Alleluja!
Chrystus zmartwychwstał, prawdziwie zmartwychwstał!
Życzę Wam kochani radości w zmartwychwstałym Jezusie i byście te święta spędzili w gronie rodzinnym.
Wesołych świąt!
sobota, 31 marca 2018
środa, 28 lutego 2018
Nijaki post
Cześć Wam!
Żyjecie?
Ja ledwo. Jest strasznie zimno i mam nawał wszystkiego.
Mam nadzieję, że Wy trzymacie się lepiej niż ja.
Ale za dwa miesiące do Was wracam!
Życzcie mi powodzenia.
Pozdrawiam!
Żyjecie?
Ja ledwo. Jest strasznie zimno i mam nawał wszystkiego.
Mam nadzieję, że Wy trzymacie się lepiej niż ja.
Ale za dwa miesiące do Was wracam!
Życzcie mi powodzenia.
Pozdrawiam!
niedziela, 28 stycznia 2018
Wyjaśnienie nikłej obecności
Cześć kochani!
Do maja (czyli do matury) będę się mało odzywać (bo matura), ale potem planuję poważną reaktywację!
Trzymajcie się!
Do maja (czyli do matury) będę się mało odzywać (bo matura), ale potem planuję poważną reaktywację!
Trzymajcie się!
niedziela, 31 grudnia 2017
Dobrego nowego roku!
Kochani!
Wszystkiego NAJlepszego w Nowym Roku!
Żeby był lepszy od poprzedniego, obfitował w nowe doświadczenia, spełnione marzenia i niezapomniane chwile. Żebyście otaczali się samymi cudownymi ludźmi, chodzili tylko w fantastyczne miejsca oraz nie pozwolili innym zrujnować Waszych planów. Żebyście cieszyli się każdą chwilą i nie zapominali co i kto jest w Waszym życiu najważniejsze.
Szczęśliwego Nowego 2018 roku!
Życzy Jess
Wszystkiego NAJlepszego w Nowym Roku!
Żeby był lepszy od poprzedniego, obfitował w nowe doświadczenia, spełnione marzenia i niezapomniane chwile. Żebyście otaczali się samymi cudownymi ludźmi, chodzili tylko w fantastyczne miejsca oraz nie pozwolili innym zrujnować Waszych planów. Żebyście cieszyli się każdą chwilą i nie zapominali co i kto jest w Waszym życiu najważniejsze.
Szczęśliwego Nowego 2018 roku!
Życzy Jess
czwartek, 30 listopada 2017
Elf 30
Nazajutrz król podał mi pierwszą dawkę odtrutki. Była gorzka
i miała posmak przejrzałych jagód, ale od razu poczułem się lepiej. Myślę
jednak, że chodziło tu o komfort psychiczny – w końcu widziałem przed sobą
perspektywę wyzdrowienia. A to mnie uspokajało.
Radość z polepszającej się sytuacji nie trwała jednak długo
– dwa dni później, gdy zażywałem kolejną porcję odtrutki, do gabinetu
uzdrowicielskiego króla wszedł Ligolis, słaniający się na nogach. Mówił, że
bolą go stawy i ciężko mu się oddycha. Przed utratą przytomności wyjąkał coś
jeszcze o Xalicie i truciźnie. Król natychmiast się nim zajął i wybuchło lekkie
zamieszanie w związku z zasłabnięciem księcia. Ligolisa położono w łóżku i
czekano, aż się ocknie. Gdy przyszedłem do komnaty braci, zastałem Haldira
siedzącego w fotelu z książką w ręku, jednak wzrok miał utkwiony w jednym punkcie.
Otrząsnął się dopiero, gdy pomachałem mu ręką przed twarzą.
– Obudził się? – spytałem.
– Nie wiem – odparł książę. – Ale pójdę sprawdzić.
Okazało się, że Ligolis nadal był nieprzytomny. Jego brat
jednak zamiast wrócić na fotel, usiadł na swoim łóżku i tępo patrzył na śpiącego.
Przysunąwszy sobie krzesło, również zacząłem wpatrywać się w poszkodowanego.
Po kilku minutach powieki Ligolisa zatrzepotały, a on sam
rozejrzał się niemrawo po pomieszczeniu.
– Ligolis – odetchnął z ulgą Haldir.
Elf spojrzał na brata, a potem
na mnie. Wziął głęboki, lecz urywany oddech i chciał się podnieść, lecz syknął
z bólu.
– Ligolis – przestraszył się jego brat i już po chwili
siedział na jego łóżku. – Co się stało?
– X-Xalit…
– Widziałeś go?
Młodszy książę pokiwał wolno głową, a na jego czole
dostrzegłem pot.
– On…
– Otruł cię?
– Ja… nie wiem – Ligolis zamilkł, zamknął oczy i przez długi
czas się nie odzywał, a Haldir i ja wymieniliśmy zaniepokojone spojrzenia.
– Widziałeś go tutaj? – spytałem po chwili milczenia.
Młodszy książę spojrzał na mnie i przytaknął.
– Jest tu. W Whitemount.
Haldir zbladł, a gdy się odezwał, jego głos drżał.
– Co ci zrobił?
– Ch-chyba… otruł. Ale… nie wiem jak.
– Więc co się
stało?
Ligolis przygryzł wargę,
przymknął oczy i uniósł drżącą rękę do czoła.
– Xalit… Szedłem ścieżką… w ogrodach… Obróciłem się… on tam
stał… coś mówił… po-popchnął mnie i… ja poczułem takie… uczucie… dziwne…
Upadłem i… On zniknął… Ja byłem… poczułem… dy-dyskomfort…
Cała ta historia wyraźnie wykończyła księcia, bo zamknął
oczy i opadł na poduszkę. Ciężko oddychał, a jego twarz co chwila wykrzywiał
grymas bólu.
Spojrzałem na Haldira. Starszy z braci pokręcił lekko głową
i wskazał na drzwi. Wyszliśmy.
– Co z nim będzie? – zapytałem cicho.
– Nie wiem – odparł Haldir. – Ale musimy być dobrej myśli.
Po tych słowach przywołał na usta mocno wymuszony uśmiech i
odprowadził mnie do drzwi.
***
Gdy kilka dni później przyszedłem odwiedzić Ligolisa, jego
brata nie było. Ostrożnie uchyliłem drzwi sypialni i zajrzałem do środka.
Książę leżał na prawym boku i ciężko oddychał. Nie wyglądał najlepiej.
Podszedłem bliżej i usiadłem na łóżku Haldira. W tym
momencie Ligolis otworzył oczy, lecz patrzył na mnie niewidzącym wzrokiem.
Zaczął się trząść i mamrotać niezrozumiałe słowa. Nagle gwałtownie się podniósł
i rozejrzał wkoło. Co rusz powtarzał czyjeś imiona, które po chwili przerodziły
się z powrotem w bełkot. Po kilku minutach opadł na poduszki i znieruchomiał.
Przez cały czas siedziałem jak sparaliżowany i nie
wiedziałem co robić. Wzywać pomocy? Spróbować z nim porozmawiać? Wszystkie
możliwości, które przychodziły mi do głowy, odrzucałem. Gdy tak patrzyłem na
śpiącego Ligolisa, zastanawiając się, co począć, usłyszałem kroki. Po chwili
drzwi do sypialni otworzyły się i ujrzałem w nich Haldira.
– Leo, co tu robisz?
Wzruszyłem ramionami.
– Przyszedłem odwiedzić Ligolisa. Ale zaczął majaczyć,
lunatykować czy jak to tam nazwać. I w sumie nie miałem pojęcia jak zareagować,
więc po prostu… siedziałem. – Po ostatnim słowie ze wstydu spuściłem głowę.
– Tak, ostatnio ma nocne mary, to jeden z objawów – odparł
Haldir. – Zaraz ojciec tu będzie, Ligolis musi wypić balsam.
Zmarszczyłem brwi.
– Wypić balsam? To balsamy się pije?
– Takie jak ten? Tak – powiedział król, który nie wiadomo
kiedy wszedł do sypialni z miską wypełnioną białą mazią. Serce podskoczyło mi
do gardła. – Obudź go – rzekł do Haldira.
Haldir delikatnie ocucił brata, a następnie pomógł mu
podnieść się do pozycji siedzącej. Władca przyłożył młodszemu synowi miskę do
ust, by ten powoli wypił jej zawartość. Po kilku minutach niespokojnego
przewracania się z boku na bok, zasnął, a Haldir dał mi znak, byśmy opuścili pomieszczenie.
