czwartek, 6 września 2012
victor junior
Hejka! Ten post będzie krótki, bo chcę tylko Wam coś napisać. Chodzi właśnie o stronkę www.victor-junior.pl Po pierwsze usunęli dział WASZE TEKSTY, a po drugie można wpisywać w wyszukiwarkę na górze strony nazwy opowiadania i w nie wchodzić! Wolałam tego nie pisać w komentarzu na stronce, bo jeszcze i to by usunęli. Tylko, że trzeba znać tytuł opowiadania lub autora. ;/ Ale jak ktoś zna chociaż część tego lub tego, to nie ma problemu! Serio! Noo, przynajmniej na razie. ;/ Ale cieszmy się tym póki jeszcze jest. ;) Na dzisiaj to tyle. Papa i do napisania wkrótce! ;)
wtorek, 4 września 2012
Elf 2
Od razu otworzyłem oczy. Ciężko oddychałem. I ogarnęło mnie
przerażenie. Nie byłem w domu! Leżałem na trawie na niewielkiej polance!
Podniosłem się do pozycji siedzącej drżąc. Zacząłem powoli rozglądać
się wokoło. I nagle usłyszałem czyjeś głosy. Od razu ogarnęło mnie
jeszcze większe przerażenie.
- Jak myślisz, co to było? - zapytał pierwszy głos.
- Ne wiem skąd, skąd mam wiedzieć!? Jasnowidzem nie jestem, wszystko wiedzącym zresztą też nie, przykro mi. - odparł z irytacją drugi głos.
- No dobra, dobra, tylko zapytałem - odpowiedział urażonym tonem ten pierwszy.
- To następnym razem nie pytaj.
W tej chwili dwa konie wyjechały na polankę. Na widok ich jeźdźców zapomniałem o całym strachu i ogarnęło mnie zdziwienie. To byli dwaj mężczyźni o... długich białych włosach! Takich samych jak ja! Jednak kiedy pierwsze zdziwienie minęło znowu ogarnął mnie strach. Dwie postacie znowu zaczęły rozmawiać, ale tym razem jakimś niezrozumiałym dla mnie językiem. W końcu zsiedli. Podeszli bliżej. Jeden ukucnął przy mnie.
- Jak się nazywasz? - zapytał.
- L-L-Leo - odpowiedziałem trzęsącym się ze strachu głosem.
- A skąd jesteś? - zapytał znowu.
- Z P-P-Polski - mój głos ciągle się trząsł. Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Jak się tu znalazłeś? - drążył dalej ten pierwszy.
- N-N-Nie wiem. P-P-P-Po prostu s-s-spałem i-i-i m-m-m-miałem dzi-dzi-dziwny s-s-sen. Ż-Ż-Że wszy-wszy-wszystko wi-wi-wi-wiruje i-i-i z-z-znika. A po-po-potem się-się-się o-o-o-budziłem i-i-i z-z-z-znalazłem się t-tutaj. - wydukałem. Mężczyźni znowu wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Chodź z nami - powiedział ten co zadawał mi pytania, wstając.
Nadal niepewny podniosłem się wciąż się trzęsąc.
- No chodź. Nic ci nie zrobimy - powiedział ten sam mężczyzna widząc moje wahanie. Wykonał przy tym przywołujący gest ręką.
W końcu, nadal niepewny, podszedłem do nieznanego mężczyzny, który się przyjaźnie uśmiechał. Ten drugi, nie odzywając się ani słowem, podszedł do jucznego konika, którego zauważyłem dopiero teraz. Wyróżniał się tym, że był brązowy, a nie biały, tak jak dwa pozostałe. Mężczyzna odczepił parę juków i przyczepił, dzieląc, do dwóch koni. Patrzyłem na niego bardziej nieufnie. W końcu odezwał się ten pierwszy.
- Jestem Ligolis, a to mój brat Haldir. - tu wskazał na drugiego mężczyznę.
Skinąłem głową. Ligolis poprowadził mnie do brązowego konia. Przypomniał mi się mój i zrobiło mi się smutno. Mężczyzna chyba tego nie zauważył.
- Jeździłeś już kiedyś na koniu? - zapytał.
- Eee... Można powiedzieć, że tak - odpowiedziałem z wahaniem.
Ligolis uniósł brwi.
- Można powiedzieć, że tak? - powtórzył. - To znaczy tak czy nie?
Zawahałem się.
- No tak, ale... Tylko stępa. I tylko raz w życiu, półtorej godziny - wyjaśniłem szybko.
- No więc to będzie twój drugi raz - powiedział Ligolis odwracając się. Sprawdził popręg siodła po czym odwrócił się znowu do mnie.
- Możesz wsiadać - oznajmił wskazując kciukiem konia.
Wsiadłem znów bez niczyjej pomocy. Ligolis pokiwał z uznaniem głową.
- Doskonale - powiedział po czym odwrócił się i wsiadł na swojego konia. Jego brat uczynił to samo.
- No to ruszamy - powiedział Ligolis.
Uderzyłem niepewnie piętami w żebra mojego konia. Ruszył posłusznie.
Wyjechaliśmy z polanki na żwirową drogę. Po paru minutach odezwał się Haldir tym samym nieznanym mi językiem. Po tonie jego głosu poznałem, że zadał pytanie o coś czego nie był pewien. Odpowiedź jego brata wyraźnie go usatysfakcjonowała. Jechaliśmy tak do końca dnia, a wieczorem Ligolis zarządził postój. Wjechaliśmy w las, na polanę. Ta była już większa od poprzedniej. Zsiadając z konia poczułem moje jeszcze bardziej obolałe mięśnie ud. Jęknąłem. Ligolis spojrzał na mnie.
- Boli? - zapytał uśmiechając się współczująco.
Pokiwałem głową. Haldir w tym czasie przygotowywał obozowisko. Jego brat poszedł rozpalać ogień, a ja usiadłem na ziemi. Zastanawiałem się jak się tu znalazłem i gdzie jest moja rodzina. Przypomniało mi się wczorajsze dziwne zachowanie rodziców. Nadal się zastanawiałem co ono mogło znaczyć. Czyżby wiedzieli? Czyżby wiedzieli, że się tutaj znajdę?
Moje rozmyślania przerwał Haldir.
- Chodź tu Leo - przywołał mnie.
Wstałem i podszedłem do niego. Kiedy ujrzałem go z bliska zobaczyłem, że ma niebieskie oczy. Uśmiechnął się i podał mi kubek z gorącą herbatą.
- Masz. Wypij.
Zdziwiła mnie zmiana w jego zachowaniu, ale nie dałem nic po sobie poznać. Wziąłem kubek i skinąłem głową w podziękowaniu. Haldir odwrócił się, a ja zrobiłem to samo. Jednak zdążyłem zauważyć jak Ligolis popatrzył na brata z uśmiechem i skinął głową. Domyśliłem się, że pewnie zmiana w zachowaniu Haldira to jego zasługa. Powróciłem na moje miejsce na trawie i popijałem wolno herbatę. Usłyszałem jak bracia rozmawiają cicho w nieznanym języku. Później jeszcze zjedliśmy skromny posiłek w postaci mięsa lekko podgrzanego na małym ognisku. Potem położyliśmy się na ziemi i zasnęliśmy.
Kiedy się obudziłem dopiero świtało. Cicho wstałem, żeby nie obudzić moich kompanów nadal pogrążonych we śnie, i podszedłem do linii lasu. Niestety konie się obudziły i jeden zarżał. Rozpoznałem, że to koń Haldira. "Dziwne" -pomyślałem. - "Haldir mi nie ufa, ale również jego koń". Obejrzałem się przez ramię, żeby sprawdzić czy nikt się nie obudził. Na szczęście bracia spali jak kamień. Tylko Haldir przewrócił się na drugi bok. Na ten moment wstrzymałem oddech. Po chwili już go wypuściłem. Przeszedłem przez las i wyszedłem na drogę. Rozejrzałem się. Była lekka mgła. Nikt nie jechał. Postanowiłem się przejść za nim tamci się obudzą.
Szedłem powoli, rozglądając się na boki. Szedłem w stronę, w którą mieliśmy jechać. Nagle usłyszałem piękny śpiew po mojej lewej stronie i poszedłem sprawdzić skąd dochodzi. Przeszedłem przez kępę drzew i moim oczom ukazało się rozległe jezioro. Gdy znalazłem się bliżej zaparło mi dech w piersiach. W tym jeziorze pływały żywe istoty, które wyglądały jak syreny! I właściwie pewnie nimi były. Miały syreni ogon i falowane, blond włosy. Niektóre miały jeszcze jakiś kwiat morski lub perłę we włosach. To one tak pięknie śpiewały. Oczarowany zacząłem powoli przybliżać się w stronę skraju jeziora. Jeszcze chwila i bym do niego wpadł.
Ale na szczęście (lub nie) nagle woda pośrodku jeziora zaczęła falować, najpierw powoli, potem coraz bardziej i bardziej aż w końcu coś zaczęło się z tego miejsca wynurzać. Woda zlewała się w dół i zaczęła pokazywać się straszna sylwetka potwora. Wyglądał jak wielka ośmiornica (albo kałamarnica), ale miał więcej niż jedną mackę. Miał ich chyba z dwadzieścia. Był bordowy z pomarszczoną skórą. Zaczął wymachiwać nimi jak opętany. Syreny rozpierzchły się. Pochowały się pod powierzchnią tafli jeziora i po chwili zniknęły mi z oczu. To coś skierowało swoje małe żółto-czerwone oczy na mnie. Zasyczało przy tym groźnie. Zacząłem cofać się przerażony i otworzyłem buzię patrząc na wynurzającego się potwora. Serce na moment przestało mi bić. A potem zaczęło walić jak oszalałe. Rzuciłem się do ucieczki. Potwór zasyczał posyłając za mną z dziesięć tych swoich obrzydliwych oślizgłych macek. Kiedy byłem już przy linii lasu poczułem jak jedna z nich oplata się wokół mojej prawej kostki. Wydałem stłumiony okrzyk. Pod wpływem szarpnięcia przewróciłem się. Wielka ośmiornica zaczęła przyciągać mnie ku sobie. Kurczowo próbowałem złapać się ziemi lub czegoś wystającego. Niestety na próżno. Jednak wziąłem jakiś ostry kamień leżacy blisko i zacząłem desperacko walić nim w ciągnącą mnie mackę. W końcu udało mi się "odkroić" jej górę. Szybko zdjąłem pozostałą część z mojej kostki po czym podniosłem się i zacząłem biec ile sił w nogach. Tym razem udało mi się uciec. Wybiegłem, zdyszany, na drogę i nie oglądając się popędziłem do naszego obozowiska. Pomyślałem, że już nigdy nie wybiorę się sam na przechadzkę. Zrozumiałem również, że to nie jest nasz świat. Tam nie ma syren ani takich potworów.
Bałem się, że nie odnajdę miejsca, w którym jest obozowisko. Na szczęście jednak od razu je rozpoznałem chociaż nie wiem jakim cudem. Wbiegłem między drzewa i dopiero tam zwolniłem. Jeszcze przed wejściem na polanę przystanąłem i oparłem ręce na kolanach, ciężko dysząc. Kiedy już się trochę uspokoiłem, dopiero na nią wszedłem.
Usiadłem na ziemi w miejscu, w którym spałem. Nadal się trzęsłem. Bracia jeszcze spali. Tylko konie patrzyły na mnie z zaciekawieniem.
- Nie chcielibyście przeżyć tego samego co ja - powiedziałem cicho. Nie wiedziałem czemu mówiłem do koni, ale czułem, że mnie rozumieją.
- Jak myślisz, co to było? - zapytał pierwszy głos.
- Ne wiem skąd, skąd mam wiedzieć!? Jasnowidzem nie jestem, wszystko wiedzącym zresztą też nie, przykro mi. - odparł z irytacją drugi głos.
- No dobra, dobra, tylko zapytałem - odpowiedział urażonym tonem ten pierwszy.
- To następnym razem nie pytaj.
W tej chwili dwa konie wyjechały na polankę. Na widok ich jeźdźców zapomniałem o całym strachu i ogarnęło mnie zdziwienie. To byli dwaj mężczyźni o... długich białych włosach! Takich samych jak ja! Jednak kiedy pierwsze zdziwienie minęło znowu ogarnął mnie strach. Dwie postacie znowu zaczęły rozmawiać, ale tym razem jakimś niezrozumiałym dla mnie językiem. W końcu zsiedli. Podeszli bliżej. Jeden ukucnął przy mnie.
- Jak się nazywasz? - zapytał.
- L-L-Leo - odpowiedziałem trzęsącym się ze strachu głosem.
- A skąd jesteś? - zapytał znowu.
- Z P-P-Polski - mój głos ciągle się trząsł. Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Jak się tu znalazłeś? - drążył dalej ten pierwszy.
- N-N-Nie wiem. P-P-P-Po prostu s-s-spałem i-i-i m-m-m-miałem dzi-dzi-dziwny s-s-sen. Ż-Ż-Że wszy-wszy-wszystko wi-wi-wi-wiruje i-i-i z-z-znika. A po-po-potem się-się-się o-o-o-budziłem i-i-i z-z-z-znalazłem się t-tutaj. - wydukałem. Mężczyźni znowu wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Chodź z nami - powiedział ten co zadawał mi pytania, wstając.
Nadal niepewny podniosłem się wciąż się trzęsąc.
- No chodź. Nic ci nie zrobimy - powiedział ten sam mężczyzna widząc moje wahanie. Wykonał przy tym przywołujący gest ręką.
W końcu, nadal niepewny, podszedłem do nieznanego mężczyzny, który się przyjaźnie uśmiechał. Ten drugi, nie odzywając się ani słowem, podszedł do jucznego konika, którego zauważyłem dopiero teraz. Wyróżniał się tym, że był brązowy, a nie biały, tak jak dwa pozostałe. Mężczyzna odczepił parę juków i przyczepił, dzieląc, do dwóch koni. Patrzyłem na niego bardziej nieufnie. W końcu odezwał się ten pierwszy.
- Jestem Ligolis, a to mój brat Haldir. - tu wskazał na drugiego mężczyznę.
Skinąłem głową. Ligolis poprowadził mnie do brązowego konia. Przypomniał mi się mój i zrobiło mi się smutno. Mężczyzna chyba tego nie zauważył.
- Jeździłeś już kiedyś na koniu? - zapytał.
- Eee... Można powiedzieć, że tak - odpowiedziałem z wahaniem.
Ligolis uniósł brwi.
- Można powiedzieć, że tak? - powtórzył. - To znaczy tak czy nie?
Zawahałem się.
- No tak, ale... Tylko stępa. I tylko raz w życiu, półtorej godziny - wyjaśniłem szybko.
- No więc to będzie twój drugi raz - powiedział Ligolis odwracając się. Sprawdził popręg siodła po czym odwrócił się znowu do mnie.
- Możesz wsiadać - oznajmił wskazując kciukiem konia.
Wsiadłem znów bez niczyjej pomocy. Ligolis pokiwał z uznaniem głową.
- Doskonale - powiedział po czym odwrócił się i wsiadł na swojego konia. Jego brat uczynił to samo.
- No to ruszamy - powiedział Ligolis.
Uderzyłem niepewnie piętami w żebra mojego konia. Ruszył posłusznie.
Wyjechaliśmy z polanki na żwirową drogę. Po paru minutach odezwał się Haldir tym samym nieznanym mi językiem. Po tonie jego głosu poznałem, że zadał pytanie o coś czego nie był pewien. Odpowiedź jego brata wyraźnie go usatysfakcjonowała. Jechaliśmy tak do końca dnia, a wieczorem Ligolis zarządził postój. Wjechaliśmy w las, na polanę. Ta była już większa od poprzedniej. Zsiadając z konia poczułem moje jeszcze bardziej obolałe mięśnie ud. Jęknąłem. Ligolis spojrzał na mnie.
- Boli? - zapytał uśmiechając się współczująco.
Pokiwałem głową. Haldir w tym czasie przygotowywał obozowisko. Jego brat poszedł rozpalać ogień, a ja usiadłem na ziemi. Zastanawiałem się jak się tu znalazłem i gdzie jest moja rodzina. Przypomniało mi się wczorajsze dziwne zachowanie rodziców. Nadal się zastanawiałem co ono mogło znaczyć. Czyżby wiedzieli? Czyżby wiedzieli, że się tutaj znajdę?
Moje rozmyślania przerwał Haldir.
- Chodź tu Leo - przywołał mnie.
Wstałem i podszedłem do niego. Kiedy ujrzałem go z bliska zobaczyłem, że ma niebieskie oczy. Uśmiechnął się i podał mi kubek z gorącą herbatą.
- Masz. Wypij.
Zdziwiła mnie zmiana w jego zachowaniu, ale nie dałem nic po sobie poznać. Wziąłem kubek i skinąłem głową w podziękowaniu. Haldir odwrócił się, a ja zrobiłem to samo. Jednak zdążyłem zauważyć jak Ligolis popatrzył na brata z uśmiechem i skinął głową. Domyśliłem się, że pewnie zmiana w zachowaniu Haldira to jego zasługa. Powróciłem na moje miejsce na trawie i popijałem wolno herbatę. Usłyszałem jak bracia rozmawiają cicho w nieznanym języku. Później jeszcze zjedliśmy skromny posiłek w postaci mięsa lekko podgrzanego na małym ognisku. Potem położyliśmy się na ziemi i zasnęliśmy.
Kiedy się obudziłem dopiero świtało. Cicho wstałem, żeby nie obudzić moich kompanów nadal pogrążonych we śnie, i podszedłem do linii lasu. Niestety konie się obudziły i jeden zarżał. Rozpoznałem, że to koń Haldira. "Dziwne" -pomyślałem. - "Haldir mi nie ufa, ale również jego koń". Obejrzałem się przez ramię, żeby sprawdzić czy nikt się nie obudził. Na szczęście bracia spali jak kamień. Tylko Haldir przewrócił się na drugi bok. Na ten moment wstrzymałem oddech. Po chwili już go wypuściłem. Przeszedłem przez las i wyszedłem na drogę. Rozejrzałem się. Była lekka mgła. Nikt nie jechał. Postanowiłem się przejść za nim tamci się obudzą.
Szedłem powoli, rozglądając się na boki. Szedłem w stronę, w którą mieliśmy jechać. Nagle usłyszałem piękny śpiew po mojej lewej stronie i poszedłem sprawdzić skąd dochodzi. Przeszedłem przez kępę drzew i moim oczom ukazało się rozległe jezioro. Gdy znalazłem się bliżej zaparło mi dech w piersiach. W tym jeziorze pływały żywe istoty, które wyglądały jak syreny! I właściwie pewnie nimi były. Miały syreni ogon i falowane, blond włosy. Niektóre miały jeszcze jakiś kwiat morski lub perłę we włosach. To one tak pięknie śpiewały. Oczarowany zacząłem powoli przybliżać się w stronę skraju jeziora. Jeszcze chwila i bym do niego wpadł.
Ale na szczęście (lub nie) nagle woda pośrodku jeziora zaczęła falować, najpierw powoli, potem coraz bardziej i bardziej aż w końcu coś zaczęło się z tego miejsca wynurzać. Woda zlewała się w dół i zaczęła pokazywać się straszna sylwetka potwora. Wyglądał jak wielka ośmiornica (albo kałamarnica), ale miał więcej niż jedną mackę. Miał ich chyba z dwadzieścia. Był bordowy z pomarszczoną skórą. Zaczął wymachiwać nimi jak opętany. Syreny rozpierzchły się. Pochowały się pod powierzchnią tafli jeziora i po chwili zniknęły mi z oczu. To coś skierowało swoje małe żółto-czerwone oczy na mnie. Zasyczało przy tym groźnie. Zacząłem cofać się przerażony i otworzyłem buzię patrząc na wynurzającego się potwora. Serce na moment przestało mi bić. A potem zaczęło walić jak oszalałe. Rzuciłem się do ucieczki. Potwór zasyczał posyłając za mną z dziesięć tych swoich obrzydliwych oślizgłych macek. Kiedy byłem już przy linii lasu poczułem jak jedna z nich oplata się wokół mojej prawej kostki. Wydałem stłumiony okrzyk. Pod wpływem szarpnięcia przewróciłem się. Wielka ośmiornica zaczęła przyciągać mnie ku sobie. Kurczowo próbowałem złapać się ziemi lub czegoś wystającego. Niestety na próżno. Jednak wziąłem jakiś ostry kamień leżacy blisko i zacząłem desperacko walić nim w ciągnącą mnie mackę. W końcu udało mi się "odkroić" jej górę. Szybko zdjąłem pozostałą część z mojej kostki po czym podniosłem się i zacząłem biec ile sił w nogach. Tym razem udało mi się uciec. Wybiegłem, zdyszany, na drogę i nie oglądając się popędziłem do naszego obozowiska. Pomyślałem, że już nigdy nie wybiorę się sam na przechadzkę. Zrozumiałem również, że to nie jest nasz świat. Tam nie ma syren ani takich potworów.
Bałem się, że nie odnajdę miejsca, w którym jest obozowisko. Na szczęście jednak od razu je rozpoznałem chociaż nie wiem jakim cudem. Wbiegłem między drzewa i dopiero tam zwolniłem. Jeszcze przed wejściem na polanę przystanąłem i oparłem ręce na kolanach, ciężko dysząc. Kiedy już się trochę uspokoiłem, dopiero na nią wszedłem.
Usiadłem na ziemi w miejscu, w którym spałem. Nadal się trzęsłem. Bracia jeszcze spali. Tylko konie patrzyły na mnie z zaciekawieniem.
- Nie chcielibyście przeżyć tego samego co ja - powiedziałem cicho. Nie wiedziałem czemu mówiłem do koni, ale czułem, że mnie rozumieją.
Tęsknota
Hejka! Pewnie zastanawiacie się dlaczego jest taki tytuł posta. Więc uprzejmie Wam to wyjaśnię. ;) Jak pewnie niektórzy z Was wiedzą teraz poszłam do klasy 1 gimnazjum. Jest to klasa 1e. Miałam dzisiaj matmę, fizykę, polski i WDŻ, czyli (dla tych, którzy nie wiedzą) wychowanie do życia w rodzinie. I nie piszę tych lekcji w odpowiedniej kolejności. ;) U nas z techniką jest tak, że są zajęcia komunikacyjne i krawieckie. Krawieckie są dopiero w drugim półroczu, a ja się na nie zapisałam więc teraz we wtorki kończę dwie godziny wcześniej. ;) A teraz do rzeczy. Przez te wszystkie lekcje myślałam o podstawówce. Jak ja bardzo bym chciała tam wrócić! Do tych wszystkich nauczycieli i nawet do klasy! A to jest trochę dziwne. ;) Nie mogę doczekać się połowy września, kiedy z przyjaciółkami pójdziemy odwiedzić tą szkołę. Cieszcie się, że jesteście w podstawówce, bo jeszcze za nią zatęsknicie. Uwierzcie mi. Jeszcze nawet w kwietniu i chyba nawet w maju, nie wiedziałam i nie wierzyłam,że będę tak bardzo za tym wszystkim tęsknić! i pamiętajcie, już nigdy nie będziecie w 4, 5 ani 6 klasie! Cieszcie się podstawówką póki jeszcze ją macie. Chociaż wiem, że ciężko. ;) A teraz muszę już kończyć, ale wkrótce znowu napiszę! ;) ;*
niedziela, 2 września 2012
Francja
Witajcie! ;) Dzisiaj chciałabym Wam opisać mniej więcej moją podróż do Francji [wybacz Apsik, ale od Ciebie trochę ściągnęłam ;) ]. A więc, jeszcze w czerwcu, wyjechałam na wakacje. ;) Pojechałam tam z moimi rodzicami, dziadkami i bratem. Mieliśmy jeden samochód, bo mój dziadek ma sharana, który ma siedem miejsc. Jednak tym razem było ich tylko sześć, ponieważ bagaże musiały się zmieścić, a uwierzcie mi było ich dużo. ;) Ja siedziałam właśnie z tyłu. Dla mnie tam było najlepiej. Miałam oparcie w postaci bagaży, które ledwo co się zmieściły. XD Ale do rzeczy. Wyjechaliśmy 15 czerwca i cały dzień jechaliśmy przez Polskę (Ja mieszkam w Białymstoku, a jechaliśmy do granicy niemieckiej, która jest dla nas na drugim końcu). Zatrzymaliśmy się w Zgorzelcu (teraz to już jest Zgorzelec-Goerlitz), u mojej prababci. Jednak nie zmieścilibyśmy się wszyscy u niej, dlatego też, tam zostali tylko dziadkowie, a reszta pojechała do przyjaciół babci (gdzie są dwa słodkie koty :D). Ja z moim bratem siedzieliśmy, on na komputerze, a ja na netbooku. Okazało się, że mama nie wzięła ładowarki do netbooka. ;D A dorośli siedzieli i oglądali mecz, gdyż wtedy było jeszcze Euro. ;) To na dzisiaj tyle, ale niedługo opiszę kolejny dni! ;) I jeszcze raz, wybacz Apsik, że od Ciebie ściągnęłam. ;)
czwartek, 23 sierpnia 2012
Zwiadowcy
Hejka! Sorki, że często nie piszę. Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o pewnej serii książek. Jak głosi tytuł posta są to "Zwiadowcy". Jest jedenaście części. Autorem tej bestsellerowej (mam nadzieję, że dobrze to napisałam ;] ) serii jest John Flanagan. Dzisiaj opiszę Wam pierwszą część zatytułowaną "Ruiny Gorlanu". Jest niesamowita! Opowiada ona o przygodach 15-letniego Willa, sieroty. Stracił on rodziców jak był mały. Trafił do sierocińca na zamku Redmont. Miał tam czwórkę przyjaciół w swoim wieku. Czekał ich przydział do różnych prac na zamku, każdy mógł wybrać, do którego z mistrzów chciałby pójść. Willa nikt nie chciał, oprócz tajemniczego Halta, zwiadowcy. Więc Will zaczyna naukę jako uczeń zwiadowcy. Jednak w pierwszym roku szkolenia też przydarzy mu się niesamowita przygoda...
Akcja ta odbywa się w średniowieczu, jednak z małą szczyptą fantazji. Ta książka jest po prostu niesamowita! *.*
A oto okładka tej fantastycznej książki:

A oto okładka tej samej książki, tylko, że gruba:
Akcja ta odbywa się w średniowieczu, jednak z małą szczyptą fantazji. Ta książka jest po prostu niesamowita! *.*
A oto okładka tej fantastycznej książki:
A oto okładka tej samej książki, tylko, że gruba:
czwartek, 16 sierpnia 2012
Elf
A oto pierwsza część mojego ukochanego opowiadania. *.*
Szedłem szkolnym korytarzem i zmierzałem do sali. Przemierzałem szkołę szurając nogami. Zadzwonił dzwonek. Niewiele mnie to obchodziło.
- Hej, Elf! - usłyszałem za moimi plecami. Nawet się nie obróciłem. - Chcesz znowu dostać od Koniczyny? Hahaha, który to już będzie raz? Setny czy dwusetny? Hahaha. Frajer!
Zignorowałem kolesia. Marek przebiegając trącił mnie. Upadłem na kolana. Znowu usłyszałem głos tego typka.
- Uważaj, bo się zaplączesz w te swoje długie, siwe włosy! Hahaha! Ja biegnę, bo mi jeszcze dowali! A ty sobie tu siedź jeśli chcesz! Hahaha! No to narka! - pobiegł dalej.
Wstałem. Kolano mnie ostro bolało. Zignorowałem ból i powlokłem się powoli na następne piętro. Przemierzyłem pół korytarza i wszedłem do klasy. Bez pukania. Polonistka spojrzała na mnie ostro.
- Leo! - ryknęła. - Spóźniłeś się już 10 raz w tym miesiącu! To nie do pomyślenia, żeby uczeń klasy szóstej spóźniał się na każdą lekcję! Wstawiam Ci jedynkę i dwa spóźnienia! Siadaj! - wrzeszczała.
Spojrzałem na nią z niechęcią i poszedłem do ławki. Siedziałem z Eweliną - jedyną osobą, która mi nie docinała. Można powiedzieć, że nawet ją lubiłem. Była całkiem ładna. Miała piwne oczy, owalną twarz i blond włosy. Gdy o tym pomyślałem, zasępiłem się. Beznamiętnym wzrokiem patrzyłem przed siebie na panią, która omawiała reguły ortografii. Myślałem o moich głupich, długich (sięgały mi za ramiona), białych jak śnieg włosach, spiczastych jak u elfa uszach (stąd właśnie wzięło się to moje okropne przezwisko - Elf), niebieskich oczach, nauczycielce języka polskiego, która zawsze ubierała się na zielono i miała na sobie akcesoria przedstawiające koniczyny (stąd też jej przezwisko - Koniczyna) i o moim głupim, angielskim imieniu - Leo. Rodzice mówili, że urodziłem się w Anglii, ale ja im nie za bardzo wierzyłem. Już w prawie niczym im nie ufałem. Często mnie okłamywali. Teraz już nic mnie to nie obchodziło. Nie mówiłem im o moich niesnaskach w szkole, bo i tak by mnie nie wysłuchali. Olewali mnie. Nie miałem chęci, żeby mi prawili kazania na temat szkoły i godnego przyjmowania upokorzeń. Tacy właśnie są. Z zamyślenia wyrwał mnie ostry głos Koniczyny:
- Leo! - wrzasnęła tak, że aż podskoczyłem. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! Wstań i podejdź natychmiast do tablicy! Ale już! Pokażesz nam, jak się pisze kilka wyrazów - ostatnie zdanie wypowiedziała z ironicznym uśmieszkiem na twarzy.
Cała reszta klasy patrzyła na mnie z równie głupimi jak Koniczyna minami. No, może z jednym wyjątkiem. Ewelina patrzyła na mnie niemal ze współczuciem.
Zachowałem obojętny, niemal przestraszony wyraz twarzy, ale w głębi duszy się uśmiechałem. Chciałem zobaczyć ich miny, kiedy napiszę te wszystkie słowa! Byłem bardzo dobry z ortografii i Koniczyna dobrze to wiedziała. Miała pewnie nadzieję, że tym razem się pomylę i to w jakiejś niemal błahej regule.
Oczywiście u polonistki kilka to było dwadzieścia wyrazów, zresztą odbiegających od zasad omawianych na lekcji. Napisałem je bezbłędnie i usiadłem z powrotem do ławki, podczas gdy Koniczyna i pozostali uczniowie stali lub siedzieli (zależy od tego czy ktoś był nauczycielką czy uczniem) z rozdziawionymi ustami i spoglądali zdziwionym wzrokiem na tablicę. W końcu polonistka się opanowała i popatrzyła na mnie ze zdziwieniem mieszającym się z gniewem. Siedziałem sobie jakby nigdy nic z miną niewiniątka. W końcu usłyszałem upragniony dźwięk. Niestety po przerwie, ku mojej udręce, jest jeszcze jeden polski. Dzwonek ogłaszający lekcję zadzwonił zaskakująco szybko po poprzednim. Powlokłem się do sali i usiadłem na swoim miejscu. Niezbyt mi się uśmiechało siedzenie 45 minut pod czujnym okiem Koniczyny. No, ale cóż, trzeba wytrzymać.
Teraz czytaliśmy jakiś wiersz o rodzinie. Potem polonistka pytała wszystkich uczniów po kolei czy mają jakieś rodzeństwo i czy mają oboje rodziców, a jeśli tak, to czy są razem czy rozwiedzeni. A co ją to obchodzi!? Chce z nami zamieszkać czy co? Nic jej do tego jak się mają moje sprawy rodzinne. Niestety mnie też o to zapytała. Zawahałem się. Nie byłem pewien, czy jej powiedzieć, czy nie. Tylko że wychowawczyni o tym wiedziała i mogła później być z tego niezła afera. Więc postanowiłem (chociaż z niechęcią) powiedzieć jej prawdę.
- Mam oboje rodziców, którzy są razem i młodszą siostrę - odpowiedziałem wymijająco.
- Dobrze - powiedziała Koniczyna. - Ewelinko, a ty? - zwróciła się do Eweliny siedzącej obok.
- Ja mam... - zaczęła dziewczyna, ale ja już nie słuchałem.
Kiedy nauczycielka zwróciła się do niej odetchnąłem z ulgą. Nie drążyła tematu i za to byłem jej wdzięczny. Dziwne, prawda? Byłem za coś wdzięczny Koniczynie! No cóż, cuda się zdarzają.
Po lekcji polskiego mogliśmy już iść do domu. Zszedłem szybko do szatni, wziąłem lekką, wiosenną kurtkę z wieszaka, zmieniłem buty i wybiegłem ze szkoły. Przed budynkiem odetchnąłem świeżym powietrzem. Tak, tego mi brakowało w tej dusznej i parnej szkole. Bardzo lubiłem naturę i kochałem przebywać na jej łonie. Był 4 maja, dzień po święcie Konstytucji 3 maja. Zacząłem iść w stronę domu z kurtką przewieszoną przez ramię. Wróciłem myślami do moich rozmyślań na lekcji polskiego. Tak, miałem siostrę. Szkoda tylko, że nie mieszka razem z nami - pomyślałem z goryczą. Moi rodzice po urodzeniu córki oddali ją, gdyż nie wiedzieli czy będą w stanie ją utrzymać. I za to jeszcze bardziej ich nienawidziłem. Dobrze chociaż, że oddali ją do babci. Bardzo lubiłem swoją małą siostrzyczkę, a rodzice mi ją zabrali. Babcia mieszka na drugim końcu miasta, więc nie mogłem codziennie ich odwiedzać. Widywałem ją raz, może dwa w miesiącu. W oku zakręciła mi się pojedyncza łezka. Jednak zaraz zniknęła. Przypomniałem sobie coś bardzo ważnego i przyspieszyłem kroku. Dzisiaj przyjeżdżała. Moja maleńka, ośmioletnia, kochana siostrzyczka dzisiaj do mnie przyjeżdżała.
Wbiegłem do domu z impetem, zdjąłem buty, odwiesiłem kurtkę i pognałem na górę do mojego pokoju. Kiedy przebiegałem obok kuchni, gdzie mama gotowała obiad, rzuciłem tylko krótkie:
- Hejka.
Może coś odpowiedziała, ale ja byłem już na górze i z łoskotem otwierałem drzwi do mojego pokoju. Rzuciłem plecak pod biurko i jednym skokiem dopadłem telefonu. Wybrałem numer babci, wcisnąłem zieloną słuchawkę i podniosłem do ucha. Wsłuchałem się w sygnał.
- No dalej - wyszeptałem.
W końcu rozległ się głos babci.
- Halo?
- Hej babciu.
- O, hej wnusiu. Co tam?
- Dobrze, dziękuję. O której przyjeżdżacie?
- O, miałyśmy zaraz, ale mała na razie śpi więc wyjedziemy trochę później. Będziemy około 18.
- Aha, okej.
- Tylko pamiętaj, że zostaniemy u was dwa dni. Przygotujcie dobrze lodówkę - ostrzegła żartobliwie babcia.
- Hahaha. Okej, okej. Powiem rodzicom żebyśmy pojechali na zakupy, bo mamy już mało rzeczy do jedzenia.
- Tylko musicie zdążyć przed 18.
- Jasne, jasne. Może się wyrobimy.
Po tej wypowiedzi oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
- Dobra wnusiu, ja muszę już kończyć, bo jeszcze małą obudzę.
- Okej. Pozdrów ją jak się obudzi, dobrze?
- Oczywiście. To papa. Do zobaczenia o 18.
- Papa.
Pożegnałem się i rozłączyłem. Odstawiłem telefon na miejsce po czym rzuciłem się na łóżko. Rozmyślałem. Znowu. Lubiłem to robić. Bardzo. Wsłuchałem się w szum drzew. Odgłosy natury zawsze mnie uspokajały. Pomyślałem o moich oczach. Niebieskich. Wolałbym mieć zielone. To kolor natury. Westchnąłem. Kolejna rzecz, której u siebie nie lubię. Przewróciłem się na lewy bok. Zacząłem rozmyślać o mojej rodzinie. Czemu rodzice tak często mnie okłamują? Moje życie kompletnie się wali. Umiem myśleć o następnym dniu tylko dlatego, że jeszcze istnieje moja malutka siostrzyczka o imieniu Pauline. Tylko dzięki tej właśnie myśli, że ona jest jeszcze nie popełniłem samobójstwa. Tylko myśl o niej daje mi siłę na przeżycie.
Usłyszałem jak mama woła mnie z dołu na obiad. Inaczej bym nie zszedł, ale byłem bardzo głodny. Podniosłem się i powędrowałem ociężałym krokiem do kuchni.
- Myj ręce i siadaj - powiedziała mama nie patrząc na mnie.
- Dobrze mamo - odpowiedziałem obojętnym głosem.
Mama odwróciła się i zlustrowała mnie wzrokiem.
- Boli cię coś? - spytała.
- Nie, czemu? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie zdziwiony.
Mama wzruszyła ramionami.
- Bo coś jesteś taki markotny - stwierdziła już odwrócona do mnie plecami.
Westchnąłem. Gdyby wiedziała, że ja prawie zawsze taki jestem! Umyłem ręce i usiadłem do stołu.
- Co dziś na obiad? - zadałem pytanie retoryczne.
- Kurczak - mama potwierdziła moje przypuszczenia.
- Z frytkami i fasolką? - dopytywałem się już znając odpowiedź.
Mama przytaknęła. Westchnąłem już nie po raz pierwszy dzisiejszego dnia. Kiedyś to było moje ulubione danie. Ale chyba każdemu by już zbrzydło gdyby jadł je codziennie! No, oczywiście nie w piątki. W piątki jemy rybę albo naleśniki - zależy to od humoru mamy. Mówi mi ciągle, że nie ma innego pomysłu na obiad. I że ma zbyt dużo pracy. To może niech w ogóle obiadów nie gotuje! Ech, czasami jednak się cieszę, że moja siostra nie mieszka razem z nami. Ta myśl mi o czymś przypomniała.
- Babcia mówiła, żebyśmy dokupili trochę jedzenia. Przyjadą dzisiaj z Pauline około 18 - zagadnąłem, kiedy mama stawiała na stole kurczaka.
- No to pojedziemy na zakupy - uśmiechnęła się do mnie.
- Z tatą? - zapytałem z nadzieją.
- Nie - ta odpowiedź oznaczała, że czeka nas długa jazda do sklepu autobusem.
- Czemu?
- Ma dzisiaj popołudniową zmianę.
- Aha.
- Ale jeśli dobrze pójdzie to nas stamtąd zabierze.
Odetchnąłem z ulgą. Chociaż to. Mój tata pracuje w policji chociaż policjantem nie jest. Naprawia jakieś urządzenia czy coś. Nie wiem, bo ja tam się tym nie interesuję. Mama nie pracuje. Chyba, że w domu. Wykonuje tylko prace domowe. Jak wychodzi to po zakupy albo żeby się ze swoimi przyjaciółkami spotkać. Wtedy może jej nie być aż do późnej nocy.
Mama postawiła na stole resztę obiadu. Szybko zjadłem i pomknąłem na górę. Za dziesięć szesnasta mama zawołała mnie na dół. Zbiegłem i szybko ubrałem kurtkę. Popołudniami robiło się chłodniej. Wyszliśmy na dwór. Skierowaliśmy się w stronę przystanku znajdującego się po drugiej stronie ulicy trochę na lewo od nas. Czekaliśmy chyba z dziesięć minut, po czym wsiedliśmy w nasz autobus. Pojechaliśmy do pobliskiego supermarketu. Szkoda - pomyślałem - że "pobliskiego" znaczy dwa kilometry dalej. Kupiliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy takie jak: serki (cały stos serków!), wędliny i sery, chleb, bułki, parówki (mnóstwo parówek!), kiełbaski, dwa filety z kurczaka, ziemniaki, fasolkę, ryż, słodycze, płatki, mleko, soki, wodę, owoce i warzywa, mięso (różne), słodkie bułki, miód (bo się skończył) i dwa opakowania lodów (moja siostrzyczka uwielbia je jeść w każdą porę roku). Wolę nie wspominać ile za to wszystko zapłaciliśmy. No cóż, raz w miesiącu mogliśmy sobie pozwolić na takie zakupy.
Wyszliśmy ze sklepu i zacząłem się rozglądać za czarnym fordem taty. Jednak nigdzie nie mogłem go dostrzec.
- Przyjedzie - powiedziała mama, ale jej głos wcale nie był taki pewny. Najwyraźniej zauważyła, że usilnie poszukuję czegoś wzrokiem.
Usunęliśmy się sprzed wejścia, żeby nie zagradzać drogi ludziom. Po dwóch minutach dostrzegłem coś na kształt samochodu taty. Spojrzałem na rejestrację. Tak! Ta sama co u niego! W końcu!
- Myślałem, że już nie przyjedzie - odezwałem się. Przez przypadek wypowiedziałem swoje myśli na głos. Mama popatrzyła na mnie ciekawie.
- Widzisz go? - zapytała.
- Tak. O tam - wyciągnąłem dłoń w kierunku czarnego forda, który właśnie jechał ku wolnemu miejscu parkingowemu. Kiedy zaparkował, oboje z mamą, ruszyliśmy w jego kierunku. Tata właśnie wysiadał i pomachał do nas.
- Hej Martyna, hej Leo - przywitał się, kiedy się zbliżyliśmy.
- Hej - bąknąłem.
- Hej, kochanie - mama pocałowała tatę w usta. Odwróciłem wzrok. Nie lubiłem tego. Wcale.
- Dobra to wkładajcie rzeczy do bagażnika i jedziemy do domu. Już za dwadzieścia osiemnasta.
Co!? Już tak późno!? No to wsiadajmy i jedźmy!!!!! Szybko włożyłem zakupy do samochodu i usadowiłem się na swoim miejscu z tyłu. Moja postać zdawała się aż emanować zniecierpliwieniem.
W końcu rodzice również wsiedli i już po chwili pędziliśmy zatłoczoną ulicą miasta. Na szczęście jak przyjechaliśmy, babci z Pauline jeszcze nie było. Przyjechały dopiero za dwie osiemnasta. Przez cały ten czas siedziałem przy oknie. W końcu ujrzałem czerwony samochód babci. Krzyknąłem do rodziców, że już są i wybiegłem z impetem na dwór.
- Heeeeej! - krzyknąłem od razu. Babcia z Pauline właśnie wysiadały.
- Leo! - odkrzyknęła moja siostrzyczka. Zostawiła swoje rzeczy i podbiegła do mnie. Wziąłem ją na ręce i okręciłem się w kółko. Później postawiłem ją na ziemię i ją bardzo mocno przytuliłem. Odwzajemniła uścisk.
- Pomóc ci? - zapytałem, gdy już się puściliśmy.
- Nie, nie trzeba - odpowiedziała tym swoim słodkim głosikiem. Uśmiechnąłem się do niej. Odwzajemniła uśmiech. Potem odwróciłem się do babci.
- A ci, babciu? Pomóc? - zapytałem.
- Oj, oj, a przywitać się to nie łaska?
- Ojć. Sorki babciu. Hejka. - uśmiechnąłem się podchodząc do niej i ją przytuliłem.
- Hej wnusiu, hej. - odpowiedziała śmiejąc się. - Ale mi to możesz pomóc.
- Okej.
Kiedy już wszystko zostało wniesione, wszyscy razem usiedliśmy do późnej herbatki. Babcia opowiadała jak to dziadek prawie stłuczkę zaliczył kiedy jechał po kolejnego klienta (jest taksówkarzem, dlatego go więcej widzę), jak to mała lunatykowała i chciała wyjść na dwór w środku nocy i jak to ona sama myślała, że duchy chodzą po jej mieszkaniu i jak się okazało, że to był wiatr, bo nie zamknęła okna. Wszyscy mieli niezły ubaw. Później jeszcze tata opowiedział jak to u niego w pracy ktoś mówił, że telefon stacjonarny nie działa i się okazało, że nie był podłączony do prądu, mama jak zrobiła sernik bez sera, a ja opowiedziałem scenkę z dzisiaj na lekcji polskiego jak to pani mi kazała napisać różne słowa i jakie wszyscy mieli wtedy miny. Bałem się, że będą pytać o więcej, ale na szczęście babcia powiedziała tylko:
- Oj Leo, Leo, ty to naprawdę jesteś dobry z tej ortografii. - uśmiechnąłem się w odpowiedzi.
I za nim się obejrzeliśmy z późnej herbatki zrobił się późny wieczór. Szybko umyliśmy zęby i wszyscy poszli spać.
Nazajutrz rano obudziła mnie mała.
- Leo, Leo wstawaj! Nie chcę sama chodzić po tym domu! - Pauline skakała po mnie na łóżku.
- Pauline, nie chce mi się - jęknąłem. - Która jest godzina?
- Uwierzysz jak ci powiem, że dziesiąta?
- Nie.
- Dobra, to piąta rano.
- Co?! - znowu jęknąłem. - Nie miałaś lepszej pory na wstawanie.
- Wiesz, na początku obudziłam się o trzeciej - mała była bardzo inteligentna jak na swój wiek.
- I zasnęłaś wtedy znowu?
- Tak, a co?
- No widzisz, to teraz zrób to samo - przewróciłem się na bok.
Mała prychnęła.
- Chciałoby się - znów mną potrząsnęła. - No wstawaaaj. Nie chce mi się samej chodzić po tym wielkim domu!
- Trudno.
- Nieeeeee!!!!! - wrzasnęła mi prosto do ucha.. -Wstawaaaaaaj!!!!!
Aż podskoczyłem. Usiadłem na łóżku, pokonany.
- No dobra - powiedziałem zrezygnowanym głosem.
- Hurraaaaa!
- Cicho! A teraz idź na dół i poczekaj tam na mnie.
Mała przyglądała mi się przez chwilę szukając w moich oczach podstępu. Nie dopatrzywszy się go z zadowoleniem skinęła głową.
- Okej - powiedziała po czym wyszła z pokoju cicho zamykając za sobą drzwi. Potrząsnąłem głową z rezygnacją. Tak to na mnie wrzeszczy, a potem robi wszystko najciszej jak się da. Ciekawe, że nikt się nie obudził...
Szybko się ubrałem i cicho, jak moja siostra, zszedłem na dół. Pauline już siedziała przy stole.
- Zrób mi kanapkę - powiedziała.
Uniosłem brwi.
- Rozkazujesz mi? - zapytałem Mała potrząsnęła głową.
- Nie - odpowiedziała. - Tylko ci mówię, żebyś zrobił mi kanapkę.
- To brzmiało jak rozkaz - stwierdziłem.
- Ale nim nie było.
Westchnąłem zrezygnowany. Uświadomiłem sobie, że wiele rzeczy robię często. Takie, np., jak westchnięcia.
Podszedłem do chlebaka. Wyciągnąłem rękę, ale zaraz ją zatrzymałem.
- Z chlebem czy z bułką? - zapytałem małą.
- Z bułką - odpowiedziała.
Kiedy już zrobiłem jej i sobie kanapkę podszedłem do stołu i usiadłem na przeciwko Pauline. Jedliśmy w milczeniu. Dopiero później, jak zjedliśmy, zaczęliśmy rozmawiać. Rozmawialiśmy o wielu rzeczach. Zbyt wielu, żeby o nich pisać.
Dopiero w pół do dziesiątej zeszła babcia.
- Hej wam, jak tam? - przywitała się.
- Dobrze babciu! - odpowiedzieliśmy razem.
Jak już wszyscy wstali i zjedli pojechaliśmy do stadniny koni. Kiedy przybyliśmy na miejsce konie już tam na nas czekały osiodłane. Rodzice już wcześniej wszystko zamówili.
Wszyscy się gdzieś kręcili. Nawet Pauline. Tylko ja stałem tak bezczynnie. Moją uwagę zwrócił biały koń. Podszedłem do niego powoli, wpatrzony. Jakby zahipnotyzowany. Kiedy podszedłem, koń spojrzał w moją stronę. Patrzył na mnie jakby z zainteresowaniem, przekrzywiając głowę. Powoli wyciągnąłem rękę i dotknąłem nią miękkich chrapów konia.Czułem, że tworzy się między nami teraz jakaś szczególna więź. Nie wiedziałem jaka, ale czułem, że się tworzy. Przez chwilę patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Potem cofnąłem rękę.
- Leo! - usłyszałem za sobą. Gdy się odwróciłem ujrzałem Pauline.
- Pani mówi, że musimy włożyć kaski - oznajmiła wskazując ręką w stronę małego budynku.
Skinąłem głową.
Poszliśmy razem w stronę ganku, na którym wisiały różne kaski. Ja wybrałem sobie niebieski, idealnie pasujący do mojej głowy, a mała, trochę za duży, czerwony. Rodzice też je wzięli, a babcia pozostała bez, bo żaden jej nie pasował.
W końcu podeszliśmy do koni. Od razu spojrzałem w stronę białego. On również na mnie patrzył. Pani, która miała z nami jechać, zaczęła mówić.
- Będziemy jechać gęsiego - oznajmiła. - Teraz pomogę wam wsiąść na wasze konie - tu wykonała przywołujący gest ręką w stronę Pauline.
Mała podeszła bliżej i pani zaprowadziła ją do małego gniadego kucyka. Pomogła jej wsiąść i wytłumaczyła coś. Z tej odległości nie słyszałem co. Później wskazała na mnie i poprowadziła w stronę białego konia. Rozluźniłem się. Zorientowałem się, że ciągle byłem spięty i zdenerwowany. Wsadziłem stopę w strzemię i podciągnąłem się. Przerzuciłem nogę na drugą stronę i również włożyłem w strzemię. Pani była pod wrażeniem że nie musiała mi pomagać. Pogratulowała mi i wzięła w rękę wodze.
- Ciągniesz w lewo, koń skręca w lewo, w prawo, koń również w prawo, ciągniesz do tyłu, zatrzymujesz konia - tłumaczyła. - Kiedy zatrzymujesz musisz również odchylić się do tyłu. O tak - pokazała mi tą scenę. - Ruszasz - obiema piętami naraz w żebra konia. Wszystko jasne?
Pokiwałem głową na znak, że zrozumiałem. Czułem, że dzięki naszej więzi wszystko pójdzie jak należy.
Kiedy wszyscy siedzieli już na koniach, które zostały odwiązane od barierki, pani nakazała nam ruszyć. Uderzyłem pietami boki mojego wierzchowca. Od razu grzecznie ruszył. Było małe zamieszanie, bo wszyscy musieli ustawić się gęsiego. Jak już wszystko się wyrównało to ja byłem tuż za małą, która była za panią. Za mną był tata, za nim mama, a na końcu babcia. Jechaliśmy powoli, stępa. Na początku mieliśmy niezły ubaw, bo koń taty ciągle chciał jeść. Jechaliśmy tak półtorej godziny. Pod koniec bolały mnie już mięśnie ud. A od samego początku czułem jak z każdym krokiem mojego konia nasz więź się wzmacniała. Kiedy już zsiadaliśmy ja, na szczęście, byłem ostatni. I znowu sam zsiadłem, bez pomocy pani, która znów była pod wrażeniem. "Ha, czyta się te książki" - pomyślałem. Kiedy wszyscy na powrót się krzątali ja stałem nadal przy koniu. Kask oddałem małej, która się zaoferowała, że go odniesie. Było mi bardzo smutno, że muszę go opuszczać. Nie wiedziałem jak się nazywa, ale wiedziałem, że już nigdy go nie zobaczę. Chciało mi się płakać. W oczach zakręciły mi się łzy. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Znowu. W końcu mama mnie zawołała. Jeszcze raz dotknąłem miękkich chrapów konia, przełknąłem łzy i poszedłem do samochodu. Przy drzwiczkach jeszcze raz się obejrzałem. Koń patrzył na mnie. Też był jakby smutny. Uśmiechnąłem się blado. Zobaczyłem w oczach konia też coś na kształt uśmiechu. Jakby odwzajemnił mój. W końcu wsiadłem. Kiedy ruszyliśmy już się nie oglądałem. Nie było po co.
Kiedy wróciliśmy do domu nadal chciało mi się płakać, ale nie dałem po sobie niczego poznać. Zasiedliśmy do obiadu. O dziwo było coś innego. Ale to dlatego, że babcia z małą są. Po zjedzeniu obiadu się rozeszliśmy. Ja z Pauline poszliśmy do mojego pokoju i graliśmy w Uno. W dwójkę grało się trochę nudno, ale potem doszła do nas babcia, która skończyła pomagać mamie zmywać, i było o wiele fajniej. Teraz mama poszła wraz z tatą oglądać telewizję. Wieczorem jeszcze graliśmy w monopol. Potem wszyscy poszli spać.
Rano znowu obudziła mnie mała. Schemat naszej porannej rozmowy już znacie, bo był taki sam jak wczoraj. I znowu pokonany się ubrałem i zszedłem na dół. No, ale na szczęście tym razem była szósta, a nie piąta. Zrobiłem sobie i małej po dwie kanapki, o ósmej zeszła babcia, a o dziesiątej rodzice. Na 12:30 poszliśmy do kościoła. Jak wróciliśmy znowu robiliśmy to samo co wczoraj po obiedzie, a potem zasiedliśmy to tego posiłku. Późnym wieczorem babcia z małą wyjeżdżały. Ale zdążyliśmy jeszcze zagrać w monopol.
- No to pa, Pauline - przytuliłem siostrę.
- Papa Leo - mała odwzajemniła uścisk.
Rodzice żegnali się z babcią. Kiedy oderwałem się od mojej siostry i ucałowałem ją w obydwa policzki podszedłem do niej.
- Papa babciu - pożegnałem się.
- Papa wnusiu. Do zobaczenia! - odpowiedziała. Przytuliła mnie.
Kiedy odjeżdżały my z małą ciągle do siebie machaliśmy. Ona płakała. Długo jeszcze patrzyłem na drogę za nimi kiedy zniknęły. Rodzice już wrócili do domu. Po policzkach spłynęły mi łzy. Po długiej chwili ja również wróciłem do domu. Od razu pobiegłem na górę. Umyłem zęby i zszedłem na dół, żeby powiedzieć rodzicom "dobranoc".
- Dobranoc mamo, dobrano tato.
- Dobranoc Leo - mama podeszła do mnie i mocno przytuliła.
- Dobranoc synu - powiedział tata również do mnie podchodząc. Kiedy mama mnie puściła on mnie przytulił.
Zdziwiło mnie ich zachowanie. Nigdy wcześniej tak nie robili. Po prostu zwykłe "dobranoc" i koniec. A tu co? Nawet mnie przytulili! I to tak mocno, z czułością. Dziwne...
- Czy coś się stało? - zapytałem zdezorientowany kiedy tata już mnie puścił.
- Nie, dlaczego, synku? - odpowiedziała i zapytała mama z czułością. Jeszcze bardziej oniemiałem.
- Bo tak się dziwnie zachowujecie...
- To nic, kochanie, idź już spać - powiedział tata i ucałował mnie w czoło. mama zrobiła to samo.
Oniemiały poszedłem na górę. "Co im się stało? - zastanawiałem się. Kiedy kładłem się spać, nadal o tym myślałem. "Może chcą mi coś złego powiedzieć?" - z tą myślą usnąłem.
Miałem dziwny sen. Byłem w domu, w łóżku i nagle zacząłem wirować. Mój dom zniknął. Zaczęło mi się robić niedobrze, a wirowałem coraz szybciej. I wtedy się obudziłem.
Szedłem szkolnym korytarzem i zmierzałem do sali. Przemierzałem szkołę szurając nogami. Zadzwonił dzwonek. Niewiele mnie to obchodziło.
- Hej, Elf! - usłyszałem za moimi plecami. Nawet się nie obróciłem. - Chcesz znowu dostać od Koniczyny? Hahaha, który to już będzie raz? Setny czy dwusetny? Hahaha. Frajer!
Zignorowałem kolesia. Marek przebiegając trącił mnie. Upadłem na kolana. Znowu usłyszałem głos tego typka.
- Uważaj, bo się zaplączesz w te swoje długie, siwe włosy! Hahaha! Ja biegnę, bo mi jeszcze dowali! A ty sobie tu siedź jeśli chcesz! Hahaha! No to narka! - pobiegł dalej.
Wstałem. Kolano mnie ostro bolało. Zignorowałem ból i powlokłem się powoli na następne piętro. Przemierzyłem pół korytarza i wszedłem do klasy. Bez pukania. Polonistka spojrzała na mnie ostro.
- Leo! - ryknęła. - Spóźniłeś się już 10 raz w tym miesiącu! To nie do pomyślenia, żeby uczeń klasy szóstej spóźniał się na każdą lekcję! Wstawiam Ci jedynkę i dwa spóźnienia! Siadaj! - wrzeszczała.
Spojrzałem na nią z niechęcią i poszedłem do ławki. Siedziałem z Eweliną - jedyną osobą, która mi nie docinała. Można powiedzieć, że nawet ją lubiłem. Była całkiem ładna. Miała piwne oczy, owalną twarz i blond włosy. Gdy o tym pomyślałem, zasępiłem się. Beznamiętnym wzrokiem patrzyłem przed siebie na panią, która omawiała reguły ortografii. Myślałem o moich głupich, długich (sięgały mi za ramiona), białych jak śnieg włosach, spiczastych jak u elfa uszach (stąd właśnie wzięło się to moje okropne przezwisko - Elf), niebieskich oczach, nauczycielce języka polskiego, która zawsze ubierała się na zielono i miała na sobie akcesoria przedstawiające koniczyny (stąd też jej przezwisko - Koniczyna) i o moim głupim, angielskim imieniu - Leo. Rodzice mówili, że urodziłem się w Anglii, ale ja im nie za bardzo wierzyłem. Już w prawie niczym im nie ufałem. Często mnie okłamywali. Teraz już nic mnie to nie obchodziło. Nie mówiłem im o moich niesnaskach w szkole, bo i tak by mnie nie wysłuchali. Olewali mnie. Nie miałem chęci, żeby mi prawili kazania na temat szkoły i godnego przyjmowania upokorzeń. Tacy właśnie są. Z zamyślenia wyrwał mnie ostry głos Koniczyny:
- Leo! - wrzasnęła tak, że aż podskoczyłem. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! Wstań i podejdź natychmiast do tablicy! Ale już! Pokażesz nam, jak się pisze kilka wyrazów - ostatnie zdanie wypowiedziała z ironicznym uśmieszkiem na twarzy.
Cała reszta klasy patrzyła na mnie z równie głupimi jak Koniczyna minami. No, może z jednym wyjątkiem. Ewelina patrzyła na mnie niemal ze współczuciem.
Zachowałem obojętny, niemal przestraszony wyraz twarzy, ale w głębi duszy się uśmiechałem. Chciałem zobaczyć ich miny, kiedy napiszę te wszystkie słowa! Byłem bardzo dobry z ortografii i Koniczyna dobrze to wiedziała. Miała pewnie nadzieję, że tym razem się pomylę i to w jakiejś niemal błahej regule.
Oczywiście u polonistki kilka to było dwadzieścia wyrazów, zresztą odbiegających od zasad omawianych na lekcji. Napisałem je bezbłędnie i usiadłem z powrotem do ławki, podczas gdy Koniczyna i pozostali uczniowie stali lub siedzieli (zależy od tego czy ktoś był nauczycielką czy uczniem) z rozdziawionymi ustami i spoglądali zdziwionym wzrokiem na tablicę. W końcu polonistka się opanowała i popatrzyła na mnie ze zdziwieniem mieszającym się z gniewem. Siedziałem sobie jakby nigdy nic z miną niewiniątka. W końcu usłyszałem upragniony dźwięk. Niestety po przerwie, ku mojej udręce, jest jeszcze jeden polski. Dzwonek ogłaszający lekcję zadzwonił zaskakująco szybko po poprzednim. Powlokłem się do sali i usiadłem na swoim miejscu. Niezbyt mi się uśmiechało siedzenie 45 minut pod czujnym okiem Koniczyny. No, ale cóż, trzeba wytrzymać.
Teraz czytaliśmy jakiś wiersz o rodzinie. Potem polonistka pytała wszystkich uczniów po kolei czy mają jakieś rodzeństwo i czy mają oboje rodziców, a jeśli tak, to czy są razem czy rozwiedzeni. A co ją to obchodzi!? Chce z nami zamieszkać czy co? Nic jej do tego jak się mają moje sprawy rodzinne. Niestety mnie też o to zapytała. Zawahałem się. Nie byłem pewien, czy jej powiedzieć, czy nie. Tylko że wychowawczyni o tym wiedziała i mogła później być z tego niezła afera. Więc postanowiłem (chociaż z niechęcią) powiedzieć jej prawdę.
- Mam oboje rodziców, którzy są razem i młodszą siostrę - odpowiedziałem wymijająco.
- Dobrze - powiedziała Koniczyna. - Ewelinko, a ty? - zwróciła się do Eweliny siedzącej obok.
- Ja mam... - zaczęła dziewczyna, ale ja już nie słuchałem.
Kiedy nauczycielka zwróciła się do niej odetchnąłem z ulgą. Nie drążyła tematu i za to byłem jej wdzięczny. Dziwne, prawda? Byłem za coś wdzięczny Koniczynie! No cóż, cuda się zdarzają.
Po lekcji polskiego mogliśmy już iść do domu. Zszedłem szybko do szatni, wziąłem lekką, wiosenną kurtkę z wieszaka, zmieniłem buty i wybiegłem ze szkoły. Przed budynkiem odetchnąłem świeżym powietrzem. Tak, tego mi brakowało w tej dusznej i parnej szkole. Bardzo lubiłem naturę i kochałem przebywać na jej łonie. Był 4 maja, dzień po święcie Konstytucji 3 maja. Zacząłem iść w stronę domu z kurtką przewieszoną przez ramię. Wróciłem myślami do moich rozmyślań na lekcji polskiego. Tak, miałem siostrę. Szkoda tylko, że nie mieszka razem z nami - pomyślałem z goryczą. Moi rodzice po urodzeniu córki oddali ją, gdyż nie wiedzieli czy będą w stanie ją utrzymać. I za to jeszcze bardziej ich nienawidziłem. Dobrze chociaż, że oddali ją do babci. Bardzo lubiłem swoją małą siostrzyczkę, a rodzice mi ją zabrali. Babcia mieszka na drugim końcu miasta, więc nie mogłem codziennie ich odwiedzać. Widywałem ją raz, może dwa w miesiącu. W oku zakręciła mi się pojedyncza łezka. Jednak zaraz zniknęła. Przypomniałem sobie coś bardzo ważnego i przyspieszyłem kroku. Dzisiaj przyjeżdżała. Moja maleńka, ośmioletnia, kochana siostrzyczka dzisiaj do mnie przyjeżdżała.
Wbiegłem do domu z impetem, zdjąłem buty, odwiesiłem kurtkę i pognałem na górę do mojego pokoju. Kiedy przebiegałem obok kuchni, gdzie mama gotowała obiad, rzuciłem tylko krótkie:
- Hejka.
Może coś odpowiedziała, ale ja byłem już na górze i z łoskotem otwierałem drzwi do mojego pokoju. Rzuciłem plecak pod biurko i jednym skokiem dopadłem telefonu. Wybrałem numer babci, wcisnąłem zieloną słuchawkę i podniosłem do ucha. Wsłuchałem się w sygnał.
- No dalej - wyszeptałem.
W końcu rozległ się głos babci.
- Halo?
- Hej babciu.
- O, hej wnusiu. Co tam?
- Dobrze, dziękuję. O której przyjeżdżacie?
- O, miałyśmy zaraz, ale mała na razie śpi więc wyjedziemy trochę później. Będziemy około 18.
- Aha, okej.
- Tylko pamiętaj, że zostaniemy u was dwa dni. Przygotujcie dobrze lodówkę - ostrzegła żartobliwie babcia.
- Hahaha. Okej, okej. Powiem rodzicom żebyśmy pojechali na zakupy, bo mamy już mało rzeczy do jedzenia.
- Tylko musicie zdążyć przed 18.
- Jasne, jasne. Może się wyrobimy.
Po tej wypowiedzi oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
- Dobra wnusiu, ja muszę już kończyć, bo jeszcze małą obudzę.
- Okej. Pozdrów ją jak się obudzi, dobrze?
- Oczywiście. To papa. Do zobaczenia o 18.
- Papa.
Pożegnałem się i rozłączyłem. Odstawiłem telefon na miejsce po czym rzuciłem się na łóżko. Rozmyślałem. Znowu. Lubiłem to robić. Bardzo. Wsłuchałem się w szum drzew. Odgłosy natury zawsze mnie uspokajały. Pomyślałem o moich oczach. Niebieskich. Wolałbym mieć zielone. To kolor natury. Westchnąłem. Kolejna rzecz, której u siebie nie lubię. Przewróciłem się na lewy bok. Zacząłem rozmyślać o mojej rodzinie. Czemu rodzice tak często mnie okłamują? Moje życie kompletnie się wali. Umiem myśleć o następnym dniu tylko dlatego, że jeszcze istnieje moja malutka siostrzyczka o imieniu Pauline. Tylko dzięki tej właśnie myśli, że ona jest jeszcze nie popełniłem samobójstwa. Tylko myśl o niej daje mi siłę na przeżycie.
Usłyszałem jak mama woła mnie z dołu na obiad. Inaczej bym nie zszedł, ale byłem bardzo głodny. Podniosłem się i powędrowałem ociężałym krokiem do kuchni.
- Myj ręce i siadaj - powiedziała mama nie patrząc na mnie.
- Dobrze mamo - odpowiedziałem obojętnym głosem.
Mama odwróciła się i zlustrowała mnie wzrokiem.
- Boli cię coś? - spytała.
- Nie, czemu? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie zdziwiony.
Mama wzruszyła ramionami.
- Bo coś jesteś taki markotny - stwierdziła już odwrócona do mnie plecami.
Westchnąłem. Gdyby wiedziała, że ja prawie zawsze taki jestem! Umyłem ręce i usiadłem do stołu.
- Co dziś na obiad? - zadałem pytanie retoryczne.
- Kurczak - mama potwierdziła moje przypuszczenia.
- Z frytkami i fasolką? - dopytywałem się już znając odpowiedź.
Mama przytaknęła. Westchnąłem już nie po raz pierwszy dzisiejszego dnia. Kiedyś to było moje ulubione danie. Ale chyba każdemu by już zbrzydło gdyby jadł je codziennie! No, oczywiście nie w piątki. W piątki jemy rybę albo naleśniki - zależy to od humoru mamy. Mówi mi ciągle, że nie ma innego pomysłu na obiad. I że ma zbyt dużo pracy. To może niech w ogóle obiadów nie gotuje! Ech, czasami jednak się cieszę, że moja siostra nie mieszka razem z nami. Ta myśl mi o czymś przypomniała.
- Babcia mówiła, żebyśmy dokupili trochę jedzenia. Przyjadą dzisiaj z Pauline około 18 - zagadnąłem, kiedy mama stawiała na stole kurczaka.
- No to pojedziemy na zakupy - uśmiechnęła się do mnie.
- Z tatą? - zapytałem z nadzieją.
- Nie - ta odpowiedź oznaczała, że czeka nas długa jazda do sklepu autobusem.
- Czemu?
- Ma dzisiaj popołudniową zmianę.
- Aha.
- Ale jeśli dobrze pójdzie to nas stamtąd zabierze.
Odetchnąłem z ulgą. Chociaż to. Mój tata pracuje w policji chociaż policjantem nie jest. Naprawia jakieś urządzenia czy coś. Nie wiem, bo ja tam się tym nie interesuję. Mama nie pracuje. Chyba, że w domu. Wykonuje tylko prace domowe. Jak wychodzi to po zakupy albo żeby się ze swoimi przyjaciółkami spotkać. Wtedy może jej nie być aż do późnej nocy.
Mama postawiła na stole resztę obiadu. Szybko zjadłem i pomknąłem na górę. Za dziesięć szesnasta mama zawołała mnie na dół. Zbiegłem i szybko ubrałem kurtkę. Popołudniami robiło się chłodniej. Wyszliśmy na dwór. Skierowaliśmy się w stronę przystanku znajdującego się po drugiej stronie ulicy trochę na lewo od nas. Czekaliśmy chyba z dziesięć minut, po czym wsiedliśmy w nasz autobus. Pojechaliśmy do pobliskiego supermarketu. Szkoda - pomyślałem - że "pobliskiego" znaczy dwa kilometry dalej. Kupiliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy takie jak: serki (cały stos serków!), wędliny i sery, chleb, bułki, parówki (mnóstwo parówek!), kiełbaski, dwa filety z kurczaka, ziemniaki, fasolkę, ryż, słodycze, płatki, mleko, soki, wodę, owoce i warzywa, mięso (różne), słodkie bułki, miód (bo się skończył) i dwa opakowania lodów (moja siostrzyczka uwielbia je jeść w każdą porę roku). Wolę nie wspominać ile za to wszystko zapłaciliśmy. No cóż, raz w miesiącu mogliśmy sobie pozwolić na takie zakupy.
Wyszliśmy ze sklepu i zacząłem się rozglądać za czarnym fordem taty. Jednak nigdzie nie mogłem go dostrzec.
- Przyjedzie - powiedziała mama, ale jej głos wcale nie był taki pewny. Najwyraźniej zauważyła, że usilnie poszukuję czegoś wzrokiem.
Usunęliśmy się sprzed wejścia, żeby nie zagradzać drogi ludziom. Po dwóch minutach dostrzegłem coś na kształt samochodu taty. Spojrzałem na rejestrację. Tak! Ta sama co u niego! W końcu!
- Myślałem, że już nie przyjedzie - odezwałem się. Przez przypadek wypowiedziałem swoje myśli na głos. Mama popatrzyła na mnie ciekawie.
- Widzisz go? - zapytała.
- Tak. O tam - wyciągnąłem dłoń w kierunku czarnego forda, który właśnie jechał ku wolnemu miejscu parkingowemu. Kiedy zaparkował, oboje z mamą, ruszyliśmy w jego kierunku. Tata właśnie wysiadał i pomachał do nas.
- Hej Martyna, hej Leo - przywitał się, kiedy się zbliżyliśmy.
- Hej - bąknąłem.
- Hej, kochanie - mama pocałowała tatę w usta. Odwróciłem wzrok. Nie lubiłem tego. Wcale.
- Dobra to wkładajcie rzeczy do bagażnika i jedziemy do domu. Już za dwadzieścia osiemnasta.
Co!? Już tak późno!? No to wsiadajmy i jedźmy!!!!! Szybko włożyłem zakupy do samochodu i usadowiłem się na swoim miejscu z tyłu. Moja postać zdawała się aż emanować zniecierpliwieniem.
W końcu rodzice również wsiedli i już po chwili pędziliśmy zatłoczoną ulicą miasta. Na szczęście jak przyjechaliśmy, babci z Pauline jeszcze nie było. Przyjechały dopiero za dwie osiemnasta. Przez cały ten czas siedziałem przy oknie. W końcu ujrzałem czerwony samochód babci. Krzyknąłem do rodziców, że już są i wybiegłem z impetem na dwór.
- Heeeeej! - krzyknąłem od razu. Babcia z Pauline właśnie wysiadały.
- Leo! - odkrzyknęła moja siostrzyczka. Zostawiła swoje rzeczy i podbiegła do mnie. Wziąłem ją na ręce i okręciłem się w kółko. Później postawiłem ją na ziemię i ją bardzo mocno przytuliłem. Odwzajemniła uścisk.
- Pomóc ci? - zapytałem, gdy już się puściliśmy.
- Nie, nie trzeba - odpowiedziała tym swoim słodkim głosikiem. Uśmiechnąłem się do niej. Odwzajemniła uśmiech. Potem odwróciłem się do babci.
- A ci, babciu? Pomóc? - zapytałem.
- Oj, oj, a przywitać się to nie łaska?
- Ojć. Sorki babciu. Hejka. - uśmiechnąłem się podchodząc do niej i ją przytuliłem.
- Hej wnusiu, hej. - odpowiedziała śmiejąc się. - Ale mi to możesz pomóc.
- Okej.
Kiedy już wszystko zostało wniesione, wszyscy razem usiedliśmy do późnej herbatki. Babcia opowiadała jak to dziadek prawie stłuczkę zaliczył kiedy jechał po kolejnego klienta (jest taksówkarzem, dlatego go więcej widzę), jak to mała lunatykowała i chciała wyjść na dwór w środku nocy i jak to ona sama myślała, że duchy chodzą po jej mieszkaniu i jak się okazało, że to był wiatr, bo nie zamknęła okna. Wszyscy mieli niezły ubaw. Później jeszcze tata opowiedział jak to u niego w pracy ktoś mówił, że telefon stacjonarny nie działa i się okazało, że nie był podłączony do prądu, mama jak zrobiła sernik bez sera, a ja opowiedziałem scenkę z dzisiaj na lekcji polskiego jak to pani mi kazała napisać różne słowa i jakie wszyscy mieli wtedy miny. Bałem się, że będą pytać o więcej, ale na szczęście babcia powiedziała tylko:
- Oj Leo, Leo, ty to naprawdę jesteś dobry z tej ortografii. - uśmiechnąłem się w odpowiedzi.
I za nim się obejrzeliśmy z późnej herbatki zrobił się późny wieczór. Szybko umyliśmy zęby i wszyscy poszli spać.
Nazajutrz rano obudziła mnie mała.
- Leo, Leo wstawaj! Nie chcę sama chodzić po tym domu! - Pauline skakała po mnie na łóżku.
- Pauline, nie chce mi się - jęknąłem. - Która jest godzina?
- Uwierzysz jak ci powiem, że dziesiąta?
- Nie.
- Dobra, to piąta rano.
- Co?! - znowu jęknąłem. - Nie miałaś lepszej pory na wstawanie.
- Wiesz, na początku obudziłam się o trzeciej - mała była bardzo inteligentna jak na swój wiek.
- I zasnęłaś wtedy znowu?
- Tak, a co?
- No widzisz, to teraz zrób to samo - przewróciłem się na bok.
Mała prychnęła.
- Chciałoby się - znów mną potrząsnęła. - No wstawaaaj. Nie chce mi się samej chodzić po tym wielkim domu!
- Trudno.
- Nieeeeee!!!!! - wrzasnęła mi prosto do ucha.. -Wstawaaaaaaj!!!!!
Aż podskoczyłem. Usiadłem na łóżku, pokonany.
- No dobra - powiedziałem zrezygnowanym głosem.
- Hurraaaaa!
- Cicho! A teraz idź na dół i poczekaj tam na mnie.
Mała przyglądała mi się przez chwilę szukając w moich oczach podstępu. Nie dopatrzywszy się go z zadowoleniem skinęła głową.
- Okej - powiedziała po czym wyszła z pokoju cicho zamykając za sobą drzwi. Potrząsnąłem głową z rezygnacją. Tak to na mnie wrzeszczy, a potem robi wszystko najciszej jak się da. Ciekawe, że nikt się nie obudził...
Szybko się ubrałem i cicho, jak moja siostra, zszedłem na dół. Pauline już siedziała przy stole.
- Zrób mi kanapkę - powiedziała.
Uniosłem brwi.
- Rozkazujesz mi? - zapytałem Mała potrząsnęła głową.
- Nie - odpowiedziała. - Tylko ci mówię, żebyś zrobił mi kanapkę.
- To brzmiało jak rozkaz - stwierdziłem.
- Ale nim nie było.
Westchnąłem zrezygnowany. Uświadomiłem sobie, że wiele rzeczy robię często. Takie, np., jak westchnięcia.
Podszedłem do chlebaka. Wyciągnąłem rękę, ale zaraz ją zatrzymałem.
- Z chlebem czy z bułką? - zapytałem małą.
- Z bułką - odpowiedziała.
Kiedy już zrobiłem jej i sobie kanapkę podszedłem do stołu i usiadłem na przeciwko Pauline. Jedliśmy w milczeniu. Dopiero później, jak zjedliśmy, zaczęliśmy rozmawiać. Rozmawialiśmy o wielu rzeczach. Zbyt wielu, żeby o nich pisać.
Dopiero w pół do dziesiątej zeszła babcia.
- Hej wam, jak tam? - przywitała się.
- Dobrze babciu! - odpowiedzieliśmy razem.
Jak już wszyscy wstali i zjedli pojechaliśmy do stadniny koni. Kiedy przybyliśmy na miejsce konie już tam na nas czekały osiodłane. Rodzice już wcześniej wszystko zamówili.
Wszyscy się gdzieś kręcili. Nawet Pauline. Tylko ja stałem tak bezczynnie. Moją uwagę zwrócił biały koń. Podszedłem do niego powoli, wpatrzony. Jakby zahipnotyzowany. Kiedy podszedłem, koń spojrzał w moją stronę. Patrzył na mnie jakby z zainteresowaniem, przekrzywiając głowę. Powoli wyciągnąłem rękę i dotknąłem nią miękkich chrapów konia.Czułem, że tworzy się między nami teraz jakaś szczególna więź. Nie wiedziałem jaka, ale czułem, że się tworzy. Przez chwilę patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Potem cofnąłem rękę.
- Leo! - usłyszałem za sobą. Gdy się odwróciłem ujrzałem Pauline.
- Pani mówi, że musimy włożyć kaski - oznajmiła wskazując ręką w stronę małego budynku.
Skinąłem głową.
Poszliśmy razem w stronę ganku, na którym wisiały różne kaski. Ja wybrałem sobie niebieski, idealnie pasujący do mojej głowy, a mała, trochę za duży, czerwony. Rodzice też je wzięli, a babcia pozostała bez, bo żaden jej nie pasował.
W końcu podeszliśmy do koni. Od razu spojrzałem w stronę białego. On również na mnie patrzył. Pani, która miała z nami jechać, zaczęła mówić.
- Będziemy jechać gęsiego - oznajmiła. - Teraz pomogę wam wsiąść na wasze konie - tu wykonała przywołujący gest ręką w stronę Pauline.
Mała podeszła bliżej i pani zaprowadziła ją do małego gniadego kucyka. Pomogła jej wsiąść i wytłumaczyła coś. Z tej odległości nie słyszałem co. Później wskazała na mnie i poprowadziła w stronę białego konia. Rozluźniłem się. Zorientowałem się, że ciągle byłem spięty i zdenerwowany. Wsadziłem stopę w strzemię i podciągnąłem się. Przerzuciłem nogę na drugą stronę i również włożyłem w strzemię. Pani była pod wrażeniem że nie musiała mi pomagać. Pogratulowała mi i wzięła w rękę wodze.
- Ciągniesz w lewo, koń skręca w lewo, w prawo, koń również w prawo, ciągniesz do tyłu, zatrzymujesz konia - tłumaczyła. - Kiedy zatrzymujesz musisz również odchylić się do tyłu. O tak - pokazała mi tą scenę. - Ruszasz - obiema piętami naraz w żebra konia. Wszystko jasne?
Pokiwałem głową na znak, że zrozumiałem. Czułem, że dzięki naszej więzi wszystko pójdzie jak należy.
Kiedy wszyscy siedzieli już na koniach, które zostały odwiązane od barierki, pani nakazała nam ruszyć. Uderzyłem pietami boki mojego wierzchowca. Od razu grzecznie ruszył. Było małe zamieszanie, bo wszyscy musieli ustawić się gęsiego. Jak już wszystko się wyrównało to ja byłem tuż za małą, która była za panią. Za mną był tata, za nim mama, a na końcu babcia. Jechaliśmy powoli, stępa. Na początku mieliśmy niezły ubaw, bo koń taty ciągle chciał jeść. Jechaliśmy tak półtorej godziny. Pod koniec bolały mnie już mięśnie ud. A od samego początku czułem jak z każdym krokiem mojego konia nasz więź się wzmacniała. Kiedy już zsiadaliśmy ja, na szczęście, byłem ostatni. I znowu sam zsiadłem, bez pomocy pani, która znów była pod wrażeniem. "Ha, czyta się te książki" - pomyślałem. Kiedy wszyscy na powrót się krzątali ja stałem nadal przy koniu. Kask oddałem małej, która się zaoferowała, że go odniesie. Było mi bardzo smutno, że muszę go opuszczać. Nie wiedziałem jak się nazywa, ale wiedziałem, że już nigdy go nie zobaczę. Chciało mi się płakać. W oczach zakręciły mi się łzy. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Znowu. W końcu mama mnie zawołała. Jeszcze raz dotknąłem miękkich chrapów konia, przełknąłem łzy i poszedłem do samochodu. Przy drzwiczkach jeszcze raz się obejrzałem. Koń patrzył na mnie. Też był jakby smutny. Uśmiechnąłem się blado. Zobaczyłem w oczach konia też coś na kształt uśmiechu. Jakby odwzajemnił mój. W końcu wsiadłem. Kiedy ruszyliśmy już się nie oglądałem. Nie było po co.
Kiedy wróciliśmy do domu nadal chciało mi się płakać, ale nie dałem po sobie niczego poznać. Zasiedliśmy do obiadu. O dziwo było coś innego. Ale to dlatego, że babcia z małą są. Po zjedzeniu obiadu się rozeszliśmy. Ja z Pauline poszliśmy do mojego pokoju i graliśmy w Uno. W dwójkę grało się trochę nudno, ale potem doszła do nas babcia, która skończyła pomagać mamie zmywać, i było o wiele fajniej. Teraz mama poszła wraz z tatą oglądać telewizję. Wieczorem jeszcze graliśmy w monopol. Potem wszyscy poszli spać.
Rano znowu obudziła mnie mała. Schemat naszej porannej rozmowy już znacie, bo był taki sam jak wczoraj. I znowu pokonany się ubrałem i zszedłem na dół. No, ale na szczęście tym razem była szósta, a nie piąta. Zrobiłem sobie i małej po dwie kanapki, o ósmej zeszła babcia, a o dziesiątej rodzice. Na 12:30 poszliśmy do kościoła. Jak wróciliśmy znowu robiliśmy to samo co wczoraj po obiedzie, a potem zasiedliśmy to tego posiłku. Późnym wieczorem babcia z małą wyjeżdżały. Ale zdążyliśmy jeszcze zagrać w monopol.
- No to pa, Pauline - przytuliłem siostrę.
- Papa Leo - mała odwzajemniła uścisk.
Rodzice żegnali się z babcią. Kiedy oderwałem się od mojej siostry i ucałowałem ją w obydwa policzki podszedłem do niej.
- Papa babciu - pożegnałem się.
- Papa wnusiu. Do zobaczenia! - odpowiedziała. Przytuliła mnie.
Kiedy odjeżdżały my z małą ciągle do siebie machaliśmy. Ona płakała. Długo jeszcze patrzyłem na drogę za nimi kiedy zniknęły. Rodzice już wrócili do domu. Po policzkach spłynęły mi łzy. Po długiej chwili ja również wróciłem do domu. Od razu pobiegłem na górę. Umyłem zęby i zszedłem na dół, żeby powiedzieć rodzicom "dobranoc".
- Dobranoc mamo, dobrano tato.
- Dobranoc Leo - mama podeszła do mnie i mocno przytuliła.
- Dobranoc synu - powiedział tata również do mnie podchodząc. Kiedy mama mnie puściła on mnie przytulił.
Zdziwiło mnie ich zachowanie. Nigdy wcześniej tak nie robili. Po prostu zwykłe "dobranoc" i koniec. A tu co? Nawet mnie przytulili! I to tak mocno, z czułością. Dziwne...
- Czy coś się stało? - zapytałem zdezorientowany kiedy tata już mnie puścił.
- Nie, dlaczego, synku? - odpowiedziała i zapytała mama z czułością. Jeszcze bardziej oniemiałem.
- Bo tak się dziwnie zachowujecie...
- To nic, kochanie, idź już spać - powiedział tata i ucałował mnie w czoło. mama zrobiła to samo.
Oniemiały poszedłem na górę. "Co im się stało? - zastanawiałem się. Kiedy kładłem się spać, nadal o tym myślałem. "Może chcą mi coś złego powiedzieć?" - z tą myślą usnąłem.
Miałem dziwny sen. Byłem w domu, w łóżku i nagle zacząłem wirować. Mój dom zniknął. Zaczęło mi się robić niedobrze, a wirowałem coraz szybciej. I wtedy się obudziłem.
Obóz
Witam! Wybaczcie, że długo nie pisałam, ale byłam na obozie tanecznym. ;) Było ekstra! I się trochę poprawiłam w tańczeniu. :D Powiedziały mi to dziewczyny z mojej grupy. Powiedziały, że są ze mnie dumne. Bo przedstawialiśmy bajki, wszystkie grupy musiały. My mieliśmy Czerwonego Kapturka. Oczywiście musieliśmy je przedstawić tanecznie. Było super! Po prostu ekstra. Teraz już kończę, ale wkrótce znowu napiszę. Żegnajcie! XD
Subskrybuj:
Posty (Atom)