależ oczywiście – rzekła z przekąsem druga kobieta, o brązowych włosach związanych w kok.
- Dajcie spokój – rzekł William, który zdawał się przewodzić tej czteroosobowej grupce. – Doprowadzimy go do wyjścia i będziemy mogli kontynuować.
- A ty umiesz w ogóle czytać mapę? – spytała Susan. – Powinniśmy iść w zupełnie inną stronę!
Widząc, gdzie zmierza ta rozmowa, wtrąciłem się.
- Ależ nie musicie się mną przejmować. Trafię sam.
Cała czwórka popatrzyła na mnie z powątpiewaniem.
- Nawet nie wiesz, gdzie jesteś – zauważyła przytomnie Jasmine.
- No fakt, ale…
- Leo!
Wszyscy pięcioro obróciliśmy się jednocześnie i ujrzeliśmy idącego ku nam Haldira. Był naprawdę zdziwiony, gdy mnie ujrzał, jednak nie dziwiłem mu się. Sam byłem zdziwiony swoim położeniem.
- Leo, co ty tu robisz?
Wzruszyłem ramionami.
- Zgubiłem się.
Książę uniósł brwi.
- Znowu?
Żachnąłem się.
- Jakie znowu?
- Znasz go? – przerwał nam William.
Haldir kiwnął głową. Dopiero teraz zauważyłem, że za nim pojawiły się trzy inne osoby: dwie kobiety i mężczyzna.
- Odprowadzę go stąd – zaoferował się Haldir.
- A szkoda, już go polubiłam – westchnęła Jasmine.
- Myślę, że jeszcze się nim nacieszysz – odparła jedna z kobiet, które przyszły z Haldirem. – Legion tu idzie.
Wszyscy pozostali spojrzeli w jedną stronę, potem na siebie, następnie na mnie, a na koniec znów na siebie.
Haldir zaklął i pociągnął mnie za sobą. Wszyscy zaczęliśmy biec. Książęta kluczyli zgrabnie wśród uliczek, aż w końcu wypadliśmy na polanę, za którą rozciągał się las.
- Świetnie – rzekła kąśliwie Susan. – Idealnie. Brawo kochani. Właśnie zwaliliśmy całe zadanie. Cudownie.
- Oj, przestań już Susan – przerwał jej użalania William. – Fakt, nie wyszło to najzgrabniej, ale…
- Najzgrabniej! To była totalna klapa! Zawaliliśmy całe zadanie! I to wszystko przez niego! – Tu wskazała na mnie, przez co poczułem się dość niezręcznie.
- Daj spokój Susan. – Stanął w mojej obronie Haldir. – To nie jego wina. Mogliście go zostawić i pójść swoją drogą, więc teraz nie narzekaj.
- Oni mają rację. A poza tym, czasem dobrze jest wyrwać się poza sztywne ramy programu, czyż nie? – zawołała wesoło Jasmine.
- Ale fakt jest faktem, że teraz musimy jakoś z tego wybrnąć – stwierdził Filip.
- Ale przynajmniej uciekliśmy przed legionem – stwierdziła Jasmine z uśmiechem.
- Tak, świetnie, nie zobaczą, że nie robimy tego, co powinniśmy robić. Bo robimy coś, czego jeszcze bardziej nie powinniśmy robić! – krzyknęła Susan.
- Uspokój się, Susan – uciszyła ją jedna z dwóch nieznanych mi kobiet. – Twoje wrzaski nic tu nie pomogą.
- Kolejny legion – stwierdził Anthony.
Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę.
- Znów uciekamy? – spytała Jasmine.
- Schowajmy się w lesie – zaproponował Haldir.
Wszyscy na to przystali i poszliśmy żwawym krokiem w stronę ściany lasu. Gdy ją przekroczyliśmy, podeszliśmy jeszcze trochę i przystanęliśmy.
- Dobra, a więc co robimy? – spytała Susan. – Zostajemy tu do końca zajęć?
- Och, przestań już Susan! – zdenerwował się William. – Chcesz to sobie wracaj! I nie denerwuj nas, bo nie można przy tobie zebrać myśli!
Księżniczka żachnęła się, założyła ręce na piersi, lecz zamilkła.
Gdy książęta zaczęli dyskutować, ja odwróciłem się, gdyż usłyszałem jakiś szelest. Powoli podszedłem do zarośli, by sprawdzić, co to było i wtedy… wyskoczył na mnie morduk. Krzyknąłem i odskoczyłem w bok. Szybko podniosłem się na nogi i uskoczyłem przed kolejnym ciosem. W tym momencie do akcji wkroczył mężczyzna z grupy Haldira i szybko rozprawił się z mordukiem.
- Co to miało być?! – wykrzyknęła Jasmine.
- Nie mam pojęcia. – Pokręcił głową Haldir. Po chwili spojrzał na mnie. – Idziemy stąd. Dzieje się tu coś podejrzanego.
Po tych słowach brutalnie pociągnął mnie za ramię i całą gromadą wróciliśmy w gąszcz uliczek. Tym razem nikt się nie odzywał. Po paru minutach napotkaliśmy grupę strażników.
- Żądam przerwania ćwiczeń – zaczął prosto z mostu książę Whitemount. – I muszę się zobaczyć z ojcem.
Strażnik, który zdawał się przewodzić swojej grupie, lustrował przez chwilę nas wszystkich wzrokiem. Patrząc na nasze poważne twarze, kiwnął głową. Razem z resztą strażników i naszymi kompanami weszli w lewą uliczkę. Natomiast Haldir pociągnął mnie w zupełnie inną stronę.
Świetnie. Czeka mnie chyba z dziesiąte spotkanie z królem w tym tygodniu.