piątek, 30 czerwca 2017

Elf 26

- Żądam wizyty z królem! – zdenerwował się Haldir.
- Zabronił nam kogokolwiek wpuszczać – zaprotestował strażnik po raz trzeci.
- A co mnie to, do białej saeny, obchodzi! – krzyknął książę i gwałtownie odepchnął strażników na bok. Zdumieni jego zachowaniem nie zaprotestowali, a ja wykorzystałem sytuację i przemknąłem między nimi, by podążyć za Haldirem, który właśnie zmierzał do drzwi. Gwałtownym ruchem je otworzył i wszedł do środka. Cicho podreptałem za nim i stanąłem z boku.
Zdziwiony król uniósł na nas wzrok. Razem z żoną siedzieli przy stole, a między nimi leżał plik kartek.
- Ja rozumiem, że je… – zaczął król, lecz Haldir natychmiast mu przerwał:
- Do stu tysięcy morduków, my tu mamy poważny problem, a ty zabraniasz ludzi wpuszczać! – krzyknął, na co król zrobił zdezorientowaną minę.
Książę żwawo podszedł do stołu.
- Czy ty nie powinieneś być na zajęciach, Haldirze? – zauważyła przytomnie królowa.
- Przerwałem je. W lesie był morduk. Zaatakował nas.
- A co wy robiliście w lesie? – Król zmarszczył brwi.
- To na razie nieważne. Coś tu się dzieje niedobrego, ojcze.
- A co on tu robi? – spytała królowa, patrząc na mnie.
- To też już inna historia. Musimy zwołać naradę. Tam wszystko opowiem.
Władcy spojrzeli po sobie, po czym kiwnęli głowami. Usatysfakcjonowany Haldir rozluźnił się, kazał mi iść do komnaty, a następnie sam wyszedł i udał się w niewiadomym mi kierunku.
*
Patrzyłem w ścianę, a przez moją głowę przebiegało tysiąc myśli naraz. Miałem tyle problemów, kłębiących się w moim umyśle, że nie wiedziałem, który wykańcza mnie najbardziej. Wychodząc z komnaty, zapominałem o kłopotach, lecz gdy tylko zostawałem sam, atakowały mnie na nowo.
Aktualnie trwały przygotowania do przyjęcia z okazji urodzin rodzeństwa, więc wolałem zostać u siebie, by nikomu nie zawadzać. Po przerwaniu zajęć książąt w poprzednim tygodniu, zwołano naradę złożoną z samych wysoko postawionych ludzi. Później Haldir kazał mi nic nie mówić o tym co się wydarzyło, a najlepiej zapomnieć o całym zajściu. Zgodziłem się, choć wyrzucenie tamtego zdarzenia z pamięci było wręcz niewykonalne.
Po kilku dniach książęta skończyli wspólne zajęcia i porozjeżdżali się z powrotem do swych włości. Zostały tylko Meredith i Caroline pod pretekstem, iż chcą uczestniczyć w przyjęciu. Ostatnie dwa dni ograniczały się głównie do składania życzeń, nic nadzwyczajnego. Z tego, co zdążyłem się zorientować, prezenty nie były tutaj na porządku dziennym. Nie dziwiłem się temu jednak – elfy żyją tysiące lat, gdyby co roku dostawały prezenty, po krótkim czasie miałyby nadmiar zbędnych bibelotów.
Mono zdradził mi kilka podstawowych informacji o rodzeństwie. Różnica wieku między Ligolisem, a Liliami wynosiła dwadzieścia pięć, tak samo między Liliami a Haldirem. Oznaczało to, iż braci dzieliło pięćdziesiąt lat. W tym roku Ligolis obchodził swoje tysiąc dwusetne urodziny. Po tej rozmowie potrzebowałem czasu, by przyswoić nowe informacje, ponieważ to wszystko wydawało mi się zbyt szalone, by było prawdziwe.
W mojej komnacie rozległo się pukanie. Zdziwiony uniosłem wzrok na drzwi i podszedłem do nich, by otworzyć. Za nimi ujrzałem Mono.
- Witaj Leonardzie! – Pomachał mi wesoło. – Jak się masz? Gotowy?
Westchnąłem.
- Mentalnie bardziej nie będę. Ale to jeszcze nie teraz, prawda?
Mono pokręcił głową.
- Spokojnie, jeszcze nie. Tylko chciałem ci dyskretnie zasygnalizować, że to już niedługo.
Parsknąłem.
- Mistrz dyskrecji z ciebie.