Wyszliśmy przez pokój na korytarz i ruszyliśmy w dół
korytarza.
– Co z nim będzie? – spytałem.
– Ojciec zna przepis na odtrutkę, ale żeby ją przyrządzić
potrzebny jest tydzień. Dlatego na razie podaje mu balsamy, które w choć małych
stopniu złagodzą objawy i przystopują ich postępowanie.
– Czyli będzie żył? – zapytałem z lekkim uśmiechem.
Haldir skinął głową, a kąciki jego ust delikatnie się
uniosły.
Nagle zza zakrętu wyłonił się Mono.
– O, witajcie.
– Witaj Mono, gdzież tak pędzisz? – spytał książę.
Elf machnął ręką.
– A, do siebie. Widzisz nie czuję się za dobrze, także
postanowiłem, że najlepiej będzie jak się położę, lecz przypomniałem sobie, iż
muszę przedtem załatwić jeszcze jedną sprawę, dlatego zaraz z powrotem idę na
zewnątrz, by ową sprawę załatwić, także…
– Hola, hola, Mono, przystopuj – Haldir uniósł obie dłonie
do góry. Mężczyzna zamilkł.
– Po co opowiadasz nam to wszystko? – spytałem zdumiony.
Elf potrząsnął głową.
– Wcale nie chcę. Ale to silniejsze ode mnie.
– Jak to?
– Zaraz, zaraz – wtrącił się Haldir. – Czy ty przypadkiem
nie jesteś pod wpływem serum prawdy?
Mono wzruszył ramionami.
– Najwyraźniej. Nie mam pojęcia skąd się wzięło, ale nie
przejmowałbym się tym. Z pewnością to tylko przypadek…
– Ale ja nadal nie rozumiem, o co tu chodzi – stwierdziłem.
– Widzisz, Leo, gdy ktoś jest pod wpływem serum prawdy nie
tylko nie potrafi kłamać, ale ma przymus do powiedzenia prawdy, nawet gdy tego
nie chce. Zazwyczaj mówi również więcej niż go pytają bądź sam z siebie zaczyna
się rozgadywać.
– Jak ty? – Uśmiechnąłem się.
– Jak ja – odparł Mono.
– Ale naprawdę nie masz pojęcia skąd je wziąłeś?
– Najmniejszego. Ale nie martw się Haldirze, jestem pewien,
że nie ma się czym martwić. No bo czym? A teraz wybaczcie, pójdę już i uwolnię
was od mojej bezsensownej paplaniny. Do zobaczenia! – zawołał i odszedł.
– Podejrzane – skomentował Haldir.
– Nawet mnie się takie wydało – poparłem go.
– Trzeba go mieć na oku – stwierdził książę, po czym
ruszyliśmy z powrotem korytarzem.
***
Mono szedł niemalże opustoszałym
dziedzińcem, by potem skręcić w boczną uliczkę. O dziwo na nic nie wpadał,
chociaż nie patrzył na drogę, ponieważ wzrok miał utkwiony w pergaminie, który
trzymał w ręku. W pewnym momencie poczuł ukłucie chłodu, a jego żołądek ścisnął
się z niepokoju. Mono zatrzymał się. Usłyszał czyjeś kroki za sobą i powoli
obrócił się, by spojrzeć w twarz, którą najmniej pragnął w tej chwili zobaczyć.
Mężczyzna zbliżał się do niego, a elf stał jak sparaliżowany i nie dał rady
wykonać żadnego ruchu.
– Witaj Mono – rzekł przybysz.
– Xalit – warknął błękitnooki. –
Co zrobiłeś Ligolisowi?
Mroczny Elf zaśmiał się.
– A co, nie odkryliście jeszcze?
Jestem pewien, że król już dawno to rozgryzł. A jeśli nie – rozłożył szeroko
ręce – to już wasz problem.
Mono zacisnął dłonie w pięści,
gniotąc przy okazji pergamin.
– Czego chcesz?
– Och, nic takiego. – W oczach
mężczyzny pojawił się niebezpieczny błysk. – Powiedz mi tylko proszę, gdzie
jest Zwój Alamsila?
– Jest w zamku w... – Mono, gdy
uświadomił sobie co zamierza powiedzieć, zasłonił usta i zgiął się w pół, by
powstrzymać potok słów. Usłyszał szyderczy śmiech Xalita.
– No dalej, Mono. Powiedz mi,
gdzie jest ten Zwój.
Elf mocniej przycisnął dłonie do
twarzy i z całych sił próbował powstrzymać się przed odpowiedzeniem na to
pytanie.
– To ty podałeś mi serum –
wydusił po chwili.
– Oczywiście. W końcu inaczej
nie odpowiedziałbyś poprawnie na moje pytanie. A więc jeszcze raz: gdzie jest
Zwój Alamsila?
Gdy znów o mały włos Mono nie
zdradził pilnie strzeżonej tajemnicy, zdecydował się na desperacki krok.
Szybkim ruchem wyciągnął sztylet i wbił go sobie głęboko w brzuch. Z jękiem
upadł na kolana, a bruk wokół niego zabarwił się na czerwono.
Xalit przyglądał się temu ze
stoickim spokojem.
– Cóż, nadal możesz mówić. Więc
powiedz mi, gdzie jest ukryty Zwój Alamsila.
– Jest ukryty w zam… po… Nie! –
Mono skulił się i ściskając za gardło, uświadomił sobie, że jego wróg miał
rację. Mimo rany na brzuchu, z której cały czas sączyła się krew, nadal mógł
mówić. Pozostawała tylko jedna opcja.
Elf ścisnął rękojeść sztyletu i
uniósł wzrok na Xalita.
– Nigdy nie zdobędziesz tego
Zwoju – warknął, a następnie podciął sobie gardło i legł bezwładnie w kałuży
własnej krwi.
Mroczny Elf prychnął. Chwilę
jeszcze patrzył na leżące bez ruchu ciało, po czym odwrócił się na pięcie i
odszedł.
***
Biegłem co sił w nogach, a Ozzy
był tuż za mną. Gdy dobiegłem pod drzwi gabinetu, ledwo dałem radę oddychać.
Haldir podszedł do nas.
– Co… z… nim? – wydyszałem.
– Żyje. – Po tym jednym słowie
Ozzy i ja odetchnęliśmy z ulgą. – Ale nie wiem co z nim będzie.
– Ale co się stało? – spytał mój
przyjaciel.
Haldir pokręcił głową.
– Nie wiemy. Strażnik znalazł go
w jednej z uliczek niedaleko dziedzińca, nieprzytomnego i całego we krwi. Miał
ranę na brzuchu i poderżnięte gardło, a... – Haldir przełknął ślinę. – A w ręku
sztylet – zakończył głucho.
Ozzy i ja otworzyliśmy szeroko
oczy.
– Chcesz powiedzieć – zacząłem
powoli. – Że sam sobie to zrobił?
– Nie – rzekł ostro Haldir. – Na
pewno nie. Mono nigdy nie posunąłby się do czegoś takiego.
Nie byłem tego, aż tak pewny,
jednak nie chciałem wdawać się w niepotrzebną dyskusję. Wolałem zachować to dla
siebie.
Rozejrzałem się wokół. Stało
tutaj kilka osób, głównie strażników. Jednak nigdzie nie widziałem Colleen ani
Constantina, co wydawało mi się dość dziwne.
– A gdzie jego rodzice? –
spytałem w końcu.
Haldir spojrzał na mnie.
– U mojej mamy – odparł. – Źle
to znieśli.
– Nie dziwię się im – mruknął
Ozzy, a ja musiałem przyznać mu rację.
– A Ligolis wie?
Starszy książę pokręcił głową.
– Nie mam serca teraz mu tego
powiedzieć. Nikt nie ma. Chyba, że wy chcecie – dodał po chwili z kpiącym
uśmieszkiem na twarzy.
– Przypomniało mi się, że muszę
obiad w domu ugotować – odparł Ozzy.
– Ja chyba zostawiłem konia na
dziedzińcu – dodałem.
Haldir zaśmiał się krótko, lecz
zaraz z powrotem spoważniał.
– Może faktycznie idźcie do siebie.
Nie ma sensu tu stać.
– Ale ty, zgaduję, zamierzasz
zostać? – Wyrwało mi się.
– Może.
Postanowiłem nie drążyć już
tematu i razem z Ozzy’ym odeszliśmy stamtąd.
***
– Nie jesteś zły?
Ligolis spojrzał na mnie ze
zdziwieniem.
– A za co mam być zły?
Wzruszyłem ramionami.
– Może nie chciałeś wiedzieć.
Lepiej byś spał, gdybyś nie wiedział.
– Bzdura. Będę sypiał tak samo
źle. Nocne mary, zasłabnięcia, bóle stawów, problemy z oddychaniem. Nie
przejmuj się, kolejne nieszczęście do kolekcji szczególnie dużej różnicy nie
zrobi.
Skrzywiłem się.
– Nie mów tak. Jestem pewien, że
wyzdrowiejesz.
– Och, ależ wyzdrowieję, tylko,
jak widać, za późno.
– Chyba nie myślisz, że byłbyś w
stanie mu wtedy pomóc?
Ligolis nieznacznie wzruszył
ramionami.
– Kto wie. Teraz na pewno się nie
dowiemy.
– No właśnie, dlatego lepiej
przestań myśleć tym torem – rzekłem twardo.
Książę spojrzał na mnie, zaśmiał
się lekko i położył mi dłoń na ramieniu. Słabą dłoń.
– Dobrze, Leo. Obiecuję, że
postaram się być jak najbardziej optymistycznie nastawiony do życia.
– Czyli wcale? – burknąłem,
odwracając wzrok.
– Tego bym nie powiedział.
Rzekłbym raczej, że bardzo mało.
Westchnąłem smutno.
– Mam tylko nadzieję, że Haldir
nie będzie zły, że ci powiedziałem – mruknąłem.
– Wątpię. Jak rozumiem po prostu
nie miał serca mi tego oznajmiać. To nie tak, że nie chciał, żebym wiedział.
– Tak, pewnie masz rację.
Na kilka minut zapadło
milczenie.
– Ligolis?
– Tak?
– Masz jakieś przeczucia, co do
przyszłości?
– Mam.
– Jakie?
Ligolis spojrzał mi prosto w
oczy.
– Lepiej, żebyś nie wiedział.
***
Zawsze myślałem, że nieszczęścia
chodzą parami. Jednak na własnej skórze, można by rzec, doświadczyłem, że to
nieprawda. One chodzą stadami.
Gdy ujrzałem wracający patrol,
od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Nie dość, że elfów było stanowczo
mniej, to jeszcze zastanowiła mnie inna rzecz. Skoro patrolem dowodził Haldir,
to dlaczego on nie wracał?
Gdy elfy podeszły bliżej,
ujrzałem ich rany. W większości wyglądały na naprawdę poważne. Patrol wzbudził
ciekawość wśród ludności, która teraz przepychała się między sobą, by przyjrzeć
się im z bliska. Jednak oni zdecydowanie szli przed siebie, by w końcu
uzdrowiciele, którzy niespodziewanie pojawili się na placu, mogli się nimi zająć.
Jednak jeden z elfów wywinął się i wszedł do zamku. Podążyłem za nim.
Elf kierował się w stronę
komnaty króla. Strażnicy bez problemu go przepuścili, a ja prześliznąłem się
obok niego i cicho usiadłem na dywanie, tuż obok kanapy, na której siedzieli
rodzice Mono. Królowa był w pomieszczeniu obok, a król siedział na swoim
zwyczajowym miejscu.
Wejście elfa wywołało wielkie
zdumienie.
– Tanielu, co się stało? –
zapytał władca.
– Panie mój – wydyszał elf. –
Ja… wybacz mi, że zawiodłem.
– Tanielu, mów co się stało.
Mężczyzna zwiesił głowę i
wypowiedział cztery straszne słowa. Cztery słowa, po których mój chwiejący się
dotąd, niedawno zbudowany, świat, ostatecznie runął.
– Twój syn został porwany.
W komnacie rozległ się huk.
Dzbanek z wodą, który niosła
królowa, rozbił się w drobny mak, a ciecz rozlała wokół.
Przez moment wszystko jakby się
zatrzymało. Wydawało się, że nawet drobinki kurzu znieruchomiały.
Gdy król przemówił, był cały
blady i drżały mu wargi.
– Jak to się stało?
– Byliśmy na patrolu. Goniliśmy
grupę morduków, co okazało się być pułapką. Były ich dziesiątki, panie. W
dwudziestkę nie mieliśmy szans. Książę dzielnie walczył, lecz gdy napadło go
dziesięciu przeciwników, był bezsilny. Napływające ilości morduków zmusiły nas
do ucieczki. Zostało nas siedmiu.
Po jego słowach zapadło
milczenie. Każdy przetwarzał te informacje we własnym sercu.
– Idź do uzdrowiciela, Tanielu –
rzekł po dłuższej chwili król.
– Tak jest, mój panie. – Elf
skłonił się i wyszedł.
Gdy tylko zamknęły się za nim
drzwi, królowa ze szlochem upadła na kolana, zakrywając twarz dłońmi. Colleen
przyklękła przy niej i mocno ją objęła. Mężczyźni trwali nieruchomo, tak samo
jak ja. Po chwili, która wydawała się wiecznością, władca walnął pięścią w
blat, aż stos papierów na nim niebezpiecznie się zatrząsnął.
– Tego już za wiele – warknął. –
Jeśli Xalit myśli, że może tak sobie z nami pogrywać, to się grubo myli.
Constantinie – zbieraj armię. Niedługo wyruszamy.
– Ale panie to chyba nierozsądne
– odważyłem się odezwać. – Co jeśli on tego właśnie chce? Co jeśli to pułapka?
– Nie obchodzi mnie to. A ty się
w to nie wtrącaj, Leonardzie. To nie jest sprawa dla ciebie – to nie są
dziecinne ćwiczenia, tu się waży ludzkie życie. Radzę ci trzymać się od tego z
daleka. – Po czym razem z Constantinem opuścili komnatę.
A ja już wiedziałem, co
powinienem zrobić. I z pewnością nie było to tym, czego oczekiwał król.
wtorek, 31 października 2017
Elf 29
Gdy
wracając ze spotkania z Ozzy’ym, szedłem do swojej komnaty, usłyszałem
podniesione głosy niedaleko. Zaintrygowany, skręciłem w inny korytarz, a moim
oczom ukazali się bracia. Gdy się pojawiłem w ich polu widzenia, natychmiast
przybrali pozornie normalne pozy, a na usta przykleili sztuczne uśmiechy.
– Leo!
Co tu robisz? – spytał Haldir.
– Wy
się kłócicie? – spytałem, zakładając ręce na piersi.
– My?
Skąd – odparł Ligolis, przeciągając ostatnią sylabę.
–
Oczywiście, że nie – westchnąłem.
– Leo,
nie masz czegoś do roboty? – spytał Haldir. – Myślę, że powinieneś poszukać
czegoś u siebie.
–
Oczywiście – odparłem z przekąsem.
Odwróciłem
się na pięcie i skręciłem za róg. Gdy znów doszły do mnie głosy książąt,
wróciłem.
– Wcale
się nie kłócicie.
Bracia
przerwali i spojrzeli na mnie z niezdecydowaniem.
–
Widzę, że nie zamierasz stąd pójść. – Westchnął Haldir. – Więc proszę cię o
jedno, Leo. Nie wtrącaj się. – Po tych słowach bracia zupełnie przestali się
przejmować moją obecnością i powrócili do kłótni.
– Chyba
nie myślisz tak na poważnie! – krzyknął Haldir, wskazując na brata. – Przecież
dobrze wiesz, że gadasz bzdury.
–
Oczywiście – warknął Ligolis. – Ja zawsze gadam bzdury. Według ludu, według
ojca i według ciebie.
–
Widzisz! I właśnie o tym mówiłem. Ty zawsze robisz z siebie ofiarę! I wcale ci
nie zależy, żeby to zmienić! Po prostu chcesz, by wszystko kręciło się wokół
ciebie!
–
Wiesz, gdzie jest luka w twojej teorii? Mną nigdy się nikt nie interesował!
– Tak,
i to wcale nie jest dziwne!
Wciągnąłem
powietrze i obserwowałem dalszy przebieg wydarzeń.
Ligolis
zamilkł i patrzył morderczym wzrokiem na rozmówcę. Po chwili postąpił krok
naprzód.
–
Przynajmniej pozostałem sobą i nie stałem się marionetką ojca jak ty – wysyczał
bratu prosto w twarz.
Haldir
wyprostował się gwałtownie i odsunął.
–
Widzę, że nie odróżniasz obowiązków księcia od rozkazów, drogi bracie. Ale to
nie dziwne. Zawsze byłeś niedoedukowany.
– Hm, pomyślmy. Może dlatego, że nigdy tej edukacji nie
otrzymałem.
–
Wszyscy i tak wiedzieli, że to zbędne wysiłki – odparł Haldir z fałszywym
uśmiechem na twarzy.
Zaczynałem
coraz bardziej się bać o rozwój wypadków.
– Ach,
to dlatego jesteś taki ograniczony? Wszyscy wiedzieli jak mało pojemny jest
twój mózg, więc wypełnili go bzdurami, by nie zostało miejsca na coś
pożytecznego, tak?
–
Wydaje ci się, że jesteś zabawny, bo nie wiem?
– Nic
dziwnego, drogi bracie, u ciebie to naturalny stan.
– Mam
ciebie oficjalnie dość! – warknął Haldir. – Zawsze tylko zawadzałeś i zupełnie
nie wiem, co tu nadal robisz.
– Ah,
ja? – Ligolis teatralnie wskazał na siebie. – Ja tylko przyglądam się jak
tracisz swoją wartość, będąc tak podporządkowanym ojcu.
–
Wydaje ci się, że wszystko ci wolno, tak? Otóż nie, drogi bracie. Mało trzeba,
by na mój rozkaz zamknęli się w lochu.
– Czy
ty mi grozisz, przepraszam bardzo? Własnego brata zamknąłbyś w celi?
–
Wolałbym nie mieć brata niż mieć ciebie za brata.
Otworzyłem
szeroko oczy i z niedowierzaniem obserwowałem dalszy ciąg kłótni.
Ligolis
zaczął się śmiać.
– O jak
mi ciebie szkoda. Niestety nie masz wyboru, drogi bracie – rzekł, kładąc nacisk
na dwa ostatnie słowa.
– Nie
mam? – Haldir zaśmiał się, lecz w tym śmiechu nie było ani krzty wesołości.
Spojrzał na rozmówcę, a ja ujrzałem niebezpieczny błysk w jego oczach, który
mnie przeraził. – Uwierz mi, że niewiele trzeba, byś opuścił ten świat.
Ligolis
rozłożył ręce, jakby odsłaniając się.
–
Śmiało. Zabij mnie, a wyświadczysz mi przysługę. Wiesz dlaczego? Bo ty wtedy
też zginiesz! Nie mów, że zapomniałeś! – Śmiech Ligolisa przyprawił mnie o
ciarki. – Mamy więź, drogi bracie. Na tyle rozwiniętą, że jeśli zginie jeden z
nas, zginie i drugi.
– A ty
co, przewidziałeś to? Nie mamy pewności, idioto! Zresztą, przecież i tak jesteś
kiepskim jasnowidzem.
Ligolis
prychnął.
– Ja?
Kiepskim jasnowidzem? Niby dlaczego?
– Czy
nie powinieneś przewidzieć porwania Pauline?
Gdy
tylko padło imię mojej siostry, zacząłem przysłuchiwać się tej kłótni jeszcze
dokładniej niż przedtem.
–
Przewidziałem, gdzie będzie później, a to zawsze coś!
–
Oczywiście, przewidziałeś, gdzie będzie po porwaniu, ale samego porwania nie
przewidziałeś. Albo może przewidziałeś, ale nie chciałeś temu zapobiec, by
potem wyszło na twoje, co?
– O co
ty mnie oskarżasz! – zdenerwował się Ligolis. – Nie jestem taki jak ty!
Gdy
sens ich kłótni do mnie dotarł, moje serce się zatrzymało.
– Stop!
– krzyknąłem, a bracia natychmiast ucichli. Na ich twarze wkradło się
przerażenie, gdy zrozumieli, co usłyszałem.
– Wy…
wy… – wykrztusiłem. – Wy wiedzieliście o Pauline?! Wiedzieliście, że coś jej
się stanie?! Jak… Jak mogliście mi nie powiedzieć?! – wrzasnąłem.
– Leo,
my… – zaczął Ligolis, lecz nie dałem mu dokończyć.
– Wy… wy… kanalie! – wrzasnąłem i obróciwszy się na pięcie,
odbiegłem.
W oczach miałem łzy. Słyszałem za sobą ich krzyki, ale tylko
gnałem przed siebie, nawet nie patrząc na drogę. I właśnie to mnie zgubiło, bo
zbiegając po schodach, wpadłem z impetem na królową, zwalając nas oboje na
ziemię.
– Pani, przepraszam najmocniej! – wykrzyknąłem, dopadając do
niej. – Coś ci się stało? Wybacz mi pani, to było niechcący! – spanikowałem.
Kobieta rozmasowywała sobie żebra.
– Nic nie szkodzi, Leo. Zdarza się.
– Wybacz mi, pani – szepnąłem.
– Wszystko w porządku, skarbie. – Uśmiechnęła się. – Ale
dlaczego tak biegłeś?
Spuściłem głowę i odwróciłem wzrok.
– Hej, co się dzieje? – Władczyni dotknęła mojego policzka,
zmuszając mnie, bym na nią spojrzał.
Westchnąwszy, opowiedziałem jej sytuację sprzed chwili.
Królowa przytuliła mnie.
– Przykro mi, Leo. Porozmawiam sobie dziś z nimi. A teraz
chodź ze mną.
Wstaliśmy z ziemi i udaliśmy się do komnaty króla. Kobieta
posadziła mnie na kanapie, po czym zaczęła żywo dyskutować o czymś z mężem w
sąsiednim pomieszczeniu. Następnie wyszła z gabinetu, a władca usiadł za biurkiem
i zaczął coś pisać. Nie bardzo wiedziałem, co mam teraz robić. Przez chwilę
było słychać tylko chrobot pióra.
– Jak król odkrył, co to za trucizna? – spytałem.
Monarcha przerwał pisanie i podniósł na mnie wzrok.
– Rana na kostce – odparł. – Jest tylko jedna trucizna,
która powoduje takie rzeczy. W przypadku zwykłym znachorów po takim odkryciu
jest już za późno i zazwyczaj nie udaje im się uratować pacjentów. Jednak ja to
potrafię. Umiem sporządzić właściwą odtrutkę, nawet na najbardziej rozwinięte
stadium. Więc nie martw się, Leonardzie. Za kilka dni będziesz zdrów jak ryba.
Kiwnąłem głową w podzięce, a król wrócił do pisania. Po
chwili drzwi się otworzyły i energicznie wkroczyła przez nie królowa. Za nią
weszli bracia.
– Widzę, że ich znalazłaś – stwierdził władca, nie podnosząc
wzroku.
– Zgadza się – odparła jego żona.
– Leo, posłuchaj mnie. To wszystko nie tak – zaczął Haldir.
– Oczywiście. Tylko wiedzieliście o mojej siostrze, ale nie,
po co o tym mówić!
– To nie do końca tak.
– Ale od początku – burknąłem.
Haldir westchnął.
– Leo, to naprawdę nie moja wina.
– Jasne, zwal na mnie – warknął Ligolis do brata, po czym
zwrócił się do mnie. – Mając wizję związaną z twoją siostrą nie miałem pojęcia,
że nią jest.
– Mogłeś się domyślić – mruknął Haldir, na co Ligolis
gwałtownie się do niego odwrócił.
– A ty niby byś się domyślił?!
– Ależ ja jestem tylko zwykłą marionetką. Ja nic sam nie
potrafię – odparł Haldir, a jego głos był tak przesiąknięty jadem, że
stwierdziłem, iż moje zdenerwowanie na nich jest jak ziarenko piasku stojące
obok nadzwyczaj dorodnej dyni w porównaniu do ich nienawiści wobec siebie.
– Nie da się ukryć – syknął Ligolis do brata, po czym
zwrócił się do mnie. – Leo, słuchaj. Ja naprawdę nie miałem pojęcia…
– Ale później już miałeś! Dlaczego mi nie powiedziałeś, że
wiesz, gdzie ona jest?! – W moich oczach pojawiły się łzy.
– Nie miałem pewności, Leo.
– Nic dziwnego – mruknął Haldir, a Ligolis walnął go łokciem
w brzuch. I to wcale nie był braterski kuksaniec.
– Przecież wiesz, że każda informacja o niej jest na wagę
złota. Więc dlaczego mi nie powiedziałeś?
– Mówię ci, że nie miałem pewności. Nie chciałem wprowadzać
zbędnego zamieszania i niedopowiedzeń.
Jeszcze zanim skończył mówić, wstałem i skierowałem się do
drzwi. Nie mogłem dłużej tego słuchać.
– Leo, czekaj! – Usłyszałem za sobą głosy, lecz się nie
zatrzymałem. Zamierzałem wrócić do siebie.
Gdy byłem już przy swojej komnacie, dogonił mnie Haldir.
– Leo, zaczekaj. – Haldir położył mi rękę na ramieniu.
Strząsnąłem ją i energicznie odwróciłem się do niego.
– Nie chcę słuchać żadnych tłumaczeń, ani za niego, ani za
ciebie. Jeśli chcecie się godzić ze mną, pogódźcie się najpierw ze sobą. Bo
pałając do siebie taką nienawiścią, niczego dobrego nie zdziałacie – to
powiedziawszy, obróciłem się na pięcie i wszedłem do komnaty, trzaskając
drzwiami. Udałem się do sypialni i rzuciłem się na łóżko. Zakryłem twarz
dłońmi.
– Pauline, wybacz mi – wyszeptałem.
*
Ligolis
stał oparty o drzewo z założonymi na piersi rękami i wpatrywał się w rozległy
ogród, rozciągający się przed nim. Rozmyślał już od dłuższego czasu, pozostając
w bezruchu. Ocknął się dopiero, gdy obok niego pojawił się jego brat.
– Mamy
przechlapane – rzekł z westchnieniem Haldir.
–
Oczywiście, że mamy, w końcu maczałeś w tym palce.
Haldir
wciągnął gwałtownie powietrze i obrócił się energicznie twarzą do brata.
–
Zawsze, gdy wina leży po twojej stronie, zwalasz ją na mnie, prawda?
–
Próbujesz się oczyścić czy jak? – Ligolis odsunął się od drzewa i podszedł do
brata. – Przecież to ty zacząłeś przy nim wątek Pauline. Nie zdziwiłbym się,
gdyby cię znienawidził. Zresztą dziwię się, że do tej pory tego nie zrobił.
Dla
Haldira miarka się przebrała – z całej siły walnął brata pięścią w szczękę.
Ligolis odleciał do tyłu i upadł z jękiem na ziemię.
–
Widzę, że nie najlepiej radzisz sobie z emocjami, drogi bracie – warknął,
wypluwając krew.
Podniósł
się z ziemi i, nim Haldir zdążył się zorientować w sytuacji, kopnął go w
brzuch. Starszy książę zgiął się w pół.
– Jeśli
myślisz, że jesteś lepszy to się grubo mylisz, braciszku – wysapał i się
zamachnął, lecz Ligolis złapał jego rękę, wykręcił i wywrócił brata na ziemię. Upadając, Haldir
złapał młodszego księcia za rękaw i pociągnął za sobą.
– Wiem,
że zawsze uważałeś, że jesteś lepszy, ale to nieprawda! – krzyknął Ligolis,
uderzając łokciem w szyję brata. Haldir stracił na chwilę oddech, lecz już po
chwili podniósł się na nogi.
– Ja
tak nigdy nie uważałem, tylko wszyscy wokół! – mówiąc to, kopnął brata w
kolano, tak że ten upadł na trawę.
– Nawet
jeśli oni zaczęli, to ty w to uwierzyłeś! – Ligolis zamachnął się w głowę
Haldira, lecz ten przytrzymał jego rękę, a drugą walnął brata w brzuch. Młodszy
książę jęknął i obrotem wywalił przeciwnika na ziemię.
–
Zawsze byłeś podatny na wpływy innych.
Haldir
podniósł się z ziemi i otrzepał.
– To ty
jesteś podatny na wpływy, bo ty w to uwierzyłeś, a nie ja! – krzyknął, waląc
pięścią w ramię brata.
Ligolis
zachwiał się, lecz szybko skontrował i uderzył starszego księcia w brew, z
której pociekła krew. Ten podciął bratu nogi, wskutek czego obaj wywrócili się
na ziemię. Po chwili szamotaniny, ciężko dysząc, podnieśli się na nogi.
–
Wydaje ci się, że to takie proste? – warknął Ligolis.
– Życie
z tobą nigdy nie było proste, więc nie – odparł Haldir, po czym zamachnął się
na brata, lecz ten zrobił unik. Szybko znalazł się za plecami przeciwnika i z
całej siły go kopnął. Książę upadając na ziemię, rozciął sobie wargę o korzeń.
Z trudem podniósł się na nogi i obrócił w stronę brata, nie zwracając uwagi na
krew, która kapała na jego ubranie.
–
Jesteś chyba najgorszym księciem, jakiego mogło sobie wyobrazić Whitemount.
Ligolis
rzucił się na brata, wywracając siebie i jego na ziemię. Przez kilka minut
turbowali się, tarzając się po ziemi, aż wreszcie obaj padli na trawę obok
siebie, ciężko dysząc.
Haldir
zerknął na brata.
– Czy
ty zdajesz sobie sprawę z tego, co my właśnie robiliśmy?
Ligolis
obrócił głowę w jego stronę głowę.
– Chyba
dopiero to do mnie dociera – odparł.
Po
chwili oboje zaczęli śmiać. Śmiali się przez dobrych kilka minut, po czym
powoli podnieśli się z ziemi.
Ligolis
syknął.
– Co
jest? – spytał Haldir.
–
Wykręciłeś mi nadgarstek – odparł jego brat.
–
Wybacz.
Ligolis
zaśmiał się krótko, po czym zmierzył się krytycznym spojrzeniem.
– Jeśli
ojciec nas zobaczy w tym stanie, oficjalnie nas zabije.
Haldir
popatrzył po sobie i skrzywił się.
–
Gorzej niż po wojnie – stwierdził.
Obaj
mieli poplamione krwią i ziemią ubrania oraz liczne okaleczenia na ciele.
Ligolis
podniósł się na nogi i wyciągnął zdrową rękę w stronę starszego księcia.
– No
cóż, drogi bracie. Chyba oficjalnie możemy stwierdzić, że nasz konflikt został
zakończony.
Haldir
uśmiechnął się i złapał rękę elfa.
– Na to wygląda – odparł.
*
Z drzemki zbudziło mnie pukanie do drzwi. Zwlokłem się z
łóżka i poszedłem otworzyć. Za progiem stała Liliami.
– Witaj, Leo – rzekła z uśmiechem.
– Witaj, Liliami.
– Mam robić za pośrednika. – Gdy uniosłem brwi w niemym
pytaniu, wyjaśniła. – Chłopcy chcą z tobą rozmawiać. Wiedzą, że byś ich nie
wpuścił, więc wysłali mnie.
Westchnąłem.
– Wejdź.
Usiedliśmy na fotelach, a
Liliami kontynuowała wypowiedź.
– Chcą po prostu dociągnąć sprawę do końca. Wyjaśnić ją.
Myślę, że powinieneś się z nimi zobaczyć i chociaż ich wysłuchać.
– To i tak nie będzie miało sensu – westchnąłem. – Oni
najpierw muszą pogodzić się ze sobą.
– Och, ależ już to zrobili. – Uśmiechnęła się Liliami. –
Bądź pewien.
Popatrzyłem na nią niepewnie.
– Zgoda. Zobaczę się z nimi.
– Cudownie! – wykrzyknęła księżniczka. – Zaraz ich tu
przyślę.
Kiwnąłem głową z uśmiechem, a Liliami wyszła z komnaty. Nie
minęło dziesięć minut, a już rozległo się pukanie.
– Jak musicie, to wchodźcie.
Drzwi się otworzyły i do komnaty wkroczyli bracia. Usiedli
na kanapie, a ja się im przyjrzałem. Coś w nich było nie tak.
– Słuchaj, Leo, chciałbym cię przeprosić. Nie będę się już
usprawiedliwiał, tylko po prostu przeproszę. Nic więcej nie jestem teraz w
stanie zrobić. Przepraszam – rzekł Ligolis.
Haldir kiwnął głową, a ja się lekko uśmiechnąłem.
– Jest jedna rzecz, którą możesz zrobić – odparłem.
Bracia spojrzeli po sobie.
– Jaka? – spytali jednocześnie.
– Powiedz mi, co o niej wiesz.
Ligolis westchnął i potarł ręką czoło, po czym się skrzywił.
– Prawdopodobnie jest w zamku Xalita – wyszeptał. – W
ciemniej celi. Była tam też jakaś inna dziewczynka, cała ubrana na czarno.
Włosy też takie miała. Ona raczej nie była więźniem. Tylko tyle wiem.
Coś ścisnęło mnie za gardło, lecz zapytałem:
– Jak wyglądała Pauline?
– Była przestraszona, skulona i trochę zmarniała. – Ligolis
zamilkł na moment. – Przykro mi, Leo.
Potrząsnąłem głową, głównie po to, by odpędzić łzy.
– Nieważne – wyszeptałem.
Młodszy książę wstał, lecz syknął i zgiął się w pół.
– Co jest? – spytał jego brat.
– Żebro – odparł Ligolis.
Haldir zrobił skruszoną minę.
– Wybacz.
Przyglądałem im się uważnie, próbując zrozumieć, co się
stało. Widać było, że oboje są lekko poobijani.
– Co wam się stało? – spytałem.
Bracia spojrzeli na mnie.
– Nam? Nic, nic – odparł pospiesznie Ligolis.
– Mieliśmy tylko lekki zatarg – dodał Haldir. – Ale
przynajmniej dzięki niemu się pogodziliśmy.
– Czy wy się pobiliście?
Zapadła chwila ciszy, podczas której bracia wymienili
spojrzenia.
– My? Skąd – odrzekł młodszy książę, machając lekceważąco
ręką i przedłużając samogłoski.
– Skąd ten pomysł? – spytał jego brat.
– Rany, wy się pobiliście. Chłopaki, poważnie?
– Ej, ej, ej. Ty się powinieneś cieszyć, że się
pogodziliśmy. Czy to ważne jak? – teatralnie oburzył się Ligolis.
– Mam pominąć oczywiście fakt, że zadaliście sobie dosyć
poważne obrażenia?
– Tak.
Zacząłem się głośno śmiać.
– Okej.
– A, i Leo – dodał Haldir. – Proszę, nie mów o tym naszemu
ojcu. Zamorduje nas, jak się o tym dowie.
Zachichotałem.
– No zgoda. Chociaż będzie kusiło.
–
A tylko się waż – rzekli bracia unisono, a ja nie wytrzymałem i ponownie
zacząłem się śmiać.sobota, 30 września 2017
Elf 28
Gdy otworzyłem oczy, przez
moment nie potrafiłem się rozeznać w sytuacji. Dotknąłem ręką czoła, po czym
podniosłem się do pozycji siedzącej i rozejrzałem. Byłem w komnacie króla,
siedziałem na kanapie, a w pobliżu nie było nikogo. Spróbowałem sobie
przypomnieć, co się stało, jednak przeszkodził mi w tym odruch wymiotny. Siłą
go powstrzymałem i zacząłem ciężko oddychać. Żeby tego było mało zaczęło mi się
kręcić w głowie. Na miękkich nogach podszedłem do krzesła i oparłem się o nie.
Na stole stał dzbanek z wodą i szklanka. Nalałem sobie płynu i wypiłem jednym
haustem. Ponownie napełniłem naczynie i, gdy odszedłem trochę od stołu, stało
się coś, czego w ogóle się nie spodziewałem. Moja kostka zapiekła przeraźliwie,
wskutek czego upuściłem szklankę na dywan. Szkło nie pękło, lecz cała zawartość
rozlała się po wykładzinie. Upadłem na ziemię i ujrzałem, że moja kostka
zaczęła krwawić. Wytrzeszczyłem oczy i dotknąłem czerwonej cieczy. Faktycznie,
to była krew. Podwinąłem nieco nogawkę i ujrzałem duże rozcięcie. Mogłem przysiąc,
że zrobiło się samo.
W takim stanie znalazł mnie
Mono, który wszedł do komnaty. Przystanął na chwilę ze zdziwienia, po czym
ukucnął przy mnie.
– Co się stało? – spytał.
Pokręciłem głową.
– Nie mam pojęcia –
wymamrotałem. – To rozcięcie samo się zrobiło.
Mono zmarszczył brwi.
– Jak? – spytał bardziej siebie
niż mnie.
Pomógł mi usiąść na krześle.
– Jak się czujesz?
– Słabo – odparłem. – Wszystko
zaczyna mnie boleć, kręci mi się w głowie i leci mi krew z kostki nie wiadomo
czemu.
– Czekaj, zaraz ci to opatrzę.
Niestety król nie może teraz przyjść.
Następnie zniknął w sąsiednim
pomieszczeniu.
Chwilę dochodziłem do siebie i
powoli przypominałem sobie, co się stało. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że gdy
Mono skończył bandażować mi kostkę, czułem się już bardzo dobrze.
– Przyjęcie nadal trwa? –
spytałem.
Elf kiwnął głową.
– Tak, ale nie jestem pewien czy
to dobry pomysł, byś tam szedł. Może lepiej przejdź się do ogrodów?
– A jeśli nadal będę się dobrze
czuć, pozwolisz mi wrócić?
– Uparciuch z ciebie. –
Uśmiechnął się Mono. – Zgoda.
Odwzajemniłem uśmiech, po czym
pewnym krokiem wyszedłem za elfem, który poprowadził mnie do ogrodów.
Od mojego przyjazdu byłem tam
zaledwie kilka razy i nigdy nie zapuszczałem się zbyt głęboko, jednak zawsze
zachwycałem się ich wyglądem. Miejscami był to labirynt z powodu licznym wysokich
żywopłotów. Rosło tu wiele gatunków kwiatów, krzewów, a gdzieniegdzie również
drzew. Wszystko to nadawało ogrodom magicznej aury, a unoszący się w nich zapach
wprowadzał w błogie odprężenie. Spacerując pomiędzy roślinnością, oddychałem
świeżym, nocnym powietrzem. Moja sielanka nie trwała jednak długo, ponieważ usłyszałem
głosy. Wydawało mi się, że należały do Haldira i Caroline. Zmarszczywszy brwi,
ruszyłem w ich stronę. Gdzieś z boku zamajaczyły mi sylwetki księcia i
księżniczki. Gdy przesunąłem się trochę w lewo, widziałem ich bardzo dobrze.
Nie słyszałem dokładnie o czym rozmawiają, lecz widziałem, że Haldira męczy ta konwersacja.
W pewnym momencie ujrzałem zbliżającą się Meredith. Caroline również musiała ją
zauważyć, bo obróciła Haldira do siebie, tak, żeby nie zobaczył nadchodzącej
kobiety. Gdy księżniczka była już dosyć blisko, Caroline zrobiła coś, czego
żadne z naszej trójki się zupełnie nie spodziewało. Przyciągnęła Haldira do
siebie i pocałowała go prostu w usta.
Wytrzeszczyłem oczy, a szok
odebrał mi na chwilę zdolność poruszania czymkolwiek. Gapiłem się na tę scenę
całkowicie sparaliżowany i zauważyłem, że Meredith jest w podobnym stanie.
Jednak ona szybciej się otrząsnęła i energicznym krokiem zaczęła przed siebie.
Lecz zanim się dostatecznie zbliżyła, Haldir gwałtownym ruchem odsunął od
siebie Caroline.
– Co ty wyprawiasz?! – warknął.
Caroline była nieporuszana.
– Oh, już daj spokój. – Machnęła
lekceważąco ręką. – Przecież wszyscy wiedzą, że jesteś we mnie zakochany. Nie musisz
już dłużej tego ukrywać.
Zanim Haldir zdążył
odpowiedzieć, wtrąciła się Meredith.
– W tobie?! – wykrzyknęła. –
Chyba śnisz! Nawet najgłupszy imbecyl nie zakochałby się w takiej pustej lali
jak ty!
– Złościsz się, bo to ja go
zdobyłam, a nie ty? To normalne, moja droga. Naucz się przegrywać – odparła
niewzruszona Caroline, opierając rękę na biodrze.
– Ha, zdobyłaś! Dobre sobie!
Wszyscy wiedzą, że on kocha mnie, idiotko!
– DOŚĆ! – wrzasnął Haldir, a
obie księżniczki spojrzały w jego stronę. – Obie jesteście tak głupie jak
Fenosil! Co wy sobie myślicie?! Jedyne co zdobyłyście to moją nienawiść! A
teraz wynocha stąd! Z tych ogrodów, z tego królestwa i z mojego życia! Nie będę
więcej znosił was i waszej głupoty! Wynoście się! Obie jesteście siebie warte!
Doszedłem do wniosku, że nigdy
jeszcze nie widziałem tak wściekłego Haldira. Cały gotował się ze złości, a gdy
udało mu się wreszcie wygonić księżniczki, podniósł rękę do czoła, zamknął oczy
i zaczął głęboko oddychać.
Zdecydowałem się do niego
podejść.
– Masz rację. Obie są siebie
warte – stwierdziłem, a Haldir drgnął z zaskoczenia.
– Leo! Byłeś tu cały czas?
Wzruszyłem ramionami.
– Nie cały, ale wystarczający.
Milczeliśmy chwilę.
– Jak się czujesz? – spytał.
Widocznie chciał odciągnąć temat od swojej osoby.
– Zaskakująco dobrze – odparłem,
a po chwili westchnąłem. – To trochę męczące. W jednej chwili mam ochotę
umrzeć, bo tak źle się czuję, a w drugiej jestem jak nowo narodzony.
– To pewnie przez truciznę –
stwierdził książę.
Pokiwałem smutno głową.
– Haldir… – zacząłem niepewnie.
– Tak?
– Czy ja umrę?
Książę popatrzył na mnie, a jego
wzrok złagodniał. Położył mi rękę na ramieniu.
– Z pewnością nie, Leo. Nie na
wachcie mojego ojca.
Skinąłem głową, lecz nie byłem
pewny tej odpowiedzi. Przecież król wciąż nie wiedział co to za trucizna.
– Wracajmy na przyjęcie – rzekł
Haldir, a ja bez słowa podążyłem za nim.
Gdy weszliśmy do sali, przez
chwilę zakręciło mi się w głowie od tych wszystkich zapachów, które mnie
uderzyły. Było tam odrobinę duszno i najwidoczniej nawet uchylone gdzieniegdzie
okna nie pomagały. Miałem wrażenie, że ludzi nieco ubyło, jednak ci pozostali wydawali
się bardziej weseli i otwarci. Widać alkohol zrobił swoje. Haldir ruszył w
stronę szczytu stołów, więc potruchtałem za nim. Nie wiadomo kiedy znalazł się
przy nas jego brat.
– Witaj, Haldirze, jak się
bawisz?
– Beznadziejnie – warknął
starszy książę, na co Ligolis przystanął ze zdziwienia. Gdy Haldir się oddalił,
młodszy książę spojrzał na mnie.
– Co mu jest? – spytał,
wskazując brata kciukiem.
Rozejrzałem się czy nikt nie słucha
i, nachylając się, opowiedziałem mu całą sytuację.
Ligolis w zamyśleniu potarł
brodę dłonią.
– Jest jeden plus całej tej
sytuacji. W końcu będziemy mieć je z głowy.
Musiałem przyznać mu rację.
Nawet mi Meredith i Caroline zaczęły działać na nerwy.
– Wybacz Leo, ale wolę go
poszukać. Nie chcę, by pozabijał mi gości, w końcu to moje przyjęcie. A na
dodatek jest już po północy, więc dzień moich urodzin oficjalnie się zaczął.
Idź do Mono, stoi niedaleko tronu. – Po tych słowach oddalił się, a ja udałem się
we wspomnianym przez niego kierunku.
Znalazłem Mono u szczytu stołu,
rozmawiającego z rodzicami.
– Leo! – wykrzyknął na mój
widok. – Z ciebie jest naprawdę uparty elf.
Postanowiłem uznać to za
komplement i uśmiechnąłem się.
– Jak się czujesz? – spytał Mono.
– Bardzo dobrze. Fizycznie.
Elf zaśmiał się i podał mi
trzymaną szklankę z ponczem. Odruchowo się cofnąłem.
– Spokojnie, to bezalkoholowy.
Uspokojony, wziąłem od niego
napój i wypiłem trochę. Faktycznie był bezalkoholowy. Spojrzałem na rozmówcę.
– Ominęło mnie coś ważnego?
Mono wzruszył ramionami.
– Chyba nic szczególnego.
Życzenia, prezenty. Nic nowego.
Pokiwałem głową i upiłem trochę
ponczu.
– Widziałeś Michaela? – spytałem
po chwili.
Mono uśmiechnął się.
– Mówisz o tym chłopaku, który
siedzi od pół godziny, bo nie może ustać na nogach? – to mówiąc, wskazał na
jakąś postać siedzącą nieopodal przy stole.
Kiwnąłem głową.
– Dokładnie o niego.
Michael rozmawiał z jakąś
dziewczyną, którą wyraźnie śmieszyło jego zachowanie. Mocno gestykulował i
widać było z daleka, że bardzo wczuwa się w rozmowę.
– Leo, powiedz mi proszę –
odezwała się Colleen. – Ile planujesz tu zostać?
Zmarszczyłem brwi.
– Jak to, zostać?
– Ile zamierzasz mieszkać w
zamku?
Wzruszyłem niepewnie ramionami.
– No cóż… Chyba aż nie znajdzie
się sposób, bym mógł wrócić.
– Czyli chcesz wrócić, tak?
– No… Tak.
Constantin i Mono patrzyli na
nią ze zmarszczonymi brwiami.
– Nie bardzo wiem, co chcesz
osiągnąć, mamo – stwierdził Mono. – Mogłabyś może to wyjaśnić?
– Nic, nic, tak tylko ciekawa
jestem… - stwierdziła kobieta, opierając rękę na biodrze. Zapatrzyła się w
jakiś nieokreślony punkt za mną, a jej wzrok stał się nieobecny.
Popatrzyliśmy po sobie zdumieni.
Constantin pomachał żonie ręką przed twarzą.
– Nie machaj mi, pacanie, ręką
przed nosem, bo zaraz ja tobą machnę – rzekła Colleen, nie patrząc na niego.
Spojrzeliśmy po sobie,
powstrzymując śmiech.
– Ah, Leo! – krzyknęła nagle
kobieta, patrząc z powrotem na mnie. Wszyscy trzej aż podskoczyliśmy. –
Zapomniałam, że mamy dla ciebie prezent!
– Dla mnie? – zdziwiłem się.
– Tak, tak! Chodź Constantin,
musimy po niego pójść! – Pociągnęła męża za rękaw i już po chwili zniknęli w
tłumie.
Spojrzałem ze zdumieniem na
Mono, na co ten rozłożył ręce w obronnym geście.
– Ja nie mam z tym nic
wspólnego.
Rozmawialiśmy trochę do momentu
powrotu rodziców Mono. Constantin trzymał w rękach sztylet i pochwę z pasem na
niego. Colleen się uśmiechnęła.
– Wszystkiego najlepszego, Leo.
Nie ma konkretnej okazji oprócz naszego poznania się. – Po tych słowach mnie
przytuliła, a jej mąż wręczył mi prezent.
Sztylet raczej nie nadawał się
do walki i pełnił funkcję ozdobną. Głownia została nieco wykrzywiona i
ozdobiona delikatnym ornamentem. W tym rodzaju broni jelec zwykle jest nieduży,
ale w tym wypadku postawiono na wygląd i upodobniono go nieco do jelca
bezkabłąkowego. Trzon pokryty był motywem pasującym do tego na głowni. Pięknie
wykończenie głowicy stanowił umieszczony w niej szafir.
– Dziękuję – rzekłem, odrobinę
wzruszony tym hojnym darem.
Rodzice Mono uśmiechnęli się, a
on sam pomógł mi nałożyć pas.
– A teraz powiedz mi, Leo –
zagaiła Colleen. – Jak sądzisz, jaki wpływ ma jedzenie na dyplomatów?
Powstrzymując uśmiech,
usłyszałem pełne rezygnacji westchnienie Constantina.
– Z pewnością bardzo duży –
odparłem z kamienną twarzą, czując na sobie zdradzone spojrzenie ojca Mono.
– A widzisz! – wykrzyknęła
Colleen. – Dziękuję ci bardzo, Leo. A my sobie jeszcze porozmawiamy – ostatnie
zdanie skierowała do męża, który tylko ciężko westchnął.
– Leonardzie, pozwól na moment –
za sobą usłyszałem głos króla i aż przeszedł mnie dreszcz.
Obróciłem się, przełknąłem ślinę
i poszedłem za władcą.
– Podobno znikąd pojawiła ci się
rana na kostce, tak?
Kiwnąłem głową, a monarcha
zamyślił się na moment.
– To może być bardzo dobra
wiadomość, Leonardzie. – Zmarszczyłem brwi, a król dokończył. – Chyba już znam
truciznę, którą ci podano.
***
Otworzyłem oczy i przeciągnąłem
się. Przez moment moje ciało było ogromnie zmęczone i bolały mnie wszystkie
mięśnie, lecz po chwili wszystko minęło. Od jakiegoś czasu po przebudzeniu
utrzymywał się u mnie taki stan i codziennie trwał odrobinę dłużej, co było
bardzo niepokojące. Potrząsnąłem głową. Przecież król wie już co to za
trucizna. Teraz może być już tylko lepiej.
Gdy się ubrałem, usiadłem przy
stole w pokoju i zacząłem przeglądać papiery z ostatnich lekcji. Budowa miecza,
techniki walki, tekst runiczny. Gdy właśnie miałem ponownie zajrzeć do notatek
dotyczących galopu, usłyszałem pukanie do drzwi.
– Proszę! – krzyknąłem, a do komnaty wszedł Mono.
– Witaj, Leo, przyszedłem sprawdzić jak się miewasz.
Wzruszyłem ramionami.
– Dzień jak co dzień.
– Chyba zazwyczaj wstajesz wcześniej.
Pokazałem mu język i wróciłem do
porządkowania papierów. Mono usiadł na fotelu i spojrzał przez okno.
– Chyba będzie padać – stwierdził.
Ponownie wzruszyłem ramionami.
– Nie zamierzam dziś wychodzić.
– Ty nie, ja też nie, ale Haldir do lasu pojechał.
To mi o czymś przypomniało.
– A właśnie, jak on się miewa po wczorajszym
incydencie?
Mono spochmurniał.
– Nadal jest zdenerwowany. W dzień urodzin swojego
brata. To trochę smutne.
– A co z Meredith i Caroline?
– Wyjechały dziś rano.
– Myślisz, że gdyby się bardziej postarały, naprawdę
mógłby którąś z nich pokochać? – To pytanie nurtowało mnie od jakiegoś czasu.
Mono spojrzał przez okno.
– Chyba nie jest jeszcze zdolny do tego typu uczuć.
Zmarszczyłem brwi.
– Co oznacza, że „jeszcze nie jest”?
Mono spojrzał na mnie, a w jego
oczach ujrzałem bezbrzeżny smutek.
– Haldir jest wdowcem.
Zatkało mnie.
Wybałuszyłem oczy na przyjaciela
i przez moment zapomniałem o oddychaniu. Zamrugałem kilkakrotnie oczami i
potrząsnąłem głową.
– Słucham? – Tylko tyle byłem w stanie z siebie
wykrztusić.
– Wiem, że o tym nie wiedziałeś. To temat tabu. O tym
się nie mówi. Dlatego nie wspominaj mu, że ci powiedziałem.
Kiwnąłem głową, bo na więcej nie
było mnie stać.
Mono znów spojrzał przez okno, a
w jego oczach przez moment dostrzegłem łzy.
– Początkowo nie było to małżeństwo z miłości, tylko
sojusz pomiędzy Whitemount a Halenhill, pobliskim państwem. Haldir jest
pierworodnym króla, dlatego było jasne, że to na niego wypadnie. On i Clarice
bardzo się lubili i nie mieli nic przeciwko małżeństwu. Po jakimś czasie widać
było, że jednak się w sobie zakochują. Przeżyli ze sobą naprawdę dobre lata.
Wszyscy uwielbiali Clarice, była naprawdę ciepłą i delikatną osobą. Niestety
podczas podróży do Naunarom miejscowi rabusie napadli orszak, w którym jechali
Haldir i Clarice. Clarice zginęła. – Słychać było, że Mono coś ścisnęło za
gardło, gdy to mówił. Przełknął ślinę i kontynuował. – Rozejm z Halenhill szlag
trafił i przez wiele lat mieliśmy napięte stosunki. Dopiero niedawno się trochę
złagodziły. Zarówno Haldir, jak i my wszyscy bardzo przeżyliśmy śmierć Clarice.
Oczywiście Haldir najbardziej… Zwłaszcza, że… – Mono
przerwał.
– Tak?
Elf westchnął.
– Clarice była w ciąży. W czwartym miesiącu.
Łzy, które wcześniej zbierały mi
się w oczach, po tych słowach spłynęły po policzkach.
– Gdzie jest pochowana? – spytałem półgłosem po
długiej ciszy.
– Tutaj, w Whitemount.
– A-A kiedy to się wydarzyło?
– Za kilka miesięcy będzie czterdziesta ósma rocznica
jej śmierci – odparł grobowym głosem Mono.
– A ile lat… Ile lat byli małżeństwem?
– Dwadzieścia siedem.
Potrząsnąłem głową.
– Będę potrzebował czasu, żeby to przyswoić.
– Wiem – odparł Mono. – Dlatego ja już pójdę.
Elf wstał i skierował się do
wyjścia. W drzwiach przystanął i rzekł:
– Nie mów mu.
Kiwnąłem głową, po czym zostałem
sam z własnymi myślami.
***
Wiał porywisty wiatr, a ja
szczelniej opatuliłem się płaszczem. Dygotałem z zimna. Na ziemię zaczęły spadać
pojedyncze krople. Świetnie. Niech jeszcze zacznie padać. Dzięki Stwórco.
Gdy doszedłem do małego budynku
z wyglądu przypominającego kapliczkę, odetchnąłem z ulgą. Budowla była cała
biała, a u wejścia stały dwie wysokie kolumny. Portyk był udekorowany wieloma
zdobieniami tudzież rzeźbami. Attyka w kształcie spłaszczonego trójkąta była
przyozdobiona licznymi scenami batalistycznymi. Wszedłem po schodach i
przyjrzałem się drzwiom. Dwuskrzydłowe, ze złotymi ornamentami i wyrzeźbionymi
w nich rysunkami. Pchnąłem je mocno – na szczęście ustąpiły.
We wnętrzu mauzoleum panował
lekki półmrok. Podłoga z terakoty układała się w zawiłe wzory. Gdy wchodziło
się głębiej, można było zauważyć kolorowe witraże, które wpuszczały nieco
światła. Niemalże cały sufit zajmowały freski. „Sklepienie krzyżowo-żebrowe” –
pomyślałem. – „Czasem jednak warto uważać na plastyce.” Znajdowały się tu
liczne kolumny, a pomiędzy nimi zauważyłem sarkofagi. Ruszyłem w głąb,
podziwiając bogactwo architektury. Gdy znalazłem ostatnią trumnę, zatrzymałem
się.
Był on zrobiony z jasnego
marmuru, gdzieniegdzie przyozdobionego motywami florystycznymi. Przed nim stała
mała tabliczka z szarego kamienia. Patrzyłem na nią smutno, a w oczach znów zakręciły
mi się łzy.
Zadrżałem i opatuliłem się
szczelniej płaszczem. Chłód kamiennych ścian przenikał mnie do szpiku kości.
Usiadłem pod kolumną i tępo wpatrywałem się w sarkofag Clarice. Tak się
zamyśliłem, że straciłem poczucie czasu. Ocknąłem się z letargu dopiero, gdy w
całym mauzoleum rozległ się odgłos kroków. Wstałem i wtedy zorientowałem się,
że moje mięśnie totalnie zesztywniały i prawie nie dałem rady się ruszyć.
– Co tu robisz? – Gdy to usłyszałem, zdjęło mnie
przerażenie. On był ostatnią osobą, którą chciałem tu spotkać.
Spojrzałem na Haldira.
– A ty? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
– Byłem pierwszy.
– Ale ja tu byłem pierwszy.
Książę prychnął.
– Przyszedłem cię szukać. Nie mogliśmy cię nigdzie
znaleźć, a to nie jest najlepsza pogoda na samotne wędrówki.
– Ale skąd wiedziałeś, że będę akurat tu?
– Mono o tym pomyślał. Wiem, co ci powiedział.
Mimowolnie mój wzrok powędrował
ku sarkofagowi Clarice.
– Przykro mi – wyrwało mi się.
– Wiem – odparł cicho Haldir. – Jak każdemu. Ale i
tak nikt nic nie może zrobić.
– Mi zmarł tylko pies.
Haldir spojrzał na mnie, po czym
zaczął się śmiać, a jego śmiech odbił się echem od kamiennych ścian.
– Mi też. – Książę poklepał mnie po ramieniu. –
Chodźmy stąd.
Ruszyliśmy do wyjścia. Gdy schodziliśmy po
schodach, kątem oka ujrzałem jak Haldir ociera pojedynczą łzę, która spłynęła
mu po policzku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)