- Wiem, mama mi to zawsze powtarzała, gdy kradłem ciastka z kuchni na jej oczach. – Po tych słowach wyminął mnie i wszedł do komnaty. Zamknąłem za nim drzwi. – Przy okazji chciałem się dowiedzieć czy nie chciałbyś o coś zapytać.
- W sumie… – zastanowiłem się chwilę. – Mam kilka pytań.
- Słucham więc – odrzekł Mono, siadając wygodnie na fotelu i biorąc do ręki ciastko ze stolika.
- Czy ktoś wie, że jestem… no wiesz…
- Z rodziny królewskiej? – dokończył za mnie elf.
Kiwnąłem głową.
- Nie. To jest na razie tajemnica, póki kilka spraw się nie wyjaśni.
- Jakich spraw?
Mono spojrzał na mnie i sięgnął po kolejne ciastko.
- Dotyczących ciebie. I twoich rodziców.
- Ale co się dokładnie stało? Moi rodzice… dlaczego uciekli?
- Sam tego do końca nie łapię, Leo. Dla mnie ta cała sprawa jest totalnie pokręcona. Pamiętam głównie to, że twoja mama w pewnym momencie pokłóciła się z królową, a jakiś czas później… po prostu zniknęli. Nie zostawili listu, nic. Nie było żadnych śladów, które mogłyby nas naprowadzić na jakikolwiek trop. Spakowali część rzeczy i… puf.
- A królowa coś mówiła na ten temat?
- Z tego co mi napomknął kiedyś Ligolis, to sama była zdezorientowana. Właściwie nie do końca wie, o co pokłóciła się z siostrą.
Zmarszczyłem brwi.
- Jak może tego nie wiedzieć?
Mono uniósł dłonie w obronnym geście.
- Mnie nie pytaj.
- A podobno przyszedłeś tu, by odpowiadać na moje pytania – zauważyłem kąśliwie.
- Ale na te, na które znam odpowiedź – odparł Mono.
- Tak? A więc co dziś jadłeś na śniadanie?
- Owsiankę.
- Bardzo pożywnie.
- I smacznie. Była tak dobra, jak u mamy. A, czekaj. Bo zrobiła mi ją moja mama.
- Twoja mama tu jest? – zdziwiłem się.
Mono pokiwał głową.
- I owszem, wrócili z tatą na czas urodzin. Dziś wieczorem ci ich przedstawię. Są bardzo sympatyczni.
- W to nie wątpię. – Uśmiechnąłem się.
- Zresztą, dużo osób dziś poznasz. Na przykład Siliorna, przyjaciela władców. Oraz innych, tych spokrewnionych i tych nie.
Na te słowa mina mi zrzedła.
- Muszę?
Mono roześmiał się.
- Tak, synu, musisz.
Spiorunowałem go wzrokiem.
- No co? Zabrzmiałeś jak dziecko, więc ci odpowiedziałem jak należy.
Westchnąłem.
- Byłbyś beznadziejnym rodzicem. I przestań wyżerać mi ciastka.
Mono zrobił minę niewiniątka i otarł okruszki z ust.
- Jakie ciastka? To tu są jakieś ciastka?
- No właśnie już nie ma, idioto, bo wszystkie zeżarłeś.
- Więc czym ty się martwić? Przecież już ci ich nie zjem.
Spiorunowałem go wzrokiem, lecz on mnie zignorował. Wstał, ziewnął i przeciągnął się.
- No, to ja już pójdę. Muszę się jeszcze przygotować.
Uniosłem brwi.
- Przygotować? Czyli?
- Ah, no wiesz. Przypudrować nosek, te sprawy.
Parsknąłem śmiechem.
- A no przecież.
Mono posłał mi uśmiech i ruszył do drzwi.
- A gdzież zniknęli nasi bracia? – spytałem, gdy już trzymał rękę na klamce.
Elf odwrócił się w moją stronę i odrzekł:
- Przeżywają istne katusze.
Gdy uniosłem brwi w niemym pytaniu, dodał:
- Musieli dać się służącym uszykować do przyjęcia.
Zaśmiałem się, a Mono wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Zamyślony opadłem na kanapę. Dziwnie się ostatnio czułem. Jakby całe moje wcześniejsze życie nie istniało. Nie wiedziałem co było prawdą, a co nie. Postacie moich rodziców, wyłaniające się z opowieści elfów, wyglądały zupełnie inaczej niż te, zapamiętane przeze mnie z dzieciństwa. Nie wiedziałem już, które były prawdziwe. Potrząsnąłem głową. Takie rozważania nic mi nie da…
Poczułem taki ucisk w klatce piersiowej, że nawet nie dokończyłem myśli. Krzyknąłem, skuliłem się z bólu i upadłem na ziemię. Atak był jednorazowy, ale tak potężny, że jeszcze chwilę leżałem na ziemi. Potem wstałem i, z odrobinę zamglonym wzrokiem, ruszyłem ku drzwiom. Musiałem udać się do króla, chociaż nie wiedziałem czy w obecnej sytuacji mi się to uda.
Idąc, odzyskiwałem powoli siły, więc wchodzenie po schodach szło mi już całkiem sprawnie. U ich szczytu napotkałem strażników.
- Mógłbym zobaczyć się z królem?
- Przykro mi, ale to niemożliwe.
- To bardzo ważne – spróbowałem.
- Każdy tak mówi – odparł strażnik.
Westchnąłem i już miałem zrezygnować, gdy usłyszałem głos:
- Coś się stało, Leo?
Podniosłem wzrok i ujrzałem królową, idącą w naszą stronę.
- Pani. – Ukłoniłem się lekko. – Chciałbym porozmawiać z królem. Czy to możliwe?
- Chodź ze mną – odparła królowa i zeszła po schodach. Ruszyłem za nią.
- O czym chciałeś z nim porozmawiać? – spytała po chwili milczenia.
- Niedawno odczułem mocny ból w klatce piersiowej. Król prosił mnie, bym go informował o każdym objawie.
Królowa zmarszczyła brwi.
- To naprawdę niedobrze – mruknęła.
„No co wasza wysokość nie powie” – pomyślałem, lecz nie powiedziałem tego na głos.
- Król ma teraz sporo spraw na głowie, ale jeśli mi się uda to załatwię ci chwilkę na rozmowę z nim.
Podziękowałem skinieniem głowy i układałem to, co powiem królowi. Nawet nie zauważyłem, gdy dotarliśmy pod drzwi sali balowej.
- Morilianor! – zawołała królowa, a jej mąż przerwał rozmowę z jakimś mężczyzną i podszedł do nas.
- Co się stało Apolilise?
- Leo ma do ciebie sprawę.
Spojrzenia pary królewskiej spoczęły na mnie, a ja przełknąłem ślinę i powiedziałem, plącząc się:
- Jakiś czas temu odczułem mocny ucisk w klatce piersiowej i uznałem, że powinienem ci o tym powiedzieć, panie.
- Jak mocny?
- Bardzo mocny.
Król milczał chwilę i w zamyśleniu kiwał głową.
- Dobrze, dziękuję – odparł i odszedł.
Stałem chwilę zdezorientowany i zestresowany, aż królowa dotknęła mojego ramienia i gestem zachęciła mnie, bym za nią podążył. Uśmiechnąłem się z wdzięcznością, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną.
Przez chwilę biłem się z myślami, po czym niepewnie zapytałem:
- Pani… czy… mogę o coś zapytać?
Królowa spojrzała na mnie bystrym wzrokiem i skinęła głową.
- Czy… – Odchrząknąłem nerwowo. – Czy pamiętasz o co się pokłóciłaś z moją matką?
Władczyni przystanęła, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.
- Wiedziałam, że o nią zapytasz. – Westchnęła. – Widzisz Leo, to dosyć skomplikowane. Pamiętam, że nasze relacje w pewnym momencie się oziębiły, choć zawsze miałyśmy ze sobą bardzo dobry kontakt. Kilka dni później pokłóciłyśmy się. Nie jestem pewna o co nam poszło. Mam… mam wrażenie, że ona… podtrzymywała tę kłótnię. Jakby… jakby chciała, byśmy się kłóciły. – Królowa westchnęła i uniosła dłoń do czoła. – Już nie wiem co jest prawdą, a co tylko wymysłem mojej pamięci. Może chcę tak myśleć, by jak najmniej mojej winy było w jej odejściu? Sama nie wiem, Leo. W każdym razie – spojrzała na mnie, a ja ujrzałem, niegdyś głęboko skrywany, ból w jej oczach. – nie myśl o tym, Leo. Bo tutaj i tak nie uzyskasz odpowiedzi.
Po tych słowach odeszła, a ja westchnąłem i w zamyśleniu wróciłem do komnaty. Usiadłem na kanapie i tępo wpatrując się przed siebie, czekałem na rozpoczęcie przyjęcia.

1 komentarz